Czy wokół Powstania Warszawskiego narosło więcej legend niż faktów? Historyk i archeolog wojskowości Norbert Bączyk rozprawia się z dziesięcioma najpopularniejszymi mitami dotyczącymi zrywu z 1944 roku. Rozmawia o decyzji o wybuchu powstania, postawie Stalina i aliantów, stratach obu stron oraz tym, jak przez dekady kształtowała się pamięć o jednej z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych bitew w historii Polski.
Piotr Zychowicz: Co pan będzie robił 1 sierpnia o 17.00?
Norbert Bączyk: Od tej daty, od tej godziny uciec się nie da. Oczywiście gdy zawyją syreny, przystanę na symboliczną minutę. Natomiast nie ukrywam, że zawsze staram się w rocznicę powstania warszawskiego wyjeżdżać z Warszawy. Być na urlopie. Z jednej strony czczę pamięć o bohaterach tej bitwy, ale z drugiej – stronię od oficjalnej celebry.
No tak, ciężko słuchać tego, co politycy wygadują podczas uroczystości rocznicowych…
Powstańcom – ich bohaterstwu, zaangażowaniu w walce o wolność – należy oddać cześć. To jest poza dyskusją. Natomiast kwestia oceny sensu powstania to coś zupełnie odrębnego. Fakty należy oddzielać od mitów. Czy nam się to podoba czy nie, powstanie warszawskie jako całość to była dla Polski katastrofa. Klęska.
To bierzemy się do tych mitów. Mit numer 1: Powstanie musiało wybuchnąć. Prawda czy fałsz?
Fałsz. Powstanie nie musiało wybuchnąć. Gdyby nie było rozkazu Komendy Głównej AK, do powstania by nie doszło. Powstanie to nie rewolucja, nie spontaniczny zryw cywilów, którzy pod wpływem chwilowej emocji lub chęci zemsty zrywają się do walki. Powstanie to czyn zbrojny organizacji wojskowej. Na rozkaz albo wcale. Proszę zwrócić uwagę, że powstanie nie wybuchło w Krakowie ani w Radomiu, ani w wielu innych miastach.
Dlaczego? Przecież tam też były struktury AK.
No właśnie. Ale nie było rozkazu. Żołnierz AK nie trzymał broni w domu. On dostawał broń dopiero w czasie koncentracji, na krótko przed godziną „W”. Na miejscu zbiórek alarmowych poznawał też swoich kolegów, z którymi miał iść do boju. To wszystko było zorganizowane, robione zgodnie z planem. Trudno, żeby powstanie wybuchło samoczynnie, skoro ludzie nie mieli broni.
Mit numer 2: Decyzja o wywołaniu powstania zarówno w Komendzie Głównej AK, jak i w polskim Londynie, zapadła jednogłośnie.
Rozkaz do powstania wydał jeden człowiek, generał Tadeusz Bór-Komorowski, dowódca AK. Oczywiście generałowie Leopold Okulicki i Tadeusz Pełczyński wywierali nacisk na głównodowodzącego. Ale ostatecznie to on ponosi odpowiedzialność. Wojsko to struktura hierarchiczna. Oczywiście nie wszyscy oficerowie w Komendzie Głównej AK byli zwolennikami tej decyzji. Byli też przeciwnicy. Z kolei delegat rządu na kraj został w praktyce postawiony przed faktem dokonanym. Również w polskim Londynie nie było w tej sprawie jednomyślności.
fot.Nieznany – Iskra 1944 (ze zbiorów Tadeusza Karlikowskiego) Jerzy Piorkowski (1957) Miasto Nieujarzmione,Generał „Bór” (drugi z lewej) i pułkownik „Radosław” (następny) na odprawie w okolicach fabryki Kammlera przy ul. Dzielnej na Woli
Krytykom decyzji o wywołaniu powstania często się zarzuca, że „wymądrzają się” po osiemdziesięciu latach, kiedy już znają jej konsekwencje. Tymczasem pułkownicy Bokszczanin i Muzyczka – doskonali oficerowie KG AK – już przed powstaniem ostrzegali przed jego fatalnymi konsekwencjami.
