Ciekawostki Historyczne
Druga wojna światowa

„Berlińczycy są oszołomieni”. Pierwszy nalot, który zmienił wszystko

Jeszcze dzień wcześniej wielu mieszkańców wierzyło Göringowi, że stolica Rzeszy pozostaje poza zasięgiem brytyjskiego lotnictwa. Gdy nad Berlinem zawyły syreny, a pierwsze bomby spadły na miasto, okazało się, że propaganda przegrała z rzeczywistością. Roger Moorhouse opisuje moment, w którym wojna dotarła do serca III Rzeszy.

Publikujemy fragment książki Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie Rogera Moorhouse’a, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont, 2026.

Miasto żyjące złudzeniem bezpieczeństwa

Środowy wieczór 28 sierpnia 1940 roku był chłodny jak na tę porę roku. Zmęczeni ludzie, którzy właśnie wracali do domu ze śródmieścia albo z pracy, z pewnością postawili kołnierze, aby osłonić szyję przed wiatrem, albo wyrzucali sobie optymizm, który rano kazał im zostawić płaszcz na wieszaku.

Nietypowy sierpniowy ziąb nie miał jednak wpływu na pogodne nastroje panujące wśród Berlińczyków. Sukcesy odniesione w pierwszej połowie 1940 roku sprzyjały euforycznej atmosferze w stolicy. Wehrmacht kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa, co przywiodło wielu mieszkańców Berlina do wniosku, że wojna jest już praktycznie wygrana: nareszcie obalony został porządek wersalski, Francja – rozgromiona, a Niemcy zajęły należne im miejsce największego mocarstwa w Europie. Brytyjczycy zostali pokonani na kontynencie, spodziewano się więc, że i oni zostaną wkrótce zmuszeni do zajęcia miejsca przy stole negocjacyjnym. Optymizm wydawał się więc uzasadniony, tymczasem wielu Berlińczyków, którzy spieszyli tego wieczoru do swoich domów, musiało rzucać niespokojne spojrzenia na rozciągające się nad nimi niebo.

W poprzedni poniedziałek Berlin przeżył nalot Królewskich Sił Powietrznych (Royal Air Force – RAF). Była to raczej mała akcja. Formacja licząca około 30 dwusilnikowych hampdenów i whitleyów zastała Berlin spowity gęstymi chmurami, co spowodowało, że zrzucane bomby spadały na dużym obszarze – część na północne dzielnice podmiejskie, inne zaś gdzieś na południu, poza obrębem stolicy. Reakcja władz Rzeszy na ten pierwszy atak z powietrza na stolicę była zaskakująco powściągliwa. Mimo powszechnego oburzenia, które wkrótce stanie się chlebem powszednim Berlińczyków, wydarzenie to zasłużyło jedynie na sześć wersów w porannych gazetach następnego dnia, a komunikaty wojskowe nadmieniły jedynie, że zrzucono kilka bomb zapalających na północną dzielnicę Rosenthal, powodując pożar wiaty w jednym z tamtejszych ogrodów. Nie było ofiar i utrzymywano, że na samo miasto nie spadła ani jedna bomba.

fot.Stahlkocher / domena publiczna

Trzy samoloty Handley Page Hampden w locie

Amerykański korespondent Fred Oechsner zapamiętał, że władze „zbagatelizowały [nalot] jako czysty fuks” i zapewniły prasę, iż tego typu „zakłócenie spokoju już nie nastąpi”. Ponieważ w wyniku nalotu ucierpiało wiele gospodarstw rolnych i działek, niektórzy mieszkańcy stolicy zaczęli nawet dowcipkować, że RAF usiłuje wziąć miasto głodem.

Poufne sprawozdania służb Sicherheitsdienst dawały nieco więcej informacji. Wskazywały one między innymi, że nalot został przeprowadzony falami, co spowodowało, że syreny rozbrzmiewały przez ponad trzy godziny, obwieszczając koniec alarmu dopiero o wpół do czwartej nad ranem. Straty, jakie powstały wskutek eksplozji mniej więcej 150 „niewielkich bomb zapalających”, wyceniono raptem na 3000 reichsmarek. Stolica Rzeszy niewątpliwie przeżyła „pierwszy intensywny atak z powietrza”, niemniej jednak raport stwierdzał na koniec, że skutki nalotu były „wyjątkowo małe”.

