Ciekawostki Historyczne
Druga wojna światowa

Kapitulacja nie zakończyła koszmaru. Wypędzeni z ukochanej Warszawy

Kapitulacja powstania nie przyniosła im wolności. Wypędzeni z ruin Warszawy, poganiani przez Niemców i stłoczeni w obozie w Pruszkowie, nie wiedzieli, dokąd zostaną wywiezieni. Mimo głodu, strachu i wojennej tułaczki marzyli tylko o jednym – powrocie do ukochanego miasta.

Tekst stanowi fragment książki Niny Majewskiej-Brown pt. Moja ukochana Warszawa. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego (Wydawnictwo Bellona, 2026)

Chodzenie rowami nastręczało ogromnych kłopotów i łatwo było pomylić drogi. Przez jakieś dwie godziny kręciłyśmy się w kółko, co rusz trafiając w te same miejsca. W końcu zdespe­rowane zatrzymałyśmy się w jednej z piwnic.

Powitano nas tam z wielką ciekawością i musiałyśmy od razu ze szczegółami opowiedzieć, co nas spotkało. Ktoś wsunął nam do rąk coś do jedzenia, ktoś inny podał wodę. Byłyśmy bardzo tym ludziom wdzięczne i potwornie zmęczone.

Dopiero kolejnego dnia udało nam się dotrzeć do powstań­czego szpitala. To, co zastałyśmy w środku, było zatrważające. Pacjenci leżeli wszędzie, po dwóch na łóżkach, na siennikach w korytarzach, panował tłok, a prowizoryczna „kostnica”, na którą zaadaptowano szopę, pękała w szwach.

Zdawałam sobie sprawę, że z dwójką małych dzieci nie możemy tam zostać. Musimy ruszyć dalej. Tylko dokąd?

Póki co zeszłyśmy do piwnicy i przebitymi w ścianach otworami zaczęłyśmy wędrować podziemnymi korytarzami. Minąwszy, jeśli mnie pamięć nie myli, dwie albo trzy piwnice, wreszcie na chwilę przysiadłyśmy, a w zasadzie osunęłyśmy się na ziemię.

Ktoś z uczynnych mieszkańców dał nam materac, twierdząc, że pierwotnemu właścicielowi już się nie przyda. Byłyśmy bardzo wdzięczne, bo miałyśmy na czym przycupnąć. Dzieci zaczęły dopominać się o coś do jedzenia, a my nie miałyśmy niczego.

Smutna kobieta, pustym szklanym wzrokiem wpatrująca się w ścianę naprzeciwko, bez słowa podała nam trzy małe grudki cukru. Dobre i to. Rozdzieliłam je między babkę i dzieci. Od czasu do czasu udawało nam się coś wyżebrać, a ja nie mogłam sobie darować, że nie mam przy sobie płaszcza, w którego szwach zaszyłam kilka złotych łańcuszków.

Na naszych głowach pojawiły się pierwsze wszy. A może już od dawna na nas pasożytowały, tylko w tym strachu i biedzie nie zwróciłyśmy na nie uwagi. Śmiałam się przez łzy, że zmieniłyśmy się w iskające się małpy, gdy tak rozgarniałyśmy kosmyki włosów i wyciągałyśmy z nich gnidy.

Obok nas rozłożyła swoje legowisko nadęta paniusia w płaszczu z kołnierzem z lisa, która panicznie się bała chodzić po wodę do studni na podwórku. Zaproponowała, że za przy­niesienie pełnego wiadra da mi woreczek z sucharami. Nie było się nad czym zastanawiać, oczywiście zrobiłam to, o co prosiła.

Czerpanie wody zawsze bardzo długo trwało, bo do studni wiecznie ustawiał się ogonek spragnionych ludzi, a poza tym pierwszeństwo miał szpital. Za każdym razem bardzo się de­nerwowałam i zaklinałam w modlitwach Boga, by pozwolił mi napoić bliskich, by mnie chronił, żeby nic mi się nie stało.

Miałam ogromnie dużo szczęścia, bo chwilę po tym, jak wróciłam z naszymi wiadrami, ziemia się zatrzęsła, ze ścian odpadł tynk, wzbijając obłok kurzu, i okazało się, że pocisk trafił w mieszkańców stłoczonych przy studni.