Do tego można dodać generała Albina Skroczyńskiego, który był dowódcą Obszaru Warszawskiego AK. Gdy w lipcu 1944 roku powiedział, że powstanie nie ma szans powodzenia, został wyłączony z systemu decyzyjnego. Naczelny wódz generał Kazimierz Sosnkowski również był przeciwny powstaniu. Ale scedował decyzję na kraj. Pozycja naczelnego wodza w roku 1944 nie była już taka silna jak wcześniej. Sosnkowski wysłał Okulickiego do Warszawy, żeby powstrzymać KG AK przed powstaniem powszechnym, ale Okulicki zrobił coś odwrotnego, przynajmniej jeśli idzie o Warszawę, bo parł do bitwy o stolicę. Powstanie warszawskie w praktyce nie było ani częścią akcji „Burza”, ani powstania powszechnego, tylko na swój sposób odrębną operacją. Podsumowując: to nie była decyzja jednogłośna. Mało tego, ona nawet na poziomie operacyjnym, czysto wojskowym, nie była jednoznacznie jasna. Element „Burzy” czy powstania powszechnego, bo to wojskowo dwie różne rzeczy, wreszcie i ostatecznie, jedyna w swoim charakterze bitwa o Warszawę. A klęskę powstania można było przewidzieć już przed jego wybuchem.
Mit numer 3: Czy powstanie warszawskie zapobiegło włączeniu Polski do Związku Sowieckiego jako siedemnastej republiki?
Nie. Niezależnie od tego, czy powstanie by wybuchło czy nie, historia naszego państwa potoczyłaby się tak samo. Powstanie nie miało bowiem żadnego znaczenia dla bieżącej polityki. Już w momencie jego wybuchu jasne było, że nowa Polska będzie rządzona przez komunistów, z niewielkim udziałem sił „demokratycznych”.
Dlaczego?
Taka była decyzja wielkich mocarstw, przede wszystkim prezydenta Roosevelta. Element budowy powojennego ładu światowego zarządzanego przez mocarstwa, przyszłych stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Decyzja ta została podjęta w 1943 roku, a w zarysie nawet rok wcześniej. Zgodnie z wyrokiem mocarstw Polska miała wejść w orbitę wpływów radzieckich, ale zachowując formalną „niepodległość”. Powtórki z 1939 roku miało nie być. 22 lipca 1944 roku – taka jest przynajmniej oficjalna data, bo to gremium realnie powstało w Moskwie trochę wcześniej – powstał PKWN, czyli proradziecki rząd nowej Polski.
Sprawa niepodległości Polski w momencie wybuchu powstania, Polski zależnej od ZSRR, ale i w optyce zachodniej po wojnie choć odrobinę demokratycznej i współpracującej gospodarczo z owym Zachodem, była więc już rozstrzygnięta. Roosevelta interesowała tu zewnętrzna, międzynarodowa forma. Polska bezwzględnie miała wrócić na mapę świata, choć co do kształtu jej granic wciąż trwały dyskusje.
Mit numer 4: Powstanie zostało zdławione w roku 1944, ale zwyciężyło w 1989. Bez powstania nie byłoby III RP.
Byłaby. Powstanie warszawskie nie miało żadnego bezpośredniego wpływu na wydarzenia roku 1989. Nasza wolność to efekt rozpadu bloku radzieckiego – decydujący wpływ, prowadzący do jego upadku, miały tu procesy zachodzące wewnątrz ZSRR. Natomiast powstania narodowe, cokolwiek by o nich sądzić, budowały naszą narrację tożsamościową.
Tak samo powstanie styczniowe z 1863 roku odegrało olbrzymią rolę tożsamościową w 1918 roku, kiedy odzyskaliśmy niepodległość. W okresie międzywojennym ostatnich żyjących powstańców styczniowych czczono jako bohaterów, mimo że ich sprawa również była pierwotnie przegrana. Zresztą symboliczne daty 1863 i 1918 w wymiarze właśnie mentalnym miały ogromny wpływ na decydentów powstania warszawskiego. Stanowić miały dowód, że walczyć należy w sytuacji nawet na pozór beznadziejnej, jak w 1863 roku, bo kiedyś karta się „cudownie” odwróci, jak w 1918.

Publikowany tekst jest fragmentem książki Piotra Zychowicza „Polacy. Opowieści niepoprawne politycznie. Część VII” (Dom Wydawniczy Rebis, 2026).
