Ciekawostki Historyczne
Druga wojna światowa

Polacy w mundurach Wehrmachtu. Andrzej Chwalba i Wojciech Harpula o tragicznych wyborach pod okupacją

Na ziemiach wcielonych do III Rzeszy miliony Polaków zostały poddane brutalnej polityce germanizacji, wysiedleń i segregacji. Wielu mieszkańców Pomorza i Śląska przymusowo wpisano na niemiecką listę narodowościową, a następnie wcielono do Wehrmachtu. Odmowa mogła oznaczać represje nie tylko wobec nich, lecz także ich rodzin. Andrzej Chwalba i Wojciech Harpula opowiadają o ludziach, którzy – jak sami podkreślają – mieli przed sobą „tylko dwie drogi. Złą i złą”

Tekst jest fragmentem książki Andrzeja Chwalby i Wojciecha Harpuli „Nie będzie Niemiec… Polska–Niemcy. Tysiąc lat wojny i pokoju”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Wielka Litera.

Wojciech Harpula: Jak różniły się status i sytuacja Polaków na terenach wcielonych do Rzeszy od tych żyjących w Generalnym Gubernatorstwie?

Profesor Andrzej Chwalba: Zasadniczo. Ziemie wcielone do Rzeszy stały się częścią niemieckiej państwowości. Struktury państwa polskiego zostały błyskawicznie zlikwidowane, w ich miejsce Niemcy wprowadzili nowy podział administracyjny. Część polskich ziem przyłączono do istniejących prowincji, a pozostałe weszły w skład nowych okręgów: Gdańsk–Prusy Zachodnie, obejmującego dawne Wolne Miasto oraz większość województwa pomorskiego, i Kraj Warty, złożonego z województwa poznańskiego oraz większości łódzkiego. Do Prus Wschodnich przyłączono Suwalszczyznę i Ciechanowskie, a polski Górny Śląsk do niemieckiego okręgu Śląsk, który w styczniu 1941 roku podzielono na dwie jednostki: Śląsk Dolny i Śląsk Górny. Nowy górnośląski okręg Rzeszy obejmował nie tylko przedwojenne województwo śląskie, ale także Zagłębie Dąbrowskie z Sosnowcem oraz powiaty chrzanowski, żywiecki i część powiatów wadowickiego i olkuskiego.

fot.Lonio17 – Praca własna na bazie: Generalgouvernement fur die besetzten polnischen gebiete /CC BY-SA 4.0

Generalne Gubernatorstwo – podział administracyjny (1941 -1945)

Na czele prowincji stali namiestnicy wyposażeni w rozległe kompetencje, nazywani „książętami Rzeszy”. Łączyli władzę administracyjną z partyjną, gdyż byli też gauleiterami NSDAP. Okręgiem Gdańsk– Prusy Zachodnie rządził Albert Forster, Krajem Warty – Arthur Greiser, Śląskiem – Fritz Bracht. Na czele Prus Wschodnich stał Erich Koch jako nadprezydent i szef partii. Wymieniam ich nazwiska nie z kronikarskiego obowiązku, ale dlatego, że decyzje, jakie podejmowali, miały znaczenie dla sytuacji ludności polskiej.

To znaczy?

O tym za chwilę. Niezależnie bowiem od tego, kto zarządzał daną prowincją, Niemcy nie mieli wątpliwości, że tereny wcielone do Rzeszy pozostaną jej częścią na wiek wieków. Polaków, którzy mogliby sprawiać problemy, należy się pozbyć, nadających się do tego – zgermanizować, a resztę zamienić w niewolników pracujących dla „rasy panów”. Działania zmierzające do zmiany struktury etnicznej rozpoczęto już jesienią 1939 roku, gdy ruszyła deportacja ludności do Generalnego Gubernatorstwa. Wysiedleniu w pierwszej kolejności podlegali Żydzi, polska inteligencja, ziemianie, przedsiębiorcy, kapłani, liderzy społeczności wiejskich. Niemcy chcieli się pozbyć polskich warstw przywódczych, a przy tym osób zamożnych, których majątek można było przejąć i rozdzielić między funkcjonariuszy reżimu i zasłużonych dla niego Niemców. Ludzi wysiedlano nocą, dostawali najwyżej pół godziny na spakowanie dobytku. Dorośli mogli zabrać 30 kilogramów bagażu, dzieci – 10 kilogramów. Transporty na miejsce docelowe odbywały się w fatalnych warunkach, przypominających te znane z wywózek do obozów koncentracyjnych.

