Ciekawostki Historyczne
Średniowiecze

1204: jak Wenecja poprowadziła krzyżowców na Konstantynopol

IV krucjata miała wyzwolić Jerozolimę, ale zamiast do Ziemi Świętej trafiła pod mury Konstantynopola. Jonathan Keates pokazuje, jak doża Enrico Dandolo wykorzystał finansowe kłopoty krzyżowców i bizantyjskie spory dynastyczne, by skierować wyprawę przeciw najbogatszemu chrześcijańskiemu miastu świata. Zdobycie i splądrowanie Konstantynopola w 1204 roku przyniosło Wenecji ogromne korzyści handlowe i terytorialne, ale na zawsze zatruło relacje między Wschodem a Zachodem.

Papież wzywa do nowej krucjaty

Papież Innocenty twierdził, że każdy dobry chrześcijanin musi być gotowy chwycić za broń w toczącej się świętej wojnie nie tylko w Palestynie, ale i przeciw Maurom w Hiszpanii czy przeciw katarom na południu Francji. Równolegle rozpoczął też kampanie przeciw zbuntowanym władcom, takim jak król Anglii Jan I, który nie chciał zaakceptować papieskiego prawa do wybierania wyższych duchownych. Jednym z pierwszych działań Innocentego było ogłoszenie nowej krucjaty wschodniej, mającej na celu odzyskanie Jerozolimy, zajętej niedawno przez wielkiego wodza muzułmańskiego Saladyna. Było to głównym celem kampanii na rzecz obrony integralności Kościoła i przywrócenia jego władzy w miejscu, gdzie na świat przyszedł Chrystus. Idealizm papieża i jego dążenie do niepodważalnego duchowego przywództwa przyniosły pożądany efekt, wzmocniony jeszcze przez ofertę skierowaną do wszystkich potencjalnych krzyżowców.

fot.Nieznany – Fresco at the cloister Sacro Speco / domena publiczna

Innocenty III

„Kto tylko poniesie krzyż” – miał oświadczyć Innocenty – „i utrzyma go przez rok, służąc zbrojnie Bogu, ten zostanie oczyszczony z wszelkich popełnionych grzechów, jeśli tylko je uczciwie wyzna”. Grupa wpływowych możnowładców z Francji i Flandrii została dodatkowo zachęcona do czynu przez słynnego kaznodzieję Foulques’a de Neuilly, działającego wedle wskazówek papieża. Sześciu możnych wybrano jako posłów do Wenecji, gdzie mieli pozyskać środki transportu dla całej ekspedycji. W rzeczywistości Innocenty już negocjował z Wenecjanami, ale niepokoił się ich ambiwalentnymi – w wymiarze handlowym – relacjami ze światem, który chciał zdominować siłą chrześcijańskiego oręża. Dlatego domagał się od Republiki gwarancji, że żadne materiały o potencjalnej wartości wojennej – statki, takielunki, drewno ani broń – nie będą sprzedawane muzułmanom. Napominał przy tym Wenecjan, że „każdy, kto będzie próbował oszustwem i przeciw wskazaniom własnego sumienia naruszyć ten dekret, może być pewny, iż dosięgną go kary Boskie”.

Przeczytaj także: Zbieranina uciekinierów w prostych, drewnianych chatach. Jak powstała Wenecja

Mimo niezachwianej wiary w swoje racje, mimo przekonania, że to on jest przedstawicielem Pana Boga na ziemi, papież doskonale wiedział, w jak niewielkim stopniu Wenecja będzie respektować jego nakazy, jeśli tylko wejdą w konflikt z jej utrwaloną polityką.

Enrico Dandolo podejmuje wyzwanie

Pilnie więc śledził z Rzymu wydarzenia z wiosny 1201 roku, kiedy to francuscy krzyżowcy po raz pierwszy spotkali się z weneckim senatem. „Doża Wenecji, który zwał się Henryk Dandolo, a był to człowiek wielce mądry i mężny” – pisze Geoffroy de Villehardouin, marszałek Szampanii, jeden z sześciu posłów do Wenecji – „przyjął ich z wielką czcią, i on sam, i inni ludzie; i wszyscy powitali ich bardzo dobrze”. Dandolo udawał, że nie ma pojęcia, dlaczego krzyżowcy zawitali do Wenecji – choć bez wątpienia odgadł, czego mogą chcieć posłowie – i kazał im odpowiednio długo czekać. Oni sami z kolei doskonale zdawali sobie sprawę, że zamierzają go nakłonić do udziału w naprawdę wielkim przedsięwzięciu. Nawet biorąc pod uwagę ogromne zasoby marynarki Republiki, skala operacji była większa niż jakakolwiek, w której wcześniej wzięła ona udział.