W wymiarze emocjonalnym, mitologicznym powstanie warszawskie jest więc bardzo ważne. My, badacze, oczywiście powinniśmy jednak spokojnie dyskutować o sensie i celowości samej decyzji powstańczej. Logicznie rzecz biorąc, była ona bowiem niezrozumiała. Wynikała ze wspomnianych emocji i patriotycznej, ale i opacznie rozumianej romantycznej mentalności, nie z zimnej kalkulacji. I z tego właśnie względu klęska powstania warszawskiego mogła później wpływać odwrotnie na kolejne pokolenia. Rozmiary katastrofy zdyskredytowały ideę romantyczną. Ani w czasie festiwalu „Solidarności” w 1980 roku, ani w czasie zmian 1989–1991 w Polsce nie było już powszechne akceptowanych ruchów nawołujących do rozwiązań siłowych, walki zbrojnej czy krwawej rozprawy z komunistami.
Natomiast na poziomie tożsamościowym zryw w Warszawie wszedł, co oczywiste, do narodowego panteonu pamięci o bohaterach. Niemniej, tak jak powstanie z 1863 nie miało żadnego przełożenia na to, że w 1918 roku odzyskaliśmy niepodległość, tak powstanie warszawskie nie miało bezpośrednio żadnego związku z tym, że w latach 1989–1991 wyzwoliliśmy się od ZSRR. W obu wypadkach decydował wewnętrzny kolaps wschodniego mocarstwa.
Myślę, że ludziom trudno przyjąć do wiadomości, że o losie Polski nie decydowali bohaterscy Polacy, ale układ sił między mocarstwami. W 1944 roku Polska została zajęta przez Armię Czerwoną, ZSRS był w zenicie swojej potęgi. Znaleźliśmy się więc w sowieckiej strefie wpływów. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Związek Sowiecki się załamał – i tylko dlatego odzyskaliśmy niepodległość. Przejdźmy jednak do mitu numer 5: Czy rzeczywiście Sowieci zatrzymali wielką ofensywę na linii Wisły, żeby dać się wykrwawić powstaniu?
To nieprawda. Zagadnienie to badam od ponad dwudziestu lat, bo to mój podstawowy temat z zakresu historii wojskowości, którym się interesuję. Front w Polsce w 1944 roku, zwłaszcza na Mazowszu, to taki mój absolutny konik. Zatrzymanie go jest jednym z dwóch największych polskich mitów XX wieku dotyczących II wojny światowej. Jeden mówi o skalkulowanej na zimno przez Zachód zdradzie w 1939 roku, drugi o zatrzymanych na rozkaz nad Wisłą armiach Stalina. Oba te mity zrodziły się zresztą już w czasie wojny. Zbadałem pod tym kątem archiwa niemieckie oraz rosyjskie i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Armia Czerwona latem 1944 roku nie dostała rozkazu: „Stop!”. Mało tego, przez cały czas próbowała zdobyć polską stolicę.
To dlaczego nie zdobyła?
Bo nie pozwolili na to Niemcy. Niemcy położyli trupem – tylko na odcinku pierwszego 1. Frontu Białoruskiego, który nacierał na Mazowszu, i tylko w sierpniu – prawie 30 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. A do lazaretów odesłali kolejne 80 tysięcy. Na przedpolach Warszawy na przełomie lipca i sierpnia została stoczona wielka bitwa pancerna, ja ją nazywam w swych publikacjach bitwą pod Okuniewem, w wyniku której Niemcy odrzucili wojska radzieckie. A potem Rosjanie próbowali znowu i znowu. Wykonali siedem szturmów, w ciężkich walkach dreptali powoli do przodu, do Radzymina drugi raz wdarli się 30 sierpnia, 6 września trwale zdobyli Wołomin, Pragę zaś za siódmym natarciem, tym z 10 września, ale na przykład atak z 1 września, szósty chronologicznie, po raz kolejny opłacili dziesiątkami rozbitych czołgów.
Ósme natarcie to był z kolei koszmar forsowania Wisły przez 1. Armię Wojska Polskiego w środku miasta, zakończony masakrą, a gdy powstanie już upadło, dowództwo 1. Frontu planowało jeszcze atak dziewiąty, desant na północ od Bielan, ale ten już sobie odpuścili w 1944 roku, zadowalając się zdobyciem Legionowa.
