Strzały, detonacje, przerażeni mieszkańcy kryjący się w piwnicach i młodzi powstańcy z bronią w drżących dłoniach. Drugiego dnia Powstania Warszawskiego nikt nie wie, co dzieje się kilka ulic dalej ani komu wierzyć. Nadzieja miesza się ze strachem, a podziw dla odwagi żołnierzy Armii Krajowej – z coraz bardziej gorzkim pytaniem o sens rozpoczętej walki.
No i mamy drugi dzień „powstania”. Istne piekło: strzały i detonacje słychać niemal bez przerwy. Jeśli ktoś liczył na to, że wszystko się skończy w kilka godzin, był w wielkim błędzie.
Rano z wielką ciekawością dyskretnie obserwowaliśmy przez okienko na strychu „oddział” powstańców składający się z kilku chłopaczków ściskających w drżących dłoniach rewolwery. Podążali niczym kaczuszki za umundurowanym dumnym kaczorem, który miał przewieszony przez ramię karabin. Nie mam pojęcia, jakie otrzymali zadanie, co takie dzieciaki mogą zdziałać w bitwie.
Ludzie są zagubieni i zastraszeni. Skoro świt parę osób, czujnie pochylonych, przemknęło zakosami przez nasze warzywne pole, by zniknąć wśród ruin po drugiej stronie.
Teoretycznie nasz dwupoziomowy schron jest wyjątkowo bezpieczny, o czym świadczy też to, że ludzie z sąsiednich domów także chcą się w nim ukryć. Tyle w teorii. Prawda jest taka, że odór stęchlizny i składziku z czyimiś butwiejącymi dywanami jest tak ostry i przykry, że po chwili bolą nas głowy i mamy mdłości. Nie mogę sobie wyobrazić, że mielibyśmy spędzić noc w tym smrodzie.
fot.Bundesarchiv, Bild 101I-696-0426-18 / Leher / CC-BY-SA 3.0Ostrzał powstańczych pozycji z wyrzutni rakietowych „Nebelwerfer”. Róg ulic Żelaznej i Żytniej na Woli
Wbrew obawom kobiet wróciłem ostrożnie do mieszkania, by przynieść coś do jedzenia i ulubionego wypchanego trocinami misia, z którym zawsze sypia nasz synek. Zamiast tego, zdesperowany, w egipskich ciemnościach, przepchnąłem wersalkę i nasze dwa małżeńskie łóżka do przedpokoju. To jedyne pomieszczenie bez okien, w którym jesteśmy osłonięci przed odłamkami. Wiem, że podobnie urządzają się niektórzy sąsiedzi, którym też piwniczne lokum dało się we znaki.
Mamy szczęście, że mieszkanie Madzi, pewnie dlatego, że jest na drugim piętrze, nie zostało ostrzelane. Ale z obawą przyglądamy się szczytowej ścianie budynku w klatce obok, na której wyraźnie zarysowują się pęknięcia. Przez dziury i wyrwy w murze można zajrzeć do mieszkań. Podwórko od tej strony jest wypełnione odłamkami cegieł, ich warstwa sięga aż do parapetów na pierwszym piętrze. Dwie z czterech ławek, które tam stały, zostały pospiesznie odgrzebane i przeniesione pod rosnące na środku drzewo.
Ku rozpaczy kobiet ucierpiała też kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, pod którą codziennie odprawiane są modły i litanie.
Jest mokro, chłodno i nieprzyjemnie. Walki trwają. Gubimy się w domysłach, jaka naprawdę panuje sytuacja w mieście. Piwniczne plotki głoszą, że Stare Miasto opanowali nasi, że zdobyli gmach Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych przy Sanguszki, że Plac Krasińskich, podobnie jak Sejm, są w naszych rękach. Nie mam pojęcia, ile w tym wszystkim prawdy.
Poszło nam aż tak dobrze?
Przed chwilą przez wiadukt przejechała kawalkada niemieckich czołgów i samochodów, więc mój optymizm jest umiarkowany.
Pogłoska goni pogłoskę i pogłoską pogania.
Wiemy tylko, że walki toczą się na Nowym Świecie, Placu Trzech Krzyży oraz Wolskiej, że nie udało się odbić bielańskiego lotniska.
W tym całym informacyjnym chaosie dociera do nas bardzo przykra wiadomość o śmierci w szpitalu przy Polnej przyjaciółki rodziny, dalekiej kuzynki ze strony teściowej, Krysi Krahelskiej. Po głowie przez cały dzień natarczywie krąży mi napisana przez nią piosenka.