Straty materialne rzeczywiście okazały się minimalne, cios dla morale mieszkańców był natomiast znaczniejszy – już choćby przez prostą sprawę, że zakłócono im nocny wypoczynek. Helmuth James von Moltke pisał w liście do swojej żony: „nie moc zmrużyć oka od dwunastej do czwartej to nic zabawnego”. Co więcej, od tamtej pory trzeba było przystosować się do nowych procedur koniecznych podczas wojny powietrznej. Zadanie to nie należało do najprostszych. Korespondent szwedzkiej gazety donosił, że początkowo Berlińczycy nie zwracali zbytniej uwagi na ryk syren, a nalot zaczynali traktować poważnie – to znaczy szukali najbliższego schronu – dopiero gdy usłyszeli charakterystyczny głos dział przeciwlotniczych.

Owe pierwsze naloty stanowiły jednak wyzwanie z jeszcze innych, mniej oczywistych i bardziej nieuchwytnych powodów.

Zapewnienia Göringa

Wielu obywateli uwierzyło państwowej propagandzie i nawet nie wyobrażało sobie, że wojna może się rozgrywać nie tylko na londyńskim niebie, lecz również nad ich miastem. Dlatego trudno było teraz uwierzyć, że Brytyjczyków stać na taką zuchwałość jak atak na niemiecką stolicę, zwłaszcza w sytuacji gdy Wielkiej Brytanii groziła inwazja. Kto zresztą nie pamiętał – w zamierzeniu dowcipnej – deklaracji Göring,, że jeśli choć jeden nieprzyjacielski bombowiec dotrze nad Berlin, to on nazywa się nie Göring, , lecz Meyer. William Shirer zauważył:

Berlińczycy są oszołomieni. Nie sądzili, że to się może stać. Gdy rozpoczęła się wojna, Göring, zapewniał ich, że to wykluczone. Przechwalał się, że żaden nieprzyjacielski samolot nie przedrze się przez zewnętrzny i wewnętrzny pierścień obrony przeciwlotniczej stolicy. Berlińczycy to naiwni i prości ludzie. Uwierzyli mu. Dlatego tym większe jest dzisiejsze rozczarowanie. Trzeba zobaczyć ich twarze, by zrozumieć jego skalę.

Berlińczycy prawdopodobnie czytali doniesienia o niemieckich nalotach na Warszawę, Rotterdam czy Londyn, oglądali też zapewne zdjęcia w kronikach filmowych. Teraz jednak Niemcy przestali być sprawcami, a stali się ofiarami. To był ich prawdziwy „chrzest bojowy”, jak to ujął jeden z dziennikarzy – „bezpośrednie posmakowanie wojny powietrznej”. Jak dotąd mieszkańcy Berlina w większości nie mieli żadnej styczności z zagrożeniem, któremu teraz znienacka przyszło im stawić czoło. „Naloty” z poprzedniej jesieni, pierwsze, jakie zagroziły stolicy, właściwie nie zasługiwały na to miano. Syreny, które zawyły 1 września 1939 roku, zostały uruchomione najwyraźniej dlatego, że w pobliżu metropolii pojawiła się zabłąkana samotna maszyna. Niektórzy uważali zresztą, że ta pierwsza mobilizacja przeciwlotnicza była tylko zabiegiem propagandowym.

Nocny alarm z 9 września musiał z kolei zaniepokoić stosunkowo niewielu obywateli – zwłaszcza że syreny zawyły o czwartej nad ranem. Nawet jednak wówczas w zasięgu wzroku nie pojawił się żaden samolot, a na miasto nie spadła ani jedna bomba. William Shirer przywołuje przełomowe z berlińskiego punktu widzenia zdarzenie z połowy października 1939 roku: „Ubiegłej nocy mieszkańcy mieli stracha – napisał Amerykanin. – Rozstawione wokół Berlina baterie przeciwlotnicze rozpoczęły ostrzał, a reflektory przeczesywały ciemne niebo. Pierwszy raz podczas tej wojny Berlińczycy usłyszeli dźwięk broni palnej i wielu wyszło nawet na ulice, by się jej przysłuchać. Niektórzy spodziewali się alarmu przeciwlotniczego, lecz nic takiego nie nastąpiło”. Dopiero później okazało się, że sprawcą zamieszania był niemiecki samolot, który się zagubił i przypadkiem znalazł nad miastem.