To jaki był stosunek Stalina do powstania?
Stalin oczywiście był bezwzględnym wrogiem powstania. Początkowo zakazał udzielania mu jakiejkolwiek pomocy, na przykład lotniczej, poprawnie odczytał je jako politycznie wymierzone w siebie i swoje koncepcje podporządkowania przyszłej Polski ZSRR. Przywódców powstania publicznie określano jako przestępców. Ale nie oznacza to, że z jego powodu chciał zatrzymać i że zatrzymał własną ofensywę na zachód. Nic z tych rzeczy. Zachowało się mnóstwo dokumentów Armii Czerwonej, w których nakazywano pochwycenie miasta, zdobycie przyczółków po drugiej stronie Wisły.
fot.Tadeusz Bukowski – Jan Grużewski; Stanisław Kopf (1957) Dni Powstania, Kronika Fotograficzna Walczącej Warszawy, Warszawa: PAX, ss. s.208 no ISBN https://powstanie-warszawskie-1944.ac.pl/baon_kilinski.htm https://www.polonica.net/Powstanie_Warszawskie.htmŻołnierze batalionu „Kiliński” sfotografowani podczas powstańczego pogrzebu na ul. Zgoda
Stalinowi było oczywiście na rękę, żeby to Niemcy zdławili powstanie i zniszczyli AK. Niemieckie ludobójstwo na warszawskich ulicach idealnie wpisywało się w moskiewską narrację o nieodpowiedzialności i szaleństwie przywódców AK, którzy narazili własną stolicę na zemstę z ręki bezwzględnego okupanta. Okupanta, od którego może wybawić Polaków wyłącznie Armia Czerwona, a nie AK i Londyn. I to też miała być legitymacja władzy PKWN. Ale gdyby Niemcy nie zniszczyli sił AK i powstańcy doczekaliby wojsk radzieckich, Stalin nie patyczkowałby się z polską kadrą i wpadłaby ona w łapy NKWD. Tak jak w Wilnie, Lublinie, Lwowie.
To się okazało niepotrzebne.
Tak, bo Niemcy stawili twardy opór Armii Czerwonej. Ciężkie walki na tym odcinku frontu trwały przez cały sierpień i cały wrzesień, a potem jeszcze w październiku 1944 roku. Widać to w zestawieniach strat Armii Czerwonej, zużyciu amunicji i paliwa. Sierpień 1944 roku pod tym względem niczym się nie różnił od innych intensywnych, frontowych miesięcy tego roku. Natomiast zarówno czas trwania powstania, jak i niemiecki opór zaskoczyły Stalina. W sierpniu w Moskwie sądzono, że Armia Czerwona opanuje całą Warszawę we wrześniu i że do tego czasu Niemcy zmiażdżą AK. Okazało się, że ostateczne zdobycie Wołomina, położonego kilkanaście kilometrów przed frontem własnych wojsk, ale bronionego przez fanatyków z Waffen-SS, zajęło niemal miesiąc i że w Warszawie AK też nadal walczy.
Muszę przyznać, że to mit powstania, w który długo sam mocno wierzyłem. I pod wpływem pracy takich badaczy jak pan zweryfikowałem swój pogląd. Mit numer 6: Generał Berling zbuntował się przeciwko Stalinowi i na własną rękę rzucił desant na zachodnią stronę Wisły, aby ratować powstanie.
1.Armia Wojska Polskiego działała ściśle według rozkazów i wytycznych radzieckiego marszałka Rokossowskiego. Nawiasem mówiąc, z pochodzenia Warszawiaka i Polaka. Działania Berlinga nie były więc samowolą. To stworzona po wojnie legenda. Według niej źli komuniści z Moskwy pozwolili utopić Warszawę we krwi, ale my – dobrzy polscy komuniści patrioci – chcieliśmy wam, czyli powstańcom, pomóc. Jak wynika z dokumentów, w tych desantach brały udział również oddziały Armii Czerwonej. Jako jednostki wsparcia i zabezpieczenia. Artyleria, lotnictwo, zasłona dymna. Cała ta akcja była demonstracją. Rokossowski wiedział, że jeśli niemiecki opór będzie silny, desant skończy się fiaskiem, bo polskie dywizje są niedoświadczone i mają niską wartość bojową. A siły niemieckiego oporu był pewny. I faktycznie: Niemcy we wrześniu 1944 roku byli zbyt silni, by desant Berlinga mógł się powieść.