Ilu Żydów i Polaków wysiedlono?

Badania trwają od lat i prowadzą do różnych wniosków. Najwięcej rodzin wyrzucono z domów późną jesienią 1939 roku oraz w pierwszej połowie roku 1940. Później zaczęli protestować przedsiębiorcy, którzy potrzebowali siły roboczej, oraz Frank, dla którego deportowani byli dodatkowym kłopotem. Liczbę przesiedlonych do Generalnego Gubernatorstwa do końca 1944 roku szacuje się na około 400 tysięcy osób. Najwięcej ludzi wyrzucono z Kraju Warty, najmniej z Ciechanowskiego. Ponadto około pół miliona osób zmuszono do przesiedleń w granicach nowych ziem. Polaków w miastach wyrzucano z lepszych dzielnic i kierowano do gorszych, na wsiach odbierano im solidne gospodarstwa, przydzielając w zamian mniejsze i gorzej urządzone. Wysiedleni zrobili miejsce dla Niemców. Najpierw przyjechali urzędnicy i ci, których skusiła wizja kariery oraz lepszych zarobków. Później przybyli Niemcy z państw Europy Wschodniej: ze Związku Radzieckiego, państw bałtyckich, Węgier, Rumunii i Jugosławii. Niekiedy nie znali nawet języka niemieckiego, przedstawicieli „rasy panów” nie przypominali, ich stosunek do ludności polskiej był zróżnicowany. Niektórzy byli pełni buty i pogardy inni nawiązywali z Polakami poprawne, a nawet przyjacielskie relacje. Doliczono się, że przybyło ich co najmniej 630 tysięcy, z czego ponad 80 procent osiedliło się w Kraju Warty.

fot.Nieznany – Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC) / domena publiczna

Władze GG, od lewej Ernst Kundt, Ludwig Fischer, Hans Frank, Otto Wächter, Ernst Zörner, Richard Wendler

Natomiast liderom społeczności polskiej, którzy nie zostali deportowani, pisany był tragiczny los. Zostali zamordowani. Wśród nich byli nauczyciele, ziemianie, lekarze, prawnicy, działacze stowarzyszeń oraz instytucji miejskich i wiejskich, przedsiębiorcy, przedstawiciele przedwojennej administracji… Aresztowania i egzekucje rozpoczęły się jesienią 1939 roku i trwały aż do końca okupacji. Na Pomorzu miejscem kaźni Polaków były między innymi lasy piaśnickie i obóz koncentracyjny Stutthof w pobliżu Gdańska, w Wielkopolsce – Fort VII w Poznaniu, gdzie już w listopadzie 1939 roku eksperymentowano z zabijaniem za pomocą cyklonu B i tlenku węgla. W sumie zamordowano około 50 tysięcy Polaków, z czego niemal połowę w okręgu Gdańsk–Prusy Zachodnie. Kolejne 50 tysięcy skierowano do obozów koncentracyjnych.

Przeczytaj także: Kaszubi w II wojnie światowej

Dalsza część artykułu pod ramką
Zobacz również:

Jak tworzenie folkslisty wyglądało w praktyce?

Osoby uznane za spełniające niemieckie kryteria rasowe otrzymały ankiety, które należało wypełnić i odesłać. Pytano w nich między innymi o przodków, miejsce zamieszkania, ukończone szkoły, krewnych w Niemczech, stosunek do Trzeciej Rzeszy i ewentualne związki krwi z Żydami. Ci, którzy ankiety nie otrzymali, mogli ją pobrać i wypełnić z własnej inicjatywy, a następnie czekać na decyzję SS. W przypadku wątpliwości selekcjonerzy rasowi wzywali na rozmowę.