Wkrótce jednak fałszywe alarmy się skończyły, a zaczęły prawdziwe. Wiosną 1940 roku, gdy niemieckie wojska maszerowały przez północną Francję, RAF przeprowadzał akcje zaczepne. Pierwszym miastem Rzeszy, które doświadczyło bombardowania z powietrza, było Monchengladbach w Nadrenii, wzięte na celownik nocą 11 maja – dzień po rozpoczęciu kampanii we Francji. Z czasem ludność Niemiec powoli przyzwyczajała się do sporadycznych nalotów, a koszmaru bombardowań z powietrza doświadczało coraz więcej miast – od Hamburga na północy po Koblencję na południu. Straty materialne wciąż okazywały się raczej symboliczne, niemniej jednak zaczęli ginąć ludzie. 1 lipca w Dusseldorfie zginęło czterech cywilów, a w Kilonii – ośmiu. Trzy dni później Hamburg stał się celem nalotu, który pochłonął szesnaście istnień ludzkich, w tym – dwanaścioro dzieci. Niemieckie władze zareagowały oburzeniem, nazistowska prasa rozpoczęła zaś kampanię szkalowania Królewskich Sił Powietrznych, stale określając brytyjskie załogi epitetem „powietrznych piratów” bądź „lotników terrorystów”.

Często zdarzały się naloty polegające jedynie na rozrzucaniu ulotek z powietrza. Przez całe lato 1940 roku RAF rozprowadził w ten sposób na obszarze północnych i zachodnich Niemiec imponujące ilości materiałów propagandowych. Często stanowiły one kpinę z nazistowskiej prasy i urzędowych obwieszczeń, przedrzeźniały bowiem ich biurokratyczny ton. Przykładem jest brytyjska ulotka z początku sierpnia 1940 roku: „W celu uniknięcia przez Partię (i naród) zagrożeń, jakie niosłaby z sobą kontynuacja wojny, Fuhrer, kanclerz Rzeszy, wezwał Anglików do zwrócenia się o zawarcie pokoju”. Inne materiały przedstawiały po prostu suche dane bądź opisywały nędzny los, jaki miał czekać

Niemcy, jeśli Hitler pozostanie u władzy. Poniższy fragment pochodzi z ulotki, która pod koniec lata 1940 roku została zrzucona nad podberlińską dzielnicą Lankwitz:

Mieszkańcy Berlina! Czy całkiem postradaliście rozum? Czy wierzycie, kiedy mówią wam, że teraz już tylko Anglia stoi na drodze potężnych państw Osi? Że to 47 milionów na drodze 200 milionów? A czy zapomnieliście o istnieniu Imperium Brytyjskiego, w którym przeciw Hitlerowi zjednoczyły się 492 miliony? Czy zapomnieliście, że spośród 200 milionów hitlerowskich niewolników 80 milionów to ujarzmione narody, które żywią nienawiść do ciemiężcy i tylko czekają, aż nadejdzie ich moment? I że 44 miliony to tylko Włosi?! Czy zapomnieliście, że przeciwko wam zostają postawione w stan gotowości bojowej wszystkie przemysłowe i rolnicze moce produkcyjne Ameryki Północnej i Ameryki Południowej? (…)

Rozpoczęta przez Hitlera wojna wciąż trwa!

Mieszkańcy Rzeszy mieli obowiązek przekazania wszystkich takich ulotek władzom w celu bezpiecznego ich zniszczenia. Rządzący nie kłopotali się – przynajmniej oficjalnie – wpływem, jaki tego typu materiały mogły wywrzeć na nastroje w społeczeństwie. Raport Sicherheitsdienst z końca lipca 1940 roku utrzymywał, że te propagandowe treści najczęściej były „uznawane za dziwaczne”, i formułował ocenę, że „takie błazeństwa nie mogą wywołać fermentu w narodzie niemieckim”.

fot.Fotograf Wydziału Fotografii Ministerstwa Informacji – https://media.iwm.org.uk/iwm/mediaLib//38/media-38733/large.jpg To zdjęcie D 1254 pochodzi ze zbiorów Imperial War Museums .

Ludzie w Londynie oglądają mapę ilustrującą ataki RAF-u na Niemcy w 1940 roku.

Władze wolały jednak dmuchać na zimne. Jeśli ktoś decydował się zachować ulotkę, czynił to na własną odpowiedzialność; znalezienie u kogoś takich materiałów groziło oskarżeniem o szerzenie propagandy nieprzyjaciela bądź o podkopywanie niemieckiego wysiłku wojennego. Każde z tych dwóch oskarżeń niosło z sobą nieuchronną konsekwencję w postaci kary śmierci.

