Wyciągnęli go z więzienia w środku nocy, wepchnęli do wora i zanurzyli w lodowatej Wiśle pod Wawelem. Tak skończył ksiądz Marcin Baryczka, który ośmielił się publicznie wytknąć Kazimierzowi Wielkiemu prowadzenie rozwiązłego życia. Król nie mógł tego znieść i kazał zgładzić niewygodnego kapłana
Król w sporze z Kościołem
Kazimierz Wielki, choć zapisał się w pamięci jako budowniczy potęgi Polski, w życiu prywatnym słynął z rozwiązłości. Zdradzał żony, utrzymywał nałożnice i zawarł nawet bigamiczne małżeństwo, czym ściągnął na siebie napomnienia samego papieża.
Jego stosunki z Kościołem bywały napięte, a w połowie XIV wieku przerodziły się w otwarty konflikt z biskupem krakowskim Bodzantą. Spór zaczął się od kwestii pieniędzy. W 1349 roku, przygotowując wyprawę na Ruś, Kazimierz nałożył nowe podatki na część posiadłości biskupa.
Egzekwowaniem należności zajął się królewski wojewoda Otto z Pilczy, co tak wzburzyło Bodzantę, że obłożył urzędnika klątwą. Gdy to nie pomogło, biskup posunął się dalej i nałożył interdykt na samego króla, czyli karę kościelną zawieszającą nabożeństwa.
Z wiadomością o tych sankcjach Bodzanta wysłał do Kazimierza wikariusza katedry krakowskiej, księdza Marcina Baryczkę. O samym duchownym wiadomo niewiele, bo źródła ledwie o nim wspominają, a najwięcej napisał o nim dopiero Jan Długosz.
Biskup starannie poinstruował wysłannika, co ma mówić i jak się zachować przed obliczem władcy. Wybór ten okazał się jednak brzemienny w skutkach.
Kazanie, które rozwścieczyło władcę
Baryczka nie ograniczył się do przekazania kościelnego stanowiska w sprawie podatków. Odważny kapłan posunął się znacznie dalej, wytykając królowi nie tylko politykę fiskalną, ale również niemoralne prowadzenie się i życie w grzechu ciężkim.
fot.nz – Tygodnik Ilustrowany (6 lutego 1864r.) / domena publicznaMarcin Baryczka na XIX-wiecznej grafice
Pierwszą część wystąpienia, dotyczącą pieniędzy, Kazimierz był jeszcze w stanie znieść. Gdy jednak usłyszał uwagi o swoim życiu prywatnym, nie zdołał powstrzymać gniewu.
Na ostre słowa kaznodziei, który nie gryzł się w język, odpowiedział równie gwałtownie, obrzucając wikariusza obelgami. Wydawało się nawet, że dojdzie do rękoczynów, lecz ostatecznie król się powstrzymał.
Gdy emocje opadły, Kazimierz pod wpływem najbliższego otoczenia kazał wtrącić niesfornego kaznodzieję do więzienia. Dla dumnego władcy publiczne upomnienie z powodów moralnych było ciosem w jego majestat, czego nie zamierzał puścić płazem.
Worek i lodowata woda
To, co nastąpiło później, na trwałe splamiło reputację króla. W nocy z 13 na 14 grudnia 1349 roku Marcina Baryczkę zabrano z miejsca odosobnienia z rozkazu Kazimierza i utopiono w Wiśle pod Wawelem. Czynu dokonał królewski sługa o imieniu Kochan.
Według szesnastowiecznego kronikarza Marcina Bielskiego, przed utopieniem wepchnięto wikariusza do wora, a następnie zanurzono w lodowatej wodzie, z której nie miał już szans się wydostać.
Trudno dziś zweryfikować ten drastyczny opis, bo późniejsze kroniki chętnie podkoloryzowały okoliczności śmierci duchownego. Nie zachowały się też żadne źródła współczesne wydarzeniom, które potwierdziłyby osobistą obecność króla przy egzekucji.
Pewne jest natomiast to, że Kazimierz, choć mógł cofnąć rozkaz, tego nie zrobił i podtrzymał wyrok śmierci na znienawidzonym kapłanie. Najwyraźniej wciąż nie potrafił zapanować nad wzburzeniem, mimo że nie był już porywczym młodzieńcem, lecz mężczyzną w sile wieku. Współczesny wydarzeniom kronikarz Janko z Czarnkowa zapisał gorzko, że Baryczkę uwięziono i utopiono bez żadnej przyczyny, zupełnie niewinnego.
Cień Bolesława Szczodrego
Choć kazanie Baryczki nie miało realnej mocy, by zachwiać władzą Kazimierza, król odebrał je jako poważny cios w swój autorytet. Publiczne napiętnowanie z powodów moralnych godziło w majestat władcy, a Kazimierz, niesłynący z cierpliwości, postanowił dać duchowieństwu odstraszający przykład.
Kalkulacja okazała się skuteczna. Polscy duchowni najwyraźniej wzięli sobie do serca los wikariusza, bo w późniejszych latach żaden z nich nie ośmielił się już publicznie karcić króla z powodu jego prywatnego życia. Zabójstwo jednego niewygodnego kapłana zastraszyło całą kościelną opozycję.
fot.Jan Matejko – Biblioteka Narodowa / domena publicznaKazimierz III Wielki na portrecie Jana Matejki z cyklu Poczet królów i książąt polskich
Jan Długosz nie zawahał się porównać zabicia Marcina Baryczki przez Kazimierza Wielkiego do czynu Bolesława Szczodrego. „Przez tę zbrodnię król częściowo dorównał swym przodkom, częściowo ich przewyższył, naśladując powtórzył przykład Bolesława II, zabójcy biskupa św. Stanisława” – napisał piętnastowieczny dziejopis. Potępił zatem piastowskiego panującego, aczkolwiek pochwalił go później za całokształt rządów i starał się to uzasadnić.
Z oczywistych względów Długosz nakreślił również pozytywną charakterystykę Baryczki, który z czasem został otoczony kultem. Ostatecznie ten kult samoistnie wygasł, na co istotny wpływ miała postawa Kościoła, który z nieznanych nam powodów nie spopularyzował go.
Źródło
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.