Ciężkie miecze, bezradni rycerze przewracający się jak żółwie i zbroje wymagające dźwigów – to jedne z najbardziej rozpowszechnionych mitów o średniowieczu. Tymczasem źródła historyczne, traktaty szermiercze i współczesne badania pokazują zupełnie inny obraz: średniowieczny wojownik był sprawnym atletą, a walka opierała się na technice, precyzji i doskonałym wyszkoleniu, a nie wyłącznie na brutalnej sile.
Tekst stanowi fragment książki Anny Zielińskiej pt. Historyczne bzdury o średniowieczu (Wydawnictwo Sploty 2026)
Na marginesie naszych grunwaldzkich rozważań pozwolę sobie na kilka słów dotyczących popularnych mitów związanych ze średniowiecznym uzbrojeniem. Pamiętam, jak mój historyk w podstawówce (mimo że był nauczycielem z pasją, potrafiącym zarazić ucznia miłością do historii) z pełnym przekonaniem opowiadał, że rycerza na konia wciągano dźwigiem, a gdy upadł, nie był w stanie samodzielnie stanąć na nogi. Miecze zaś były tak ciężkie, że jakakolwiek szermierka nimi była niemożliwa, a walka polegała jedynie na bezmyślnym waleniu się po głowach.
Ba, nawet osoby uznawane za autorytet w dziedzinie szermierki powielają takie mity. Profesor Zbigniew Czajkowski, wybitny trener i teoretyk szermierki, napisał wiele opracować o tym sporcie. Także o jego historii. W jednym z artykułów profesora znajdziemy taki oto fragment:
Rycerze średniowieczni używali przeważnie broni siecznej. Były to miecze, często dwuręczne, niezwykle ciężkie, aby można było nimi rozbić zbroję przeciwnika. Walka takimi mieczami nie była bardzo skomplikowana ani ruchliwa. O jakiejkolwiek wyszukanej technice władania bronią nie było mowy. Zwyciężał na ogół ten, kto był silniejszy fizycznie.
Bardzo przykre, że uznany autorytet napisał coś takiego. Bzdury rzucane przez anonimów z sieci nie są zazwyczaj groźne. Ale bzdura rzucona przez człowieka z tytułami, niewątpliwy autorytet – o, to już inna liga. Przecież skoro jest profesorem, to na pewno się zna. Szkoda tylko, że w bibliografii do tego artykułu nie ma ani jednej pracy poświęconej średniowiecznej broni ani średniowiecznej szermierce. Nie wspomina tam nawet słowem o początkach szermierki, szkołach uczących fechtunku ani o najstarszych traktatach. Bo szermierka średniowieczna to nie było tępe okładanie się bronią, byle mocniej. I na pewno nie robiono tego mieczami dwuręcznymi, gdyż te pojawiły się dopiero w epoce nowożytnej.
Zajrzyjcie do manuskryptów – traktatu I.33 z Królewskich Zbrojowni w Leeds, prac Talhoffera czy Liechtenauera. To nic innego jak podręczniki do szermierki. Najstarszy z zachowanych, czyli manuskrypt I.33, powstał prawdopodobnie pod koniec XIII wieku (choć to wielce prawdopodobne, że jest on oparty na dziele jeszcze wcześniejszym). Prezentuje on techniki szermierki mieczem i puklerzem. Na kilkudziesięciu kartach pokazano kilka postaw szermierczych i techniki cięć, pchnięć, parowań i rozbrojeń. Co ciekawe, mimo iż opisy postaw są sporządzone po łacinie, to terminy specjalistyczne są podawane w języku niemieckim. Czy to właśnie tam narodziła się szermierka? Wiele na to wskazuje. A z pewnością to Niemcy zdominowali na lata tę dziedzinę. Największy wpływ na rozwój tej sztuki miał w średniowieczu Johannes Liechtenauer, urodzony około 1300 roku. On z kolei opisywał sztukę walki mieczem długim, mieczem i puklerzem, tasakiem oraz kijem. I gdybyśmy gdzieś mieli szukać korzeni współczesnej szermierki sportowej, to należałoby na pewno uwzględnić niemieckiego fechmistrza oraz jego uczniów (m.in. Hanko Dobringera).
fot.Dbachmann / domena publicznaSztuka szermierki Johannesa Liechtenauera
Bo do dzisiaj używa się podziału ciała na cztery strefy ataku. Dobringer podkreśla wagę ataku – szermierz powinien stale naciskać na przeciwnika, nie pozwalać mu na odzyskanie inicjatywy. Pisze nawet wprost, że fechtunek to nie jest sztuka siłowa. Słaby szermierz bez problemu pokona silnego samą techniką.