Ankietowanych, których uznano za wartościowych rasowo, przydzielano do jednej z czterech kategorii. Pierwszą stanowili etniczni Niemcy, którzy znani byli z aktywnej działalności narodowej przed wojną. Do drugiej zaliczono Niemców pasywnych, czyli takich, którzy przed wojną głosowali na listy niemieckie, ale nic ponadto. Żyli wśród Polaków, współpracowali z nimi, niekiedy wchodzili w związki rodzinne. Byli to Niemcy „mniej pewni”. Do grupy trzeciej, najliczniejszej, wpisywano „potencjalnych Niemców”, czyli – z punktu widzenia hitlerowców – „Niemców spolonizowanych”. Trafiały tam osoby, które urodziły się w granicach Trzeciej Rzeszy, mogły mieć niemieckich przodków, posiadały nazwiska o niemieckim brzmieniu. Grupa czwarta, najmniej liczna, obejmowała tych, których uznano za kandydatów na Niemców, czyli Polaków gotowych do współpracy z okupantem lub prezentujących pożądane cechy rasowe. Zaliczeni do pierwszej i drugiej grupy otrzymywali automatycznie obywatelstwo Rzeszy, zaliczeni do grupy trzeciej dostawali warunkowe obywatelstwo na 10 lat, a wpisani do grupy czwartej – tylko niekiedy, na zasadzie wyjątku. Folksdojczom, bo tak nazwano wpisanych na listę narodowościową, wręczano też Ausweis, czyli dowód tożsamości. Były oznaczone różnymi kolorami. Niebieskim dla grup pierwszej i drugiej, zielonym dla trzeciej i czerwonym dla czwartej.

Ile osób zaliczono do każdej z kategorii?

Do pierwszej i drugiej około miliona osób, czyli mniej więcej tyle, ilu Niemców mieszkało przed wojną w Rzeczpospolitej. Do trzeciej blisko dwa miliony i zaledwie 90 tysięcy do czwartej. Można zadać pytanie, dlaczego aż dwa miliony Polaków odnalazło swoje niemieckie korzenie lub poczuło się częścią niemieckiej kultury. Odpowiedź jest prosta – zostali do tego zmuszeni. Najwięcej Polaków-folksdojczów wpisano na listę na Pomorzu i Śląsku, ale tylko dlatego, że tak zdecydowali wodzowie tych prowincji – Forster i Bracht. Namiestnik okręgu Gdańsk–Prusy Zachodnie uznał, że wszyscy mieszkańcy tych terenów zostali ukształtowani przez kulturę niemiecką. Twierdził, że nie można porzucić osób, w których płynie choćby kropla germańskiej krwi.

fot.Zalasem1 – Praca własna / CC BY-SA 4.0

Odznaka noszona przez Volksdeutschów

Kazał więc wpisywać na listę narodowościową wszystkich, a tym, którzy opierali się przed wysłaniem ankiety, zagroził karami. Przed uznaniem za „potencjalnego Niemca” chroniło tylko posiadanie przodka Żyda. W efekcie większość Polaków i Kaszubów została wpisana na folkslistę. Rząd w Londynie i Rzeczpospolita Podziemna nie sprzeciwiały się temu i nie nawoływały do oporu. Był on bowiem pozbawiony sensu, oznaczał represje i eksterminację opornych. Podobną politykę prowadził na Śląsku Bracht. Wasserpolen uważał za łatwych do zgermanizowania. Odmowę złożenia ankiety kwalifikował jako przestępstwo.

To prawda, że wpisania na folkslistę odmówił arcyksiążę Karol Olbracht Habsburg z Żywca?

Prawda. Był pułkownikiem Wojska Polskiego odznaczonym Krzyżem Walecznych. We wrześniu 1939 roku zgłosił się do wojska, ale nie został zmobilizowany ze względu na stan zdrowia i wiek. Gestapo aresztowało go w listopadzie, gdy odmówił zadeklarowania się jako Niemiec i współpracy z nowymi władzami. Dwa lata spędził w cieszyńskim więzieniu, był traktowany bardzo brutalnie. Uległ częściowemu paraliżowi, stracił wzrok w jednym oku. Oprawcom miał powiedzieć, że „Habsburg nie jest Niemcem”. Resztę wojny spędził w areszcie domowym. Jego żona Alicja została internowana w Wiśle. Tłumaczyła dla Armii Krajowej na angielski informacje wywiadowcze, prowadziła nasłuch zachodnich radiostacji.