Lato 1940 roku okazało się więc okresem, kiedy niemieckie społeczeństwo musiało przywyknąć do coraz większej aktywności przeciwnika w niemieckiej przestrzeni powietrznej. Teraz już nawet Berlin, który – jak się zdawało – był tak daleko zarówno od zachodnich, jak i wschodnich granic państwa, najbardziej narażonych na bombardowania, miał za sobą pierwsze doświadczenia nalotów. Dla wielu mieszkańców stolicy Rzeszy atak z poprzedniego poniedziałku stanowił złowróżbny znak, ci zaś, którzy nocą 28 sierpnia wracali do domu, mieli wszelkie powody, aby z niepokojem zerkać w gorę i obserwować niebo. Zresztą słusznie, RAF bowiem był właśnie w trakcie kolejnej misji.

RAF nad Berlinem

Tuż po północy bombowce ponownie pojawiły się nad Berlinem. Przełamawszy od północnej i północno-zachodniej strony miasta zewnętrzny pierścień artylerii przeciwlotniczej, skromne zgrupowanie brytyjskich maszyn, przede wszystkim wellingtonów i whitleyów, skierowało się nad Kreuzberg – południową dzielnicę podmiejską, jedną z najgęściej zaludnionych w całym Berlinie – i tam zrzuciło całą zawartość luków bombowych.

Nie będąc pod trwałym i ciężkim ostrzałem przeciwlotniczym, piloci mogli uderzyć w wyznaczone cele z dużą precyzją. Jeden z uczestników akcji oświadczył nawet, że „to zupełnie przypominało ćwiczenia w bombardowaniu”.

fot.Bundesarchiv, Bild 183-L09711b / CC-BY-SA 3.0

Grupa robocza usuwa gruzy po nalocie na Berlin, 13 października 1940 r.

Szkody poczynione na ziemi były druzgocące. Najbardziej ucierpiał obszar wyznaczany przez Kottbusser Strasse, Skalitzer Strasse i dworzec Gorlitzer. Seria bomb spadła prosto na główną ulicę i zrobiła na środku półtorametrowe wyrwy, a także odkształciła tory tramwajowe. Ponadto jedna z bomb kruszących zniszczyła dwa piętra sporej kamienicy na Kottbusser Strasse, a siła wybuchu spowodowała, że roztrzaskane szyby wraz z ramami okiennymi i gruzem spadły na dół, na podwórze. Jeden ze świadków zdarzenia mówił potem, że „największe pożary wybuchły (…) tam, gdzie w ogniu stanął przydworcowy skład towarowy, nieopodal Wiener Strasse”.

Według oficjalnych danych opisywany nalot pozbawił dachu nad głową ponad 900 Berlińczyków. Wielu zgromadziło się pod wiaduktem kolejowym, który wzdłuż Skalitzer Strasse przecinał dzielnicę, inni z kolei skierowali się do miejscowej szkoły, gdzie zorganizowano prowizoryczną stołówkę i punkt pierwszej pomocy. Dostali tam jedzenie, kartki reglamentacyjne i słowa otuchy. Oficjalne sprawozdanie Wehrmachtu, opublikowane następnego dnia, podsumowywało przebieg wydarzeń:

„Minionej nocy brytyjskie samoloty z premedytacją zaatakowały mieszkalne rejony stolicy Rzeszy. Bomby kruszące i zapalające spowodowały śmierć i obrażenia wielu cywilów oraz pożary dachów i poważne uszkodzenia wielu posesji”.

W raporcie tym kryje się jedno niezwykle ważne stwierdzenie: że w Berlinie pojawiły się pierwsze cywilne ofiary śmiertelne, będące skutkiem nalotów bombowych. Około trzydziestu osób zostało rannych, dziesięciu mieszkańców stolicy straciło życie, a dwie kolejne osoby zmarły po paru dniach z powodu odniesionych obrażeń. Czterech mężczyzn i dwie kobiety zginęli na ulicy po uderzeniu odpryskującymi kawałkami gruzu. Doszło też do tragedii rodzinnej – młoda matka straciła obydwoje dzieci, gdy bomba spadła bezpośrednio na ich dom.

Ona ocalała, gdyż zeszła do piwnicy. Potomstwo zostawiła na górze, ponieważ nie chciała go budzić. Przez niemiecką prasę przetoczyła się fala oburzenia. RAF został potępiony i określony mianem „bandytów”, zaatakowano również Churchilla za ten „podły akt tchórzostwa”. Wściekłość wynikała przede wszystkim z tego, że Brytyjczycy zapowiadali atak na cele wojskowe, tymczasem powodzeniem zakończyło się jedynie zbombardowanie gęsto zaludnionych przedmieść. „Starcia we Francji były zbyt niebezpieczne [dla RAF-u] – pokpiwał jeden z gazetowych wstępniaków – wobec tego polecieli nad Niemcy i obrali za cel obiekty niemilitarne.