Krok w krok z Niemcami szli Włosi ze swoją szkołą. To w Italii około 1350 roku urodził się rycerz o imieniu Fiore Furlano de Cividale d’Austria delli Liberi da Premariacco. Ale w skrócie nazywany jest po prostu Fiore dei Liberi. Jego dzieło, Flos Duellatorum (niestety niezachowane w oryginale – dysponujemy tylko późniejszymi kopiami), to kompleksowy podręcznik szkolenia nowoczesnego (jak na tamte czasy, oczywiście) wojownika. Uczy, jak walczyć, zarówno pieszo, jak i konno, w zbroi i bez niej. Oprócz szermierki mieczem i mieczem długim prezentuje techniki walki młotem lucerneńskim, sztyletem i włócznią oraz chwyty zapaśnicze.
Równie szeroki zakres interesował innego z mistrzów – kolejnego Niemca, Hansa Talhoffera (ur. ok. 1410). On także prezentował techniki walki rożnymi broniami, w uzbrojeniu ochronnym lub nie. Zachowane manuskrypty jego autorstwa zawierają także rożnego rodzaju kurioza, na przykład pojedynek sądowy między kobietą a mężczyzną. Mężczyzna walczy pałką, a kobieta wywija ciężarkiem (być może kamieniem) umieszczonym w worku. Ale aby wyrównać szanse, mężczyzna jest… do pasa zakopany w ziemi. W dodatku Talhoffer lubował się w rożnego rodzaju wynalazkach – opisał kombinezon do nurkowania (mężczyzna w niego ubrany przypomina skrzyżowanie słonia z Cthulhu), „naparstki” chroniące podchodzących do obleganego zamku żołnierzy, rożnego typu machiny oblężnicze, wozy bojowe i tak dalej. Bez wątpienia miał fantazję.
fot.Hans Talhoffer – Ms.Thott.290.2º / domena publicznaIlustracja pojedynku sądowego między mężczyzną (stoi w dziurze w ziemi) a kobietą (Thott 1459, fol. 80r).
To tylko kilka przykładów rozwoju szermierki w średniowieczu. Jeżeli kogoś ten temat interesuje, to polecam zapoznać się ze stowarzyszeniami zajmującymi się HEMA (Historical European Martial Arts – Historycznymi Europejskimi Sztukami Walki), czyli po prostu odtwarzaniem dawnych technik walki na podstawie źródeł historycznych.
Wspomniałam już wcześniej, że rycerz na polu bitwy nie zawsze sięgał po miecz, często wybierał broń skuteczniejszą do rozbijania zbroi przeciwnika. Bo miecz nie służył do kruszenia opancerzenia. Jeżeli mieczem chciało się skrzywdzić przeciwnika dobrze opancerzonego, trzeba się było nakombinować. Ta robota wymagała też pewnej precyzji. Celowano po prostu w szczeliny zbroi, na przykład w wiziury ( szpara w zasłonie, przez którą się patrzy.) zasłony, pod pachę czy pod kolano. Nikt nie powiedział też, że nie można złapać miecza za głownię, a rękojeści użyć jako broni obuchowej.
A co z wagą, zarówno miecza, jak i zbroi? Kojarzycie scenę z Ogniem i mieczem, gdy Skrzetuski nie jest w stanie utrzymać miecza pana Podbipięty? Pewnie już się domyślacie, że jest ona mało prawdopodobna, bo o ile Skrzetuski nie był jakimś chuchrem, to nie powinien mieć z tym większych problemów. Miecz długi (a więc taki, którym można posługiwać się zarówno jedną ręką, jak i oburącz, o długości głowni ok. 90 cm, chociaż zdarzały się i znacznie dłuższe) ważył między 1,2 a 1,8 kg. Tylko pojedyncze okazy uzyskiwały masę ponad 2 kg (rekordzista to XV-wieczny zabytek z Livrustkammaren w Sztokholmie, który przy długości głowni ponad 140 cm waży ok. 2,7 kg). Miecze potocznie określane jako jednoręczne były jeszcze lżejsze, waga wielu późnośredniowiecznych egzemplarzy oscyluje wokół kilograma. Sami więc widzicie, że nie były to potwornie ciężkie sztaby. Skrzetuski, namiestnik chorągwi pancernej księcia Wiśniowieckiego jako doświadczony żołnierz z pewnością nie miałby problemu, aby powywijać trochę Zerwikapturem.