Wpisania się na folkslistę na Śląsku odmówiło niewielu, zgodnie ze stanowiskiem rządu londyńskiego, który uznał, że Ślązacy powinni złożyć ankiety ze względu na grożące konsekwencje. A te były dotkliwe: wysłanie do Auschwitz, uwięzienie, w najlepszym przypadku wysiedlenie do Generalnego Gubernatorstwa. W tym duchu apelował też biskup śląski Stanisław Adamski, wielkopolanin, który nie chciał narażać wiernych na represje. Polaków ze wschodnich gmin prowincji, należących przed wojną do województw krakowskiego i kieleckiego, Bracht nie nakłaniał do składania ankiet. Uznał, że na Niemców w żadnym razie się nie nadają, więc szkoda z nimi zachodu. Nakazał im natomiast naszycie na ubraniu litery „P”. Ostatecznie na dwa i pół miliona osób w okręgu Górny Śląsk folksdojcze stanowili prawie półtora miliona.

fot.Nieznany – www.worldroots.com, quoted also https://www.polonika.at/informator.php?op=sz&id=334&pid=327

Archduke Karl Albrecht Nikolaus von Austria (1888-1951), colonel of Austria, general major of Poland (Polish name Karol Olbracht Habsburg-Lotaryński)

Natomiast Greiser w Kraju Warty prowadził zupełnie inną politykę niż Forster i Bracht. Uważał, że wpis na niemiecką listę narodowościową jest zaszczytem. Był przeciwny germanizacji niższych rasowo Polaków, gdyż mogło doprowadzić to do „zepsucia krwi” niemieckiej. Dlatego na folkslistę wpisano tam zaledwie 65 tysięcy Polaków. Podobnie było w Ciechanowskiem, przyłączonym do Prus Wschodnich. Dla Kocha stosunki narodowościowe w tym peryferyjnym rejonie nie miały większego znaczenia, na folkslistę wpisano tam około dwa procent Polaków.

Przeczytaj także: Arthur Greiser i ostatnia publiczna egzekucja w Polsce

Ilu w sumie było Niemców i folksdojczów na ziemiach Rzeczpospolitej wcielonych do Rzeszy?

Na folkslistę we wszystkich kategoriach wpisano trzy i pół miliona osób, na łączną liczbę dziewięciu i pół miliona mieszkańców ziem polskich włączonych do Rzeszy. Okupant nie ufał jednak folksdojczom z trzeciej i czwartej grupy. Planował przesiedlenie ich do „starej” Rzeszy, by tam dokonała się ich ostateczna germanizacja. Na terenach, gdzie władze zmuszały do wypełnienia ankiet, zdecydowana większość folksdojczów czyniła absolutne minimum wymagane przez okupanta i czekała na koniec wojny.

Na Śląsku jedynie osiem tysięcy osób wstąpiło do NSDAP, a kilkaset wystąpiło o wpisanie do drugiej grupy folkslisty. Oczywiście, znaleźli się i tacy, którzy ze wszystkich sił starali się o wpis ze względu na związane z tym korzyści – wyższe przydziały żywności i innych produktów, większe poczucie bezpieczeństwa, ochronę przed wysiedleniem i pozbawieniem mienia. A byli i tacy folksdojcze, którzy pozostali polskimi patriotami. Na Śląsku i Pomorzu podziemie bez nich nie miałoby na funkcjonowanie żadnych szans, stanowili oparcie dla polskiej konspiracji. Wielu zapłaciło za to najwyższą cenę.

Kiedy Wehrmacht zaczął powoływać Polaków wpisanych na listę narodowościową do służby wojskowej? Ilu ich było?

Polaków z Pomorza i Śląska należących do trzeciej i czwartej grupy zaczęto powoływać już wiosną 1941 roku. Najpierw do przeróżnych służb pomocniczych, a później, wraz z rosnącymi stratami armii, także do Wehrmachtu. Do SS – nigdy. W gwardii Hitlera mogli służyć tylko etniczni Niemcy. Badacze szacują, że w niemieckiej armii służyło co najmniej 350 tysięcy „polskich” folksdojczów, aczkolwiek pojawiają się także rachuby o 100 tysięcy wyższe. Dobrze udokumentowane są przypadki ich kłótni i bójek z niemieckimi żołnierzami lub śpiewania polskich piosenek podczas służby. Polaków starano się rozpraszać po różnych pułkach, kierować nie więcej niż dwóch, trzech do jednego plutonu, a dowódcy mieli na nich oko.