Poczułam się tak, jakby ktoś podarował mi drugie życie.

Przerażeni ludzie krzyczeli, płakali, biegali jak w amoku, szukając bliskich i rozpaczając, gdy nie mogli ich odnaleźć. Kolejna tragiczna chwila, która na zawsze zapadła mi w pamięć.

Któregoś dnia w piwnicy pojawił się dyrektor z fabryki męża. Niestety nie miał o nim żadnych informacji, za to oka­zało się, że mieszka w kamienicy, w której się schroniłyśmy, i że może udzielić nam wsparcia. Dostałyśmy od niego trochę pieniędzy i pokazał nam skrytkę, w której ukrył swoje zapasy.

Broniłam się i krępowałam z nich skorzystać, ale ostatecznie przekonał mnie argumentem, że jemu już się nie przydadzą, bo dołącza do powstańców i wybiera się ze swoim oddziałem w odległą część miasta.

Czego tam nie było!

Konserwy, sucharki, groch, co prawda trochę robaczywy, ale nic to, do tego mąka i paczka mleka w proszku. Same delikatesy. Byłyśmy uratowane! Przynajmniej na kilka dni.

Z tych dóbr codziennie gotowałam garnuszek pożywnej zupy. Czułam się tak, jakby ktoś podarował mi pół świata.

Niestety zupy nie były najsmaczniejsze, między innymi z bra­ku soli, i z trudem się je przełykało, ale zdecydowanie było to lepsze niż nic. Skończyły się zaklęcia i namowy oraz grymasy przy posiłkach: dziewczynki bez mrugnięcia okiem pałaszowały wszystko.

Coraz częściej zaglądali do nas powstańcy.

Przede wszystkim byli to młodzi chłopcy, prawie dzieci, zmęczeni, wychudzeni, z przerażonymi oczami i chyba już bez animuszu, który towarzyszył im na początku sierpnia. Byli tak wycieńczeni, że natychmiast zasypiali i nie dawało się ich dobudzić. Nie przeszkadzały im głośne rozmowy, zaduch, odgłosy strzałów.

fot.Eugeniusz Lokajski – Opracowanie Zbiorowe (1 sierpnia 1957) Powstanie Warszawskie w Ilustracji, Warszawa: Wydanie Specjalne Warszawskiego Tygodnika Ilustrowanego „Stolica”, ss. 91

Ofiary nalotu. Ruiny restauracji „Adria” przy ul. Moniuszki 10

Wszyscy przeczuwaliśmy, że powstanie dogasa, i żywili­śmy jedynie nadzieję, że nie będzie to też nasz koniec. Było to bardzo przygnębiające i ludzie coraz częściej utyskiwali, że nie wiedzą, na co i po co to wszystko było.

Niektórzy powstańcy panikowali i głośno mówili, że się boją aresztowania i że czeka ich niechybna śmierć. Pytali nas o odzież i pospiesznie przebierali się w cywilne ubrania od życzliwych ludzi. Choć nie obyło się bez nerwowych dyskusji i słownych przepychanek, że skoro byli tacy mądrzy i spowo­dowali to całe nieszczęście, to teraz powinni z podniesionymi czołami ponosić konsekwencje i iść do obozu jenieckiego.

Nareszcie doczekaliśmy się kapitulacji.

Niemcy otoczyli nas i kazali wychodzić z podniesionymi rękoma z piwnicy.

Oślepiło nas słońce. Niebo wydawało się zbyt błękitne, słońce zbyt promieniste i radosne, a wszystko było takie inne. Mrużyliśmy odwykłe od światła oczy i ze zdumieniem rozglą­daliśmy się wokół. Widok podwórka był straszny.

Zasypane gruzem, zryte lejami po bombach i pociskach. A wokół poorane ściany budynku. Na środku podwórka stała otwarta szopa, obok której przechodziłyśmy, wypełniona po brzegi pobandażowanymi zwłokami. Nie pamiętam, ale chyba już za bramą Niemcy gromadzili ludzi i ustawiali czwórkami, a może ósemkami.