Mit 7: Czy na terenie powstańczej Warszawy po stronie Niemców walczyli własowcy?
Nie. Wojska Własowa, dawnego generała Armii Czerwonej i ulubieńca Stalina, a potem niemieckiego jeńca symbolizującego zdradę i kolaborację, nie pacyfikowały Warszawy. Struktura rosyjskich wojsk kolaboracyjnych na służbie niemieckiej była skomplikowana. Armia Własowa nazywała się ROA, a brygada Bronisława Kamińskiego – która dokonywała zbrodni na Ochocie – RONA. Niestety obie te formacje są często mylone. Sprawę utrudnia to, że Niemcy czasem mieszali te oddziały. Natomiast z punktu widzenia naszych ofiar nie miało to żadnego znaczenia, czy mordował i gwałcił rosyjskojęzyczny sołdat w służbie niemieckiej akurat z naszywką RONA czy ROA. Po prostu „własowiec” oznaczało w potocznej mowie każdego Rosjanina w służbie niemieckiej.
Mit 8: Czy powstańcy rzeczywiście mieli „Visy na Tygrysy”.
Czołgi Tiger działały w Warszawie, ale było ich mniej niż dziesięć. Odsyłam do mojej książki Panzertruppen a Powstanie Warszawskie. Tygrysy z Dywizji SS „Totenkopf ” walczyły przede wszystkim na Mokotowie. Problem w tym, że gdyby powstańcy mieli chociaż te przysłowiowe „Visy na Tygrysy”, to nie byłoby jeszcze tak źle… AK w całym powstaniu miała tylko trzy działa przeciwpancerne i pewną liczbę granatników. Tych ostatnich można było użyć skutecznie jedynie z odległości kilkudziesięciu metrów, a Niemcy walczyli bardzo asekurancko i bili po powstańczych pozycjach ze znacznie większej odległości. Spoza zasięgu granatników.
fot.Juliusz Bogdan Deczkowski – Tadeusz Sumiński, ed. (1959) ”Pamiętniki żołnierzy baonu „Zośka”. Powstanie Warszawskie”, Warszawa: Nasza Księgarnia no ISBN Stanisław Kopf (1984) Dni Powstania, Kronika Fotograficzna Walczącej Warszawy, Warszawa: PAX, ss. 77 no ISBN https://wilk.wpk.p.lodz.pl/~whatfor/foto.htmŻołnierze Kolegium „A” – elitarnej jednostki Kedywu Okręgu Warszawskiego AK. Okolice ul. Stawki
Dwa Tygrysy Polakom udało się ciężko uszkodzić brytyjskimi granatnikami przeciwpancernymi PIAT w Alejach Jerozolimskich. Załogę jednego Tygrysa nawet częściowo wyciągnięto z wozu i wzięto do niewoli. Samego czołgu nie udało się jednak uruchomić, bo był uszkodzony. Niemcy potem go odholowali.
Młody żołnierz AK ciskający butelkę z benzyną w potężny czołg to tymczasem nieodzowny element powstańczego mitu. Dotykamy tu kwestii udziału dzieci w powstaniu. Przy całym uznaniu dla bohaterstwa tych dzieciaków nie wystawia to pozytywnego świadectwa dorosłym oficerom AK, którzy pozwalali im dołączać do oddziałów.
Tu trzeba doprecyzować. 1 sierpnia 1944 roku liczba małoletnich w oddziałach była dosyć niewielka. Dzieci dołączały ochotniczo do walczących żołnierzy potem, w kotłach, w których cywile znaleźli się razem z oddziałami AK. Te dzieci często miały tragiczny wybór – albo zginąć bohaterską śmiercią na barykadzie, albo zginąć zawalone gruzem w piwnicy, albo umrzeć z głodu. Trudno im się dziwić, że wolały brać udział w walkach. Niemniej absolutna większość dzieci w Warszawie albo wykonywała zadania czysto pomocnicze, albo nigdy nie została przez rodziny puszczona na barykady i była wyłącznie biernymi uczestnikami powstania.