Niesubordynacja lub próba ucieczki była karana śmiercią, narażała też na represje rodziny pozostawione w Rzeszy. Mimo to, wraz ze zbliżającą się klęską Niemiec, coraz częściej dezerterowali. W Polskich Siłach Zbrojnych służyło ich blisko 90 tysięcy, formowano z nich nawet całe bataliony.

A ilu służyło w Armii Polskiej w ZSRR? Gustlik z Czterech pancernych i psa był dezerterem z Wehrmachtu.

Zaledwie około trzech tysięcy. W Armii Czerwonej nie zajmowano się niuansami. Niemiec to Niemiec. Mówi po polsku? To tym bardziej podejrzane, zapewne jest szpiegiem… Z obozu filtracyjnego NKWD do armii Berlinga wiodła długa i niełatwa droga. Najsłynniejszym, obok Gustlika, polskim uciekinierem z niemieckiego wojska jest bez wątpienia „dziadek z Wehrmachtu”, użyty jako oręż polityczny w trakcie kampanii prezydenckiej w 2005 roku. Józef Tusk, polski kolejarz z Gdańska, został powołany w 1944 roku do służby w Wehrmachcie. Dostał się do brytyjskiej niewoli w Akwizgranie i zasilił polskie wojsko.

W 2005 roku pojawiło się jeszcze nieprawdziwe sformułowanie, że wstąpił do Wehrmachtu na ochotnika.

Józefa Tuska powołano do wojska, ale przymusowe wcielanie do armii, jakoby „na ochotnika”, było powszechne. To było opłacalne dla okupanta, gdyż w przypadku śmierci żołnierza z dobrowolnego zaciągu rodziny nie otrzymywały odszkodowań i zapomóg. Los Polaków, Ślązaków i Kaszubów, którzy znaleźli się na folksliście i tym samym w szeregach Wehrmachtu, był tragiczny, gdyż zostali zmuszeni do walki u boku wrogów. W walce za nie swoją sprawę zginęło ich około 200 tysięcy, a ci, którzy przeżyli, nie-rzadko musieli po wojnie mierzyć się z ostracyzmem i pogardą, zwłaszcza ze strony napływowej ludności, osiedlającej się na Śląsku i Pomorzu. Służba kilkuset tysięcy Polaków w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy przez dziesięciolecia stanowiła w Polsce temat tabu. Zmowa milczenia zaczęła pękać dopiero w latach siedemdziesiątych, choć wrzawa i kontrowersje wokół pokazywanej na przełomie 2025 i 2026 roku w Muzeum Gdańska wystawy Nasi chłopcy, prezentującej losy Polaków z Pomorza walczących w Wehrmachcie, świadczą, że mimo upływu czasu i solidnej pracy naukowców nie wszyscy zdążyli odrobić lekcję historii.

fot.Nieznany – Evan McGilvray: Marsz czarnych diabłów, Poznań 2006, ISBN 83-7301-893-X; 1st publ. in: S. Maczek, Od podwody do czołga, Edinburgh 1961

Wcielony siłą do Wehrmachtu Polak rozmawia w 1944 roku w Normandii z żołnierzami 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka

Trzeba bowiem zrozumieć, że Polacy na ziemiach wcielonych do Rzeszy mieli przed sobą tylko dwie drogi. Złą i złą. Ambicje nazistowskich „książąt” Pomorza i Śląska sprawiły, że wielu uznano za „prawie Niemców”. Zachowali posady, ziemię, gospodarstwa, swoje sklepy czy warsztaty, ale wysłano ich także na front. Natomiast znakomita większość, bo około sześć milionów Polaków, stała się niewolnikami. Rzesza na każdym kroku przypominała im, że są gorsi od swoich niemieckich panów. Naczelną zasadą niemieckiej polityki był apartheid. Ścisłej segregacji rasowej nie udało się wprowadzić – co nie znaczy, że nie próbowano.

W jaki sposób?