Ustawione w kolumnach z innymi nieszczęśnikami, zosta­łyśmy przez gruzy, doły i wertepy, między zburzonymi albo wypalonymi domami, mijając ciała zabitych i tych, którzy umarli z wycieńczenia, wyprowadzone z miasta. Z naszej ukochanej Warszawy.

Tłum ludzi kłębił się za nami i przed nami. Niekończące się morze ludzkich istnień, zawiedzionych nadziei, tych, którzy zostawili za sobą domy i bliskich. Każdy z nas kogoś stracił. Niektórzy utracili wszystkich. Zostaliśmy zdziesiątkowani i wiedzieliśmy, że nasze życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

I tylko Niemcy byli pewni swego.

Krzyczeli na nas, szczuli psami, poganiali. Jakimi ulicami szliśmy, nie pamiętam. Mam przed oczami tylko ten tłum przed nami i za nami. Mijaliśmy ciała osób, które nie miały sił iść dalej, i tych, którzy zostali zastrzeleni przez Niemców.

Podczas naszej wędrówki nadleciały samoloty, które wywo­łały nową falę paniki. Byliśmy przekonani, że nas zbombardują, że to jakaś zasadzka. Zamiast tego dotarliśmy wreszcie na Dwo­rzec Zachodni, z którego wyruszyliśmy do obozu w Pruszkowie.

Słyszałam co nieco o obozach koncentracyjnych, ale to, co tam zastałam, przerosło moje wyobrażenie. Wepchnięto nas do wielkiej hali, tak zatłoczonej, że z trudem znalazłyśmy miejsce, by przycupnąć.

Bezradnie rozglądałyśmy się wokół, zazdroszcząc ludziom, że mają z sobą plecaki, tobołki, bo my nie miałyśmy nic. Naj­mniejszej pamiątki. Betonowa posadzka była brudna, szorstka, a nocą wydawała się bardzo zimna.

Zaduch, gwar i wszechobecny pogłos potęgujący harmider. Ludzie się nawoływali, szukali, rozpytywali, pokazywali zdjęcia bliskich. Byłam tak zmęczona i przybita, miałam pod opieką dwójkę małych dzieci i staruszkę, że nie miałam siły nawet się zastanawiać, czy ktoś ze znajomych też znalazł się w tym strasznym miejscu. Poza tym nie wyobrażałam sobie, że w tej masie mogłabym kogoś znaleźć. Bałam się oddalać od rodziny, by ich nie zgubić.

Jakaż więc była moja radość i zaskoczenie, gdy któregoś dnia wpadła na mnie dozorczyni. Na mój widok zrobiła wielkie oczy i aż mnie uszczypnęła, by sprawdzić, czy nie ma omamów. Była przekonana, podobnie jak połowa sąsiadów, że zginęłyśmy w trakcie tej okropnej strzelaniny, w której zabito Hankę i jej synka. Od niej dowiedziałam się, że w obozie jest mój mąż, który nas opłakuje.

Boże, jaka była radość, gdy pod koniec dnia go do nas przyprowadziła!

Poczułam się bezpiecznie, cudownie! Cieszyłam się, że Witek żyje, że nic mu nie jest. Nie mogliśmy się od siebie ode­rwać. To jedno z najcudowniejszych wspomnień w moim życiu.

fot.Nieznany – Jerzy Piorkowski (1957) Miasto Nieujarzmione, Warszawa: Iskry, ss. 148 no ISBN / domena publiczna

Zrzut zaopatrzenia nad płonącą Warszawą. W tle widoczna sylwetka kościoła św. Krzyża

Wiedziałam, że sobie poradzimy, że przetrwamy. Początko­wo obawiałam się powiedzieć mu, że przygarnęłam dziecko, ale on tylko się uśmiechnął i oświadczył, że naszym szczęściem możemy się podzielić.

Codziennie Niemcy otwierali żelazne wrota naszej hali i stopniowo wypuszczali ludzi. Każdy chciał się znaleźć jak najbliżej wyjścia, by jak najszybciej opuścić obóz. Wszędzie musiało być lepiej niż tutaj.