Ale oczywiście zgoda, używanie dzieci do działań zbrojnych jest moralnie wątpliwe. To jest zadanie dla dorosłych. Dlatego Pomnik Małego Powstańca, który jest jednym z symboli tej bitwy, wzbudza dziś takie mieszane uczucia.
Tragedia tych dzieci była elementem szerszej katastrofy – hekatomby warszawskiej ludności cywilnej.
Ta ludność została postawiona przed faktem dokonanym. Nikt jej nie pytał, czy chce tego powstania czy nie. Nagle cywile zostali odcięci i odizolowani w różnych częściach miasta. Na Woli, Ochocie, Mokotowie, Mariensztacie 1 sierpnia o 17.00 mieszkańcy usłyszeli jakąś strzelaninę, a potem – po godzinie lub dwóch – Niemcy wpadali im do mieszkań i ich mordowali. Tylko 1 sierpnia Niemcy, zanim jeszcze Hitler dowiedział się o powstaniu, zamordowali kilka tysięcy ludzi, najwięcej na Mokotowie. Z rozkazu lokalnych dowódców.
Słynne odwrócenie nastrojów ludności. Euforia w momencie wybuchu powstania, a potem rzucanie w powstańców doniczkami z okien. „Dlaczego nam to zrobiliście?!” To jest bardzo bolesne wspomnienie dla weteranów powstania
Relacje o euforii pochodzą tylko z tych dzielnic, gdzie powstanie się utrzymało. Nie ma takich relacji na przykład z południowego Mokotowa czy Mariensztatu – miejsc, które Niemcy spacyfikowali pierwszego czy drugiego dnia zrywu. Czy z części Żoliborza, który nasi wobec beznadziejności tego, co stało się 1 sierpnia, opuścili i wycofali się z miasta, a wrócili do tej dzielnicy dopiero po kilku dniach. Powstańcy – to ważne zastrzeżenie – opanowali tylko te części miasta, gdzie nie było Niemców. Wszędzie tam, gdzie byli Niemcy, powstanie się nie udało już pierwszego dnia.
fot.Halibutt – Based on Image:Warszawa 1935.png Made by Halibutt in GIMP and Inkscape, basing on maps published in: Jerzy Kirchmayer (1978). Powstanie warszawskie. Warsaw: Książka i Wiedza, 576. ISBN 83-05-11080-X, and several other maps available.Tereny opanowane przez powstańców na dzień 4 sierpnia 1944 – maksymalny zasięg terytorialny powstania
Mit numer 9: Jakie były prawdziwe straty niemieckie? Do dziś niektórzy powtarzają rozpowszechnioną przez literaturę PRL liczbę blisko 20 tysięcy poległych Niemców.
Zacznijmy od tego, że mówimy o kombatantach w służbie niemieckiej. A więc nie tylko o Niemcach, ale również o Rosjanach, Białorusinach, Ukraińcach, Turkmenach, Łotyszach, a nawet Norwegach, Holendrach czy Chorwatach. W powstaniu po niemieckiej stronie zginęło czterech Norwegów z Waffen-SS. Mało tego, zginęli nawet Polacy, którzy w różnych formacjach bili się po stronie niemieckiej.
Kim byli ci ludzie?
Osoby powołane do Wehrmachtu na ziemiach włączonych do Rzeszy. A także funkcjonariusze jednostek policyjnych, w tym policji kryminalnej z GG. W oddziałach Wehrmachtu, na przykład w 19. Dywizji Pancernej, było dużo Ślązaków i oni podczas walk w Warszawie porozumiewali się pomiędzy sobą po polsku. Oczywiście komenda była po niemiecku, ale między sobą mówili po polsku.
Wróćmy do strat wśród oddziałów walczących po niemieckiej stronie.
3 tysiące zabitych i około 10–12 tysięcy rannych. Pan w swojej książce Obłęd ’44 przywołał badania Jana Ciechanowskiego, który z kolei powoływał się na raport generała SS von dem Bacha. W dokumencie była mowa o 1570 zabitych i 8374 rannych. Ten raport dotyczył jednak tylko grupy wspomnianego generała. Do tego dochodzili zabici z innych jednostek.
A straty strony polskiej?