Ich ładunki wybuchowe spadły na szpitale i przychodnie, na podmiejskie dzielnice mieszkaniowe, na gospodarstwa rolne, na cmentarze i kościoły, na letni dom Goethego w Weimarze oraz na mauzoleum Bismarcka”. Ten sam artykuł stawiał RAF pod pręgierzem za toczenie „jednostronnej wojny” z niemiecką ludnością cywilną oraz za „tchórzowskie i szokujące metody”, za jakie należało uznać spuszczanie bomb „na ślepo” na „kobiety i dzieci”. Wyrażenia te będą później, wraz z kolejnymi nalotami, niemal codziennie powracać na gazetowe szpalty. Paradoksalnie, każdej wiadomości, która donosiła o tego typu postępkach RAF-u, na tej samej stronie towarzyszyły artykuły, w których wyliczano skutecznie trafione w ostatnim czasie „obiekty wojskowe” na obszarze całej Wielkiej Brytanii.

fot.Null8fuffzehn – Own work / domena publiczna

Ruiny Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma w Berlinie, poważnie uszkodzone podczas nalotu bombowego RAF-u w dniach 22–23 listopada 1943 r. i zachowane jako pomnik

Polityczne konsekwencje brytyjskiego nalotu były wyraźnie widoczne, zwłaszcza że w następnym tygodniu RAF powtarzał swój wyczyn przez trzy noce z rzędu. Hitler był wściekły – brytyjskie naloty odbierał jako zamierzoną zniewagę osobistą. Skorzystał z okazji i na początku września wygłosił na ten temat przemówienia w berlińskim Pałacu Sportu, gdzie miał poruszyć kwestię corocznej zimowej zbiorki na cele charytatywne. Z wściekłością mówił o brytyjskich postępkach i groził krwawą zemstą:

A niech Royal Air Force zrzuci i dwie tony albo trzy, albo i cztery tony bomb, to wtedy my zrzucimy sto pięćdziesiąt ton… sto osiemdziesiąt… dwieście trzydzieści… trzysta… czterysta ton… tak, milion kilogramów w trakcie jednej nocy! A niech oświadczają, że znacznie nasilą ataki na nasze miasta, to my wtedy zrównamy ich miasta z ziemią! Doprowadzimy tych nocnych piratów do upadku, tak nam dopomóż Bóg! Przyjdzie taki moment, że jedna ze stron złamie się, ale nie będą to narodowosocjalistyczne Niemcy!

Publikujemy fragment książki Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie Rogera Moorhouse’a, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont, 2026.

Zobacz również

Druga wojna światowa

Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie

Berlin – dumna metropolia, która ma stać się „stolicą świata” – po zaledwie dwunastu latach nazizmu zamienia się w morze ruin i strachu.

7 lipca 2026 | Autorzy: Redakcja

Dwudziestolecie międzywojenne

Między szykaną a zagładą – los żydów w III Rzeszy

Na początku 1939 roku Żydzi w Niemczech nie mogli już korzystać z kin, bibliotek ani basenów. Wykluczani z życia publicznego, szykanowani przez sąsiadów i pozbawiani...

1 czerwca 2026 | Autorzy: Tillmann Bendikowski

Dwudziestolecie międzywojenne

Niemcy 1938: między choinką a terrorem

Boże Narodzenie 1938 roku wielu Niemców spędzało przy choince, w poczuciu stabilizacji i „narodowego odrodzenia”. W tym samym czasie tysiące ludzi trafiały do obozów koncentracyjnych,...

25 maja 2026 | Autorzy: Tillmann Bendikowski

Druga wojna światowa

Arthur Greiser i ostatnia publiczna egzekucja w Polsce

Proces Arthura Greisera był punktem zwrotnym w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. W starania o uratowanie jego życia zaangażował się zaś sam papież.

16 lutego 2026 | Autorzy: Herbert Gnaś

Dwudziestolecie międzywojenne

Pakt Ribbentrop-Mołotow – rozbiór Polski w 1939 roku

Pakt Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku przesądził los Polski. Tajny protokół Hitlera i Stalina podzielił Europę i doprowadził do wybuchu wojny.

11 września 2025 | Autorzy: Herbert Gnaś

Druga wojna światowa

Radzieckie plany ataku na Berlin

Żaden z radzieckich marszałków nie chciał rezygnować ze sławy zdobywcy Berlina. Na początku kwietnia 1945 r. Koniew i Żukow przedstawili plany ataku Stalinowi.

25 czerwca 2025 | Autorzy: Cornelius Ryan

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.