Któregoś dnia całej naszej szóstce udało się przejść przez te magiczne drzwi prowadzące ku wolności. Przynajmniej taką mie­liśmy nadzieję. Łudziliśmy się, że wolni ruszymy przed siebie.

Tymczasem zostaliśmy upchnięci jak śledzie w odkrytych wagonach towarowych pociągu czekającego na peronie. Kon­sternacja i przerażenie. Ktoś rozpuścił plotkę, że wiozą nas do Oświęcimia. Zapanowała panika, ludzie usiłowali wyważyć drzwi, chcieli uciekać. Pociąg, sapiąc i szarpiąc, mijał kolejne miejscowości, a my nadal nie wiedzieliśmy, jaki jest cel tej podróży.

Na wiaduktach stali ludzie, którzy do przejeżdżających w dole wagonów rzucali chleb, owoce i warzywa.

Po dwóch dniach okropnych niewygód i głodu skład zatrzy­mał się w jakiejś większej miejscowości. Tak przynajmniej nam się zdawało. Kazano nam wysiadać i skierowano nas, w ob­stawie esesmanów z psami, do punktu rozdziału na kwatery.

Odetchnęliśmy z ulgą, bo najwyraźniej nie trafiliśmy do Oświęcimia, a wszędzie było lepiej niż tam.

Baliśmy się, że nas rozdzielą, ale na szczęście całą naszą rodzinę zakwaterowano w małym, starym koślawym domku

kościelnego. Nareszcie mogliśmy się umyć, wyprać ubrania i odetchnąć. Poczuć się bezpiecznie.

Proboszcz pod wieczór przyniósł kosz z jedzeniem, wiejski chleb z grubą chrupiącą skórką i garnuszek smalcu ze skwar­kami i czarnuszką. Znalazły się kiszone ogórki, a dla dzieci kilka jabłek.

Do późnej nocy opowiadaliśmy, jak teraz wygląda Warsza­wa, a w zasadzie jak zniknęła z powierzchni ziemi.

Po trzech dniach pod domem kościelnego zatrzymał się wóz drabiniasty. Na koźle siedziała para rumianych, opalonych, przyjaźnie wyglądających ludzi w średnim wieku. Okazało się, że okoliczni gospodarze przyjeżdżają wozami, by zabrać do siebie wygnańców z Warszawy i się nimi zaopiekować.

Trafiliśmy do średnio zamożnej rodziny, która przyjęła nas z otwartymi ramionami, obdarowując i dzieląc się wszystkim, co posiadała. Było tak miło, a gospodarze byli tak życzliwi, że po kilku dniach poczuliśmy się jak u siebie.

Pomagaliśmy w obejściu, zbieraliśmy owoce, głównie śliwki i jabłka, z których robiliśmy weki. Smażyliśmy w żeliwnym garnku powidła, w przydomowym piecu piekliśmy okrągłe bochenki chleba, łowiliśmy ryby w stawie, które gospodyni soliła i zalewała octem. Na kuchence stał gliniany dzbanek z zakwasem. Po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy zjedliśmy prawdziwy żurek z ziemniakami, jajkiem i kiełbasą.

Dziewczynki głaskały łaszące się koty i psy, wydziwiały na widok kur i kaczek, których nigdy wcześniej w mieście nie widziały, i zbierały polne kwiatki.

Nareszcie najadaliśmy się do syta, delektując się prostymi potrawami. Ziemniakami w mundurkach z solą zapijanymi zsiadłym mlekiem, naleśnikami, plackami, zupami warzywnymi i kompotami. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że mogłabym mieszkać na wsi.

Trudno było uwierzyć w ten odmienny świat.

Jeszcze tydzień temu siedzieliśmy w ruinach płonącej War­szawy, a teraz wiedliśmy idylliczne życie na wsi. To było takie nierzeczywiste.

Dom był parterowy, ale duży. Dostaliśmy dla siebie całe poddasze. Może nie wyglądało elegancko, bo wszędzie sterczały belki, ale było to wygodne pomieszczenie z dwoma skrajnymi oknami, gdzie mieliśmy dużo przestrzeni. Stały w nim dwa łóżka, które przeznaczyliśmy dla babci i dla siebie. Mira i dziewczynki rozłożyły się na położonych na drewnianej podłodze wysokich, pachnących sianem siennikach.