Między bajki należy włożyć także opowiadania przewodników muzealnych o zbrojach tak ciężkich, że rycerzy sadzano na konia za pomocą dźwigu, a gdy zwalił się z rumaka, wyglądał jak żółw przewrócony na plecy – niezdolny do tego, aby samodzielnie stanąć na nogi. Oczywiście zbroja zbroi nierówna.
Tysiąc lat rozwoju średniowiecznego uzbrojenia ochronnego sprawiło, że zbrojny, który z Mieszkiem szedł na Hodona, w niczym nie przypominał tego, który ginął pod Legnicą, ani tym bardziej rycerza spod Grunwaldu. A ponieważ nie chcę Was zanudzać opisem rozwoju uzbrojenia ochronnego od upadku Imperium Rzymskiego do czasów wyprawy Kolumba, to napiszę dosłownie dwa zdania o tym, jak mógł być uzbrojony kopijnik na początku XV wieku.
fot.This file was donated to Wikimedia Commons as part of a project by the Metropolitan Museum of Art. See the Image and Data Resources Open Access Policy / CC0Kolczuga
To okres, gdy zbroja zaczęła zyskiwać swój najdojrzalszy kształt. Wciąż popularne były płaty i brygantyny, czyli kamizelki ze skory lub materiału, do których od wewnątrz nitowano płytki lub pasy żelazne. Nadal także stosowano kolczugi (to chyba jest w ogóle ewenement w historii wojskowości – pancerz, który używano od starożytności aż do wieku XVIII; oczywiście miała swoje wzloty i upadki, była mniej lub bardziej popularna, ale jednak stale gdzieś się przewijała). Z czasem jednak zbrojniki płatów zaczęto ze sobą łączyć. Powoli powstawała zbroja płytowa, sztywniejsza i mająca mniej łączeń między folgami (a więc mniej słabych punktów), początkowo jeszcze przykrywana materiałem, chociaż mniej więcej w drugiej ćwierci XV stulecia pojawiła się moda na świecenie gołą blachą. Pod Grunwaldem na zbroję płytową jeszcze nie wszyscy sobie mogli pozwolić. Wielu musiało zadowolić się uzbrojeniem ochronnym starszego typu, które jednak wciąż zapewniało przyzwoitą ochronę. Ile ważyło takie opancerzenie? W najgorszym przypadku 25 – 30 kg.
fot. Saffron Blaze – Praca własna / CC BY-SA 3.0Rekonstruktor historyczny wcielający się w postać rycerza
W dodatku cały ten ciężar był rozłożony na ciele, tak więc nie ograniczał zbytnio ruchów. I absolutnie nie uniemożliwiał sprawnego poruszania się. Rycerz był w stanie spokojnie dosiąść konia, wspiąć się po drabinie czy wstać samodzielnie z ziemi. Oczywiście, to był sprzęt stworzony z myślą o walce z konia, dłuższe w nim bieganie było męczące, ale absolutnie w granicach możliwości człowieka.
Skąd więc ten mit? Być może błędnie uznano za bojowe licznie zachowane w muzeach zbroje turniejowe. A te były konstruowane zupełnie inaczej. Uczestnik turnieju nie musiał być mobilny. Za to zbroja powinna mu zapewnić maksymalne bezpieczeństwo (bo do wypadków, także śmiertelnych, na turniejach dochodziło dość często). Dlatego można było zwiększać grubość blachy (a w konsekwencji masę) w zasadzie do granic możliwości technicznych. Mamy całkiem sporo zachowanych takich zbroi. Wielkim miłośnikiem turniejów był angielski król Henryk VIII.
fot.Göran Schmidt – LSH 32921 (lm_dig2563) / domena publicznaPełna zbroja płytowa króla Gustawa I Wazy (ok. 1540 r.)
Posiadał on co najmniej kilkanaście garniturów zbroi turniejowych, zarówno do gonitw konnych, jak i walki pieszej. Były to egzemplarze doskonałej jakości, bogato zdobione – słowem, godne wielkiego (dosłownie, bo Henryk był postawnym mężczyzną) monarchy. I jako takie sporo ważyły. A konkretnie około 40 – 45 kilogramów, więc wciąż w granicach rozsądku. Dla porównania – jeżeli wierzyć ministerialnym rozporządzeniom, to wyposażenie indywidualne żołnierza Sił Zbrojnych RP waży blisko 44 kg…
Tekst stanowi fragment książki Anny Zielińskiej pt. Historyczne bzdury o średniowieczu (Wydawnictwo Sploty 2026).
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.