Hej, chłopcy, bagnet na broń,
Długa droga, daleka przed nami,
Mocne serca, a w ręku karabin,
Granaty w dłoniach i bagnet na broń.
Madzia i Anula popłakują po kątach, wyrzucają sobie, że nie znalazły czasu, żeby spotkać się z nią przed sierpniem.
Niemcy najwyraźniej sobie nie radzą, bo ściągnęli do miasta ciężką dywizję pancerną. Jestem ciekaw, co zdziałają te legendarne „Tygrysy”. Nie wyobrażam sobie, by okazały się pożyteczne w walkach na ulicach i skwerach. W ciasnej przestrzeni, gdzie z każdego okna mogą zostać obrzucone zapalonymi butelkami z benzyną? Gdzie nie sposób nawrócić?
fot.University of Warsaw – Archiwum Akt NowychLegitymacja studencka Krystyny Krahelskiej wydana przez Uniwersytet Warszawski
Gdzie zewsząd otaczają je wysokie mury?
Robi się coraz bardziej przygnębiająco i trudno mi dostrzec sens tego wszystkiego.
Jeśli nie daj Boże szala przechyli się na stronę Niemców, możemy się spodziewać najgorszych, najbrutalniejszych represji. Postawią nas wszystkich pod ścianą i rozstrzelają. Jeśli zaś jakimś cudem powstańcom udałoby się przejąć miasto, już widzę, jak rozwścieczyłoby to Niemców, którzy w odwecie godzinami by je bombardowali, równając z ziemią dom za domem, ulica za ulicą, dzielnica za dzielnicą.
Bawi mnie, że Niemcy są zdania, że powinniśmy twardo opowiedzieć się za nimi. Kopać rowy przeciwczołgowe i stanąć w szranki z ich wrogiem, Sowietami. Przecież to właśnie oni są dla nas największym przeciwnikiem.
I choć od dawna jestem pełen uznania i podziwu dla odwagi i bohaterstwa żołnierzy Armii Krajowej, to jednak mam poczucie, że ich myślenie zdominowała ułańska brawura. Że kolejny raz rzuciliśmy się z szabelkami na czołgi. Że nikt nie podszedł do sprawy racjonalnie.
W takich chwilach niezmiennie odwołuję się do matematyki i statystyki.
Wystarczyło tylko przeliczyć i porównać, jakimi dysponujemy zasobami. Ile mamy broni krótkiej, długiej, działek, granatów, zapasów amunicji. Że nie mamy czołgów ani samolotów, a pomoc sojuszników jest wątpliwa, bo już 1 września 1939 roku przekonaliśmy się, że za wielkimi słowami nie idą wielkie czyny.
Gdy wczoraj rozpoczęła się strzelanina, sądziłem, że to jakaś komunistyczna prowokacyjna ruchawka.
fot.Tadeusz Bukowski – Jan Grużewski; Stanisław Kopf (1957) Dni Powstania, Kronika Fotograficzna Walczącej Warszawy, Warszawa: PAX, ss. s.208 Żołnierze batalionu „Kiliński” sfotografowani podczas powstańczego pogrzebu na ul. Zgoda
Ale widząc powstańców z biało-czerwonymi opaskami i skalę rewolty (dziś nawet ukazał się pierwszy numer powstańczego „Biuletynu Informacyjnego”), nie mam wątpliwości, że oto naprężyła muskuły Armia Krajowa, która uznała, że pora pokazać swoją siłę. Wziąć sprawę w swe wątłe ręce.
Ciekawe tylko, kto wpadł na ten pomysł i kto wydał rozkaz. Londyn czy Warszawa?
Mnożą się znaki zapytania.
Czytam artykuł w gazecie i nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
Warszawa zrozumiała natychmiast.
Zaczęło się między czwartą a piątą po południu. Na Żoliborzu o godzinę za wcześnie, na Mokotowie i Woli nieco później. W samym centrum miasta rozgorzały od razu zacięte walki.
Ośrodkiem ich są mocno bronione przez Niemców gmachy Poczty i Dworca Głównego.
Na ulicach ruch normalny i nagle grają kaemy, szczekają rozpylacze, pękają wiązki granatów. I już w ulicy ani jednego przechodnia! Wszyscy po bramach, sieniach, sklepach.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.