Czasami w nocy przychodzili okoliczni partyzanci. Zacho­wywali się bezczelnie, jakby byli u siebie. Wyjadali zapasy, żądali żywności na wynos, domagali się odzieży, niekiedy wódki. Nie słuchali odmowy i zapewnień, że tego, czego chcą, gospodarze nie posiadają. Pozwalali sobie na rewizje i przeglą­danie zakamarków domu.

O zapłacie i podziękowaniach mowy nie było.

Byliśmy zniesmaczeni i zaniepokojeni ich najściami.

Tak postępowali nasi „wyzwoliciele”, którzy skazali nas na poniewierkę?

Gospodarze musieli ukrywać przed nimi żywność.

Żyło się cudownie, do chwili, gdy do wsi weszli Rosjanie.

Byli jak spuszczona ze smyczy sfora. Pili na umór, awantu­rowali się, w każdym widzieli szpiega i chcieli strzelać. Okazało się, że w innych wsiach gwałcili kobiety, bez względu na ich wiek i stan zdrowia. Było bardzo nerwowo i niebezpiecznie. Na szczęście nas to ominęło, bo dowódca w naszej wiosce trzymał żołdaków krótko. Ponoć nawet któregoś zastrzelił po napaści na nastolatkę, która miała pecha, że Rosjanie zatrzymali się w domu jej rodziców.

fot.Nieznany – Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 37-1706-5

Wysiedleńcy z Warszawy w obozie przejściowym w Pruszkowie

Zrobiło się tak nieprzyjemnie i groźnie, że poważnie za­stanawialiśmy się z Witkiem, co robić. Nie mieliśmy niczego, więc ważkie pytanie brzmiało, czy nie zmienić życia o sto

osiemdziesiąt stopni i nie zostać na wsi. Czy jest po co wracać do Warszawy?

Ostatecznie okazało się, że człowieka zawsze ciągnie na stare śmieci.

Nawet jeśli są w ruinie.

Uznaliśmy, że dla nas wszystkich będzie najlepiej, jeśli wrócimy do stolicy, i chcieliśmy to zrobić jak najszybciej. Mimo zimy i śniegu. Nie wiem, czy była to odwaga, brawura czy głupota, bo nie wiedzieliśmy, czy nasz dom stoi, i zdawa­liśmy sobie sprawę, jak w mieście będzie trudno ze wszystkim: opałem, jedzeniem, dachem nad głową, ale wiedzieliśmy, że to nasze miejsce na ziemi.

Zdecydowaliśmy, że ze względu na mrozy i stan zdrowia babunia chwilowo zostanie na wsi i że przyjedziemy po nią, jak tylko trochę się urządzimy. Najszybciej jak się da, na co staruszka z ochotą przystała.

Niestety nigdy do tego nie doszło, bo dwa tygodnie po naszym wyjeździe matka mojej matki nagle umarła. Jak to się wtedy mawiało: na serce i nerwy. Wiadomości i listy krążyły tak powoli, że nawet nie byliśmy na jej pogrzebie.

Nim się wyprowadziliśmy, gospodarze sowicie nas obda­rowali, czym tylko mogli, dzieląc się też pieniędzmi. Każdy z nas dostał uszyte przez gospodynię solidne plecaki ze spado­chronowego materiału, wypełnione po brzegi jedzeniem. Teraz ono było najważniejsze, bo domyślaliśmy się, jak trudno będzie z zaopatrzeniem w mieście i jaka będzie panować drożyzna.

Tym samym drabiniastym wozem odwieźli nas na stację kolejową.

Wracaliśmy trochę piechotą, ale przede wszystkim kilkoma pociągami, bo z powodu zniszczonych torów co rusz trzeba się było przesiadać. Składy i dworce były tak przepełnione, że wszędzie trzeba było długo czekać. Najwyraźniej takich jak my, stęsknionych za warszawskim domem, było więcej.