Zabitych powstańców z AK szacuje się na około 18 tysięcy, trwale zaginionych kilka tysięcy, 16 tysięcy wziętych do niewoli. To oczywiście kłóci się z propagandą historyczną, według której nawet jak przegrywamy bitwę, to wróg musi ponieść większe straty niż my. Oczywiście było to niemożliwe. Powstańcy niemalże gołymi rękami nie mogli zabić więcej Niemców, niż doskonale uzbrojeni, wyposażeni i wyszkoleni Niemcy zabili powstańców.
W 1947 roku po prostu sfabrykowano zeznanie von dem Bacha, w którym miał on stwierdzić, że Niemcy mieli 17 tysięcy zabitych i zaginionych oraz 9 tysięcy rannych.
Znamy już pańskie szacunki liczby zabitych Niemców i powstańców. A straty wśród polskiej ludności cywilnej?
Panie Piotrze, muszę zaprotestować. Jeśli idzie o Niemców, ja nie szacuję, ja liczę. Liczę każdą jednostkę, każdy niemiecki batalion biorący udział w walkach. Oczywiście nie mam stuprocentowych danych, ale w wypadku wielu jednostek wiem, z dokładnością do jednego człowieka, przynajmniej w świetle zachowanych dokumentów z epoki, kto zginął.
Zwracam honor, zatem jak wyglądają pańskie obliczenia, jeżeli chodzi o ludność cywilną.
Tu jest większy problem. W propagandzie PRL zasada była prosta – im wyższe straty, tym lepiej. Mieliśmy taką „politykę martyrologiczną”, że dochodzono nawet do absurdalnej liczby 250 tysięcy ofiar powstania. Zresztą z Auschwitz było to samo. Kiedyś uczono nas, że Niemcy zamordowali tam 3 miliony ludzi. A więc trzy razy więcej niż w rzeczywistości.
Tak, rzetelne badania historyczne na ogół weryfikują w dół obiegowe opinie na temat liczby ofiar. Tak było ze zbrodnią ponarską czy z sowieckimi deportacjami Polaków w latach 1939–1941.
W wypadku powstania maksymalna górna granica to 100 tysięcy ofiar po stronie polskiej. Po odjęciu żołnierzy AK zostaje nam 75–85 tysięcy ofiar wśród ludności cywilnej. Maksymalnie, mówimy oczywiście o ofiarach śmiertelnych. Z czego współcześnie imiennie pracownicy Muzeum Powstania Warszawskiego zidentyfikowali już około 60 tysięcy.
Trudno ich dokładnie policzyć, bo Niemcy – zachowały się makabryczne raporty na ten temat – palili ciała zamordowanych. Na szczęście na Woli Niemcy nie zgładzili jednak 50 tysięcy ludzi – jak czasami można usłyszeć – ani nawet 30 tysięcy. Realna liczba ofiar Rzezi Woli to około 10 tysięcy. I żeby było jasne: to straszliwe ludobójstwo na masową skalę, gigantyczna ludzka tragedia. Nie trzeba jednak sztucznie windować tego licznika na potrzeby polityki historycznej.
Zatem mit numer 10: W Polsce popularny jest pogląd, że za klęskę powstania warszawskiego nie odpowiadają Niemcy (którzy to powstanie spacyfikowali) ani oficerowie Komendy Głównej AK (którzy to powstanie wywołali), lecz alianci zachodni, którzy temu powstaniu nie pomogli.
Ten mit jest również nieprawdziwy. Nie można obciążać Anglosasów winą za porażkę powstania, bo Zachód mówił nam otwartym tekstem: jesteście w strefie operacyjnej Armii Czerwonej, jeśli więc chcecie podejmować jakieś działania, dogadajcie się z Moskwą. My wam nie pomożemy, bo nie mamy takich możliwości.