Z formalnego punktu widzenia Polacy na ziemiach wcielonych do Rzeszy byli bezpaństwowcami „poddanymi protekcji niemieckiej”. W każdej chwili mogli być wysiedleni lub uwięzieni. Najpierw pozbawiono ich, podobnie jak Żydów, ochrony prawnej i możliwości dochodzenia roszczeń od Niemców, a później uznano, że sądy w ogóle nie po-winny tracić czasu na orzekanie w sprawach „podludzi”.

To zadanie powierzono policji, która decydowała o winie i karze. Przeprowadzono olbrzymią operację wywłaszczenia – najpierw Żydów, a następnie Polaków. Państwo skonfiskowało ziemię, fabryki, warsztaty, sklepy, magazyny, które później dzierżawiono lub sprzedawano Niemcom. W rękach dotychczasowych właścicieli pozostały jedynie niewielkie sklepy i skromne zakłady rzemieślnicze. Polscy rolnicy z reguły nadal prowadzili swoje gospodarstwa, ale nie jako właściciele, a jedynie użytkownicy. Eksploatację siły roboczej umożliwiał przymus pracy, obejmujący Polaków w wieku od 14 do 60 lat. Pracować musieli wszyscy mężczyźni, a także bezdzietne kobiety i matki, których dzieci ukończyły trzeci rok życia.

Ale odebranie Polakom własności i praw obywatelskich to było zbyt mało. Rzesza chciała odebrać im także godność. Na każdym kroku powinni pamiętać, że „rasie panów” są winni szacunek i posłuszeństwo. W wymyślaniu zarządzeń z piekła rodem przodował Greiser w Kraju Warty, który miał ambicję zamienienia Wielkopolski w „plac ćwiczeń narodowego socjalizmu” i „wzorowy okręg Rzeszy”. Wprowadził obowiązek wyrażania „ustawowego” szacunku wobec Niemców – a w ślad za nim poszedł też Forster na Pomorzu. Zgodnie z tymi przepisami polscy i żydowscy mężczyźni mieli obowiązek ustępowania miejsca Niemcom na chodnikach i zdejmowania przed nimi nakrycia głowy. Polakom nie wolno było korzystać z autobusów, mogli przemieszczać się tylko określonymi liniami tramwajów i nie zajmowali miejsc w pierwszym wagonie. Żeby skorzystać z kolei, należało postarać się o przepustkę.

fot.Theuergarten Ewald – Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 2-7934

Tramwaj linii 8 w okupowanym Krakowie, 1941 rok.

W Warthegau, czyli Kraju Warty, trzeba było uzyskać zgodę policji nawet na korzystanie z rowerów, a w niektórych miastach „polskie” rowery musiały być oznakowane białym kolorem i poruszać się tylko po określonych trasach. Polakom zabroniono zmiany miejsca zamieszkania i korzystania z telefonów. W parkach umieszczano tablice zakazujące wstępu Polakom i psom, choć w Kaliszu zgadzano się na wprowadzanie psów na smyczy, ale Polaków już nie. Polskie dzieci nie mogły bawić się na tych samych placach co niemieckie, niektóre restauracje i kawiarnie również stały się nur für Deutsche. Tylko Niemcy mogli korzystać z teatrów, sal koncertowych, obiektów sportowych, kąpielisk, schronisk górskich i ogrodów zoologicznych. Segregacja rasowa obowiązywała także po śmierci, gdyż panował zakaz grzebania Polaków i Niemców na tym samym cmentarzu. Polakom w „księstwie Greisera” nie wolno było posiadać radia, aparatów fotograficznych, lornetek, sprzętu sportowego oraz instrumentów muzycznych z wyjątkiem organków.

Słucham? Skąd taki zakaz?

Nie mam pojęcia. Być może Niemcom chodziło o to, że niewolnicy powinni pracować, a nie bawić się przy dźwiękach muzyki. Jeszcze bardziej groteskowe było zarządzenie zakazujące Polakom sprzedaży zabawek dla dzieci. Greiser jesienią 1941 roku wprowadził także zasadę, że nowo narodzone polskie dzieci powinny otrzymywać imię ze specjalnej, opracowanej przez okupantów listy. Znalazły się na niej imiona archaiczne, o słowiańskim rodowodzie, nieużywane od stuleci. Lista rozpoczynała się od Bądzimierza i Budzisławy, a kończyła na Żytomirze i Znatysławie. Istniał również obowiązek nadawania drugiego imienia. W tym przypadku wyboru nie było – okupant przewidział Kazimierza lub Kazimierę.