Wreszcie wysiedliśmy na Dworcu Wschodnim na Pradze. Potem tylko przeprawa mostem pontonowym na drugi brzeg Wisły i ruszyliśmy do siebie, do domu. Mieliśmy szczęście, bo dzień wcześniej z mostu mogło korzystać tylko wojsko.

fot.Maciej Świerczyński – Stanisław Jankowski, Adolf Ciborowski „Warszawa 1945 i dziś” Wydawnictwo Interpress, Warszawa, 1971, page 66 / domena publiczna

Ruiny Warszawy w styczniu 1945

Miasto było wymarłe. Z rzadka spotykało się żywego ducha. Brnęliśmy zawalonymi gruzem ulicami pod nasz adres, modląc się, by kamienica albo któryś z sąsiednich domów stały. Żeby było gdzie się zaczepić.

Byliśmy w szoku i nie dowierzaliśmy swemu szczęściu, bo jakimś cudem poraniony, okaleczony, częściowo zniszczony, ale nasz ukochany dom stał dumnie pośród ruin. Co najważniejsze, ostały się mury naszego mieszkania. Policzyliśmy pozbawione szyb okna, przyjrzeliśmy się otworowi, w który kiedyś były wprawione drzwi wejściowe do budynku, i choć z trudem, udało nam się też rozpoznać naszą tapetę na ścianach.

Weszliśmy do środka i nareszcie poczuliśmy się wolni. Tak zastała nas noc.

Wokół było głucho i ciemno. Jakoś tak strasznie. Ale powoli, z dnia na dzień, coraz częściej w tym mroku dostrzegaliśmy małe światełka lamp naftowych, karbidówek, połyskujące w ciemnościach. Najpierw pojedyncze, a potem coraz gęst­sze, aż wreszcie nasza okolica się zaludniła i światełka były wszędzie.

Tekst stanowi fragment książki Niny Majewskiej-Brown pt. Moja ukochana Warszawa. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego (Wydawnictwo Bellona, 2026)

Zobacz również

Druga wojna światowa

Niełatwo się żyło w powstańczej Warszawie

Kiedy myślimy o Warszawie w czasie powstania, jako pierwsze przychodzą nam na myśl brutalność okupantów i pełne poświęcenia działania Polaków. Jednak powstanie warszawskie to także...

31 lipca 2026 | Autorzy: Herbert Gnaś

Druga wojna światowa

Moja ukochana Warszawa

Powstańcza Warszawa to nie tylko historia walki, ale przede wszystkim dramat tysięcy cywilów.

30 lipca 2026 | Autorzy: Redakcja

Druga wojna światowa

Bohaterki w habitach. Jak siostry zakonne niosły pomoc podczas Powstania Warszawskiego

W klasztorach powstawały szpitale, schronienia i punkty pomocy dla rannych. Siostry zakonne opatrywały powstańców i cywilów, ratowały dzieci, a nawet opiekowały się niemieckimi żołnierzami. Ich...

28 lipca 2026 | Autorzy: Sylwia Winnik

Druga wojna światowa

Wyzwolenie czy początek nowej okupacji? Armia Czerwona w Polsce

Związek Sowiecki wyzwolił Polskę w czasie drugiej wojny światowej. O Armii Czerwonej należy wypowiadać się tylko jako o życzliwym sojuszniku - fakt czy legenda?

27 lipca 2026 | Autorzy: Tymoteusz Pawłowski

Druga wojna światowa

Powstanie Warszawskie. Między faktami a legendą

Godzina „W” – sukces czy porażka? Czy w Powstaniu Warszawskim walczyła tylko Armia Krajowa? Jakie straty naprawdę poniosła Warszawa?

27 lipca 2026 | Autorzy: Redakcja

Druga wojna światowa

„Sanitariuszki walczyły o życie innych, choć same każdego dnia ryzykowały własnym”. Sylwia Winnik o bohaterkach Powstania Warszawskiego

Przez lata pozostawały na drugim planie historii, choć bez ich odwagi trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie walczącej Warszawy. O kobietach, które pod ostrzałem ratowały rannych, o...

22 lipca 2026 | Autorzy: Anna Baron-Jaworska

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.