Dowódcy AK ignorowali te ostrzeżenia. Kiedy wybuchło powstanie, z Warszawy szły radiogramy do Londynu: zrzućcie Brygadę Spadochronową generała Sosabowskiego na Puszczę Kampinoską. Tymczasem od ponad pół roku Londyn powtarzał dowódcom AK, że żadnej brygady nie dostaną. Nie było bowiem wówczas technicznej możliwości, aby wykonać taką operację desantową. Wojska alianckie były po prostu zbyt daleko od Polski.
fot.Sylwester Braun – Jerzy Piorkowski (1957) Miasto Nieujarzmione, Warszawa: Iskry, ss. ? no ISBN https://wilk.wpk.p.lodz.pl/~whatfor/kris_2.htmStukas bombardujący Stare Miasto, sierpień 1944
Zachód nie podnosi więc żadnej odpowiedzialności za powstańczą klęskę. Nie parł do tego powstania, nie namawiał do niego Polaków. To była samodzielna decyzja podjęta przez Komendę Główną AK. Zachodowi zawdzięczamy natomiast to, że pod jego presją Hitler przyznał AK prawa kombatanckie, bo alianci zagrozili, że zaczną zabijać niemieckich jeńców, tak jak Niemcy zabijali powstańców. Także presja Zachodu zmusiła z kolei Stalina we wrześniu 1944 roku do oficjalnej zmiany narracji o „przestępcach z Warszawy”. Wówczas zaczęły się radzieckie zrzuty, które w połączeniu z płonną nadzieją na odsiecz, w połowie września bowiem Armia Czerwona zdobyła Pragę, przedłużyły agonię powstania o kolejne tygodnie. Oczywiście ta pomoc Stalina była nieszczera.
Należy tu wspomnieć o poświęceniu brytyjskich lotników, którzy – mimo panowania Luftwaffe w powietrzu – latali ze zrzutami nad Warszawę. To były straceńcze misje. Samoloty wracały z nich podziurawione jak sito. Wielu lotników poległo.
Dodajmy, że w czasie powstania nad płonącą Warszawą latały Sztukasy i bezkarnie zrzucały bomby na budynki. To głównie one zniszczyły nam stolicę i zabiły ludność cywilną, która kryła się w piwnicach. A gdy we wrześniu nad miastem pojawiły się radzieckie myśliwce, Sztukasy latały zresztą nadal. Tyle że w osłonie Messerschmittów. Gdyby Stalin był w stanie silniej uderzyć na miasto, Niemcy musieliby pośpiesznie ściągnąć do Warszawy regularne dywizje Wehrmachtu i powstanie upadłoby znacznie szybciej. To taki ponury paradoks: im bardziej Stalin chciałby pomóc powstaniu, tym byłoby ono krótsze.
Dlaczego?
Bo regularne jednostki Wehrmachtu walczyły na froncie z Armią Czerwoną. Powstania warszawskiego Niemcy nie traktowali priorytetowo. Tłumiły je – za przeproszeniem – odpady. Zbieranina rozmaitych jednostek, często drugiej kategorii. Z perspektywy Niemców to była operacja policyjna i tylko dlatego powstanie trwało tak długo.
Stały nacisk Armii Czerwonej na Niemców wiązał ich siły i uniemożliwiał szybkie stłumienie powstania. Ale im dłużej trwało powstanie, tym gehenna ludności cywilnej była dłuższa i bardziej dotkliwa. Tym więcej ludzi ginęło. Nie wolno nam jednak zapominać, kto to miasto zniszczył i kto tych ludzi zabił. Zrobili to Niemcy.
Norbert Bączyk jest archeologiem i historykiem wojskowości. Autor wielu książek, publicysta, stypendysta Instytutu Pileckiego, w ramach którego prowadził badania nad niemieckim terrorem na Mazowszu w latach 1939–1944, wieloletni współpracownik Muzeum Powstania Warszawskiego, współautor edycji niemieckich dokumentów do powstania warszawskiego wydawanych przez tę placówkę. Napisał między innymi takie książki, jak Panzertruppen a Powstanie Warszawskie, Dawid kontra Goliat. Niemieckie specjalne środki bojowe w Powstaniu Warszawskim, Terror niemiecki w powiecie Garwolin 1939– 1994, czy Pantera. Najgorszy czołg. Wraz z Kamilem Kawalcem prowadzi popularny program o historii II wojny światowej Podcast Wojenne Historie.
KOMENTARZE (2)
Świetna rozmowa. Argumenty w punkt. Polacy sami sobie zgotowali tragiczny los, „romantycznie wierząc”, że wygrają w beznadziejnej sytuacji.
Świetny artykuł. Ale teraz pytanie. Padła informacja o ROA i RONA.
Nie zapominajmy że Warszawę palily też jednostki w których służyli Ukraińcy.