To zarządzenie było przestrzegane?

Zasadniczo tak. Rodzice z listy starali się wybrać imiona, które były używane i przed wojną: Czesław, Stanisław, Kazimierz, Janina, Kazimiera, Bożena. Drugie imię Kazimierz lub Kazimiera nadawano powszechnie. Natomiast w wielu rodzinach używano na co dzień innego imienia lub zdrobnienia niż to, które widniało „w papierach”. Wielu z dziwacznych zarządzeń policja z Warthegau nie była jednak w stanie wyegzekwować. Miała skierować policjantów do przeczesywania strychów w poszukiwaniu nielegalnych trąbek czy skrzypiec? Sprawdzać, gdzie i kiedy został zakupiony dziecięcy konik na biegunach? Codzienna praktyka odbiegała od rasistowskich rojeń Greisera o „wzorowym okręgu Rzeszy”.

Niektórych pomysłów nie pozwolił mu zrealizować Berlin. W 1942 roku planował zamordować 250 tysięcy Polaków chorych na gruźlicę. Później chciał w Łodzi masowo prześwietlać z użyciem aparatu rentgenowskiego polskich mieszkańców, a w przypadku stwierdzenia infekcji prątkami Kocha, od razu za-bijać chorych. Snuł też plany przymusowej sterylizacji wszystkich polskich mężczyzn. Berlin znów powiedział „stop”, ale z zastrzeżeniem, że do pomysłu można wrócić po wojnie. Polacy zostali na terenach wcielonych do Rzeszy poddani przemocy wszelkiego rodzaju: fizycznej, ekonomicznej, symbolicznej. Ich przodkowie w zaborze pruskim zmagali się z państwem wrogim polskości, ale prowadzącym te działania w ramach norm obowiązujących w cywilizowanym świecie. Natomiast Rzesza systemowo zwalczała polskość w każdym wymiarze, sięgając po metody, przy których działania hakatystów jawiły się jako niewinne i staroświeckie.

Tekst jest fragmentem książki Andrzeja Chwalby i Wojciecha Harpuli „Nie będzie Niemiec… Polska–Niemcy. Tysiąc lat wojny i pokoju”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Wielka Litera.

Zobacz również

Druga wojna światowa

Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech

Ponad 75 tysięcy ofiar. Pięć miesięcy walk. Jedna z najbardziej krwawych i legendarnych bitew II wojny światowej.

12 sierpnia 2026 | Autorzy: Redakcja

Dwudziestolecie międzywojenne

Wojna – pokój – wojna (1914–1945)

Wielka opowieść o czasach heroizmu i okrucieństwa

11 czerwca 2026 | Autorzy: Redakcja

Zimna wojna

August Emil Fieldorf „Nil”. Bohater podziemia skazany jak zbrodniarz

Legionista, oficer II Rzeczypospolitej, dowódca Kedywu Armii Krajowej i organizator najgłośniejszych akcji dywersyjnych przeciw Niemcom. Po wojnie nie wrócił do konspiracji – chciał jedynie spokojnie...

6 kwietnia 2026 | Autorzy: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Druga wojna światowa

Prawda o ataku na Pearl Harbor

Do dziś to jedno z najciekawszych zagadnień II wojny światowej: czy Amerykanie spodziewali się ataku na Pearl Harbor, ale celowo pozwolili Japończykom wygrać?

11 czerwca 2025 | Autorzy: Jacek Perzyński

Zimna wojna

Czym były Ziemie Odzyskane?

Miały być krainą mlekiem i miodem płynącą. Okazały się wydmuszką, w której wielu przesiedleńców nie potrafiło się odnaleźć. Oto historia Ziem Odzyskanych.

28 maja 2025 | Autorzy: Anna Baron-Jaworska

Druga wojna światowa

II wojna światowa komandosów

II wojna światowa zaczęła się od akcji komanda. Ale jednostki specjalne rozwinęły skrzydła dopiero kilka lat później. Jak wyglądały początki komandosów?

27 maja 2025 | Autorzy: Cyril Azouvi

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.