Czytając między wierszami kroniki Villehardouina – i znając trochę osobowość samego Enrica Dandola – możemy jednak odnieść wrażenie, że doża potraktował IV krucjatę jako wyzwanie, któremu trudno się oprzeć. Wyzwanie zarówno dla niego osobiście, jak i dla Wenecji. Po ponad tygodniu rozmów doża oznajmił swoją decyzję, „jeżeli będziemy mogli nakłonić naszą Wielką Radę, a nasz wszystek lud zaaprobuje ją”. Zaproponował wystawić flotę zdolną przewieźć cztery i poł tysiąca koni wraz z giermkami, kolejne statki do transportu czterech i poł tysiąca rycerzy oraz, jak to określa Villehardouin, „dwudziestu tysięcy pieszych”. Dołożono do tego racje żywnościowe na dziewięć miesięcy oraz amunicję, a umowa miała zostać wypełniona „w przeciągu jednego roku, licząc od dnia, kiedy odpłyniemy z portu Wenecji, aby służyć Bogu i całemu chrześcijańskiemu światu w jakimkolwiek by to nie było miejscu”.

Dodatkowo Republika była gotowa „z miłości do Boga” dołożyć pięćdziesiąt uzbrojonych galer, pod warunkiem, że wszystkie zdobycze morskie i lądowe będą równo dzielone pomiędzy strony porozumienia. Gdyby posłowie zgodzili się na takie ustalenia, można by było rozpocząć prace, które miały potrwać nieco ponad rok. A zatem kontyngent krzyżowców mógłby wsiąść na statki w Dzień Świętego Jana, 24 czerwca 1202 roku.

Pewni, że uda im się zgromadzić wymagane dziewięćdziesiąt cztery tysiące marek, Villehardouin i inni ambasadorzy przystali na te warunki, a Dandolo, „który był mężem dobrym i dzielnym”, zebrał Wielką Radę i „przez swój jasny umysł i zdrowy rozsądek, który był u niego bardzo dobry, zyskał ich przychylność i polecił wypełnić jego propozycję”. Pozostało jeszcze przekonanie do niej zwykłych Wenecjan. W tym celu doża zorganizował wielkie wydarzenie publiczne – kolejny przykład teatru politycznego – w postaci mszy w Bazylice Świętego Marka, kościoła „najpiękniejszego ze wszystkich, jakie tylko są na świecie”, gdzie wierni zgromadzeni w liczbie „przynajmniej dziesięciu tysięcy” modlili się o Bożą wskazówkę, czy mają przystać, czy nie, na prośbę emisariuszy krzyżowców.

Kiedy skończyło się nabożeństwo, do świątyni zaproszono Francuzów, a wówczas Geoffroy de Villehardouin zwrócił się do zgromadzonych Wenecjan (nie wiemy, w jakim języku), mówiąc, że zarówno on sam, jak i jego towarzysze działają w imieniu najszlachetniejszych i najpotężniejszych baronów Francji, którzy prosili Wenecjan, by „zlitowali się nad Jerozolimą, która znajduje się w niewoli Turków, i dla Boga zgodzili się towarzyszyć im i pomoc im pomścić za hańbę Jezusa Chrystusa”.

Emocje sięgnęły zenitu i wszyscy zgromadzeni, w tym doża i jego doradcy, zalali się łzami, a tłum zaczął jednym głosem skandować: „Zgadzamy się! Zgadzamy się!”. Następnego ranka Dandolo znów płakał, kiedy podpisano formalne porozumienie, a posłowie wyruszyli w długą drogę do domu – wcześniej jednak wysłali kopię dokumentu papieżowi Innocentemu z prośbą o jego ratyfikowanie.

fot.Gustave Doré – James Penny Boyd (1836-1910) (1892) Story of the Crusades, Filadelfia: P.W. Ziegler / domena publiczna / wikipedia

Doża Dandolo przed krzyżowcami

Ważnym elementem umowy między Wenecją a krzyżowcami było coś, co dzisiaj określilibyśmy jako spin albo zarządzanie informacją. Sygnatariusze traktatu nie określili publicznie, gdzie miałaby wylądować cała ta wielka ekspedycja, a użyte w dokumencie słowa: „służyć Bogu i całemu chrześcijańskiemu światu w jakimkolwiek by to nie było miejscu”, z pewnością nie są przypadkowe. Większość łkających z radości w Bazylice San Marco była pewna, że ekspedycja uda się do Lewantu i do królestw zwanych Outremer. Posłowie francuscy wiedzieli jednak, że planowane jest lądowanie w Egipcie, bo stamtąd „można było lepiej zniszczyć Turków, niż od strony innych ziem”. Nie podejrzewali, że Dandolo i jego najbliżsi doradcy mają zupełnie inne plany.

Dalsza część artykułu pod ramką
Zobacz również:

Wielki plan Wenecji

Kiedy ustalano ostatnie szczegóły tego świętego porozumienia, Wenecjanie mieli świadomość, że ich własne poselstwo do sułtana w Kairze właśnie go zapewnia, że Egipt nie zostanie zaatakowany, w zamian za gwarancje bezpieczeństwa dla weneckich interesów handlowych w aleksandryjskich fondouks (czyli magazynach; to arabskie słowo weszło do dialektu weneckiego w formie fondaco), gdzie przechowywano cenne towary. Doża znalazł dla krzyżowców zupełnie inne zadanie. Mieli stać się częścią planowanej od dawna operacji, której celem było rozprawienie się raz na zawsze z uciążliwym Bizancjum.

Początkowy entuzjazm dla krucjaty pośród francuskich baronów zaczął w kolejnych miesiącach słabnąć. Kiedy Wenecjanie pracowali, budując i wyposażając galery i transportery, francuskich posłów czekało znacznie trudniejsze wyzwanie, gdy po powrocie do domu próbowali przekonać do przedsięwzięcia tych samych ludzi, których zapał wcześniej pchnął ich na drogę do Wenecji. Wielu krzyżowców postanowiło wypłynąć z portów południowej Francji i w ogóle nie jechać przez Włochy. W pewnym momencie Villehardouin znalazł się w dość niezręcznej sytuacji, kiedy usiłował przechwycić grupy wędrujących rycerzy i ich kompanów i przekierować ich w stronę weneckiej laguny. Pojawił się też problem – jeśliby przed ustalonym Dniem Świętego Jana nie stawiła się wystarczająco liczna armia – czy uda się zgromadzić środki pieniężne obiecane Republice w pełnych emocji dniach, których kulminacją była msza w Bazylice Świętego Marka. Kiedy już oddziały krzyżowców się zebrały, w towarzystwie wielu nieuzbrojonych pielgrzymów, w przeznaczonych dla nich obozach na Lido, stało się jasne, że były to siły o dwie trzecie mniej liczne, niż obiecywano. Tymczasem olbrzymia flota czekała w gotowości, ale nie było pieniędzy, by za nią zapłacić.

Krzyżowcy wpadają w finansową pułapkę

Enrico Dandolo zwrócił się do francuskich baronów ze zrozumiałą irytacją. „Moi ludzie oddali wiele, a teraz oczekują, tak jak i ja tego oczekuję, że spłacicie, co należne” – powiedział. – „Jeśli tego nie uczynicie, nie opuścicie wyspy, póki nie dostaniemy naszej należności, a nikomu też nie damy zgody, by dostarczał wam jedzenie i picie”. Kiedy armia tkwiła na Lido coraz bardziej znudzona i podzielona, a pośród krzyżowców zaczęły się szerzyć choroby, co było do przewidzenia, cała Wenecja, stanąwszy w obliczu poważnego kryzysu finansowego wynikającego z jej zaangażowania w wyprawę, zaczęła się buntować przeciwko doży i radzie miejskiej. Dandolo musiał więc znaleźć jakiś kompromis, który pozwoliłby zapełnić miejski skarbiec, uspokoić Wenecjan i wypchnąć krzyżowców gdzieś w stronę Ziemi Świętej. Zastosował rozwiązanie typowo weneckie – teatralny publiczny gest połączony z troskliwie skrywanymi targami.

Najpierw padła deklaracja z ust Dandola – wygłoszona, gdy stał w Bazylice Świętego Marka u boku kilku czołowych krzyżowców przed zgromadzoną radą i mieszkańcami miasta – że zamierza, mimo swego wieku, osobiście wziąć udział w wyprawie. „Jestem człowiekiem już starym i chorym oraz pragnącym wypoczynku; a moje ciało jest chore” – oświadczył – „Ale widzę, że nikt nie potrafiłby rządzić i rozkazywać jak ja, który jestem waszym panem. Jeśli pozwolicie, abym wziął znak krzyża, aby was strzec i dowodzić wami, a mój syn pozostałby na moim miejscu i chronił ziemię, wtedy poszedłbym żyć lub umrzeć z wami i z pielgrzymami”. Zamiast odwodzić go od tego postanowienia, tłum zaczął krzyczeć: „Prosimy was na Boga, zgódźcie się i wyruszcie z nimi”. Villehardouin opowiada nam, że „wiele łez wylano, ponieważ ten roztropny mąż miał wielką przyczyn pozostać”. Jeszcze bardziej poruszyło go, kiedy stojący przy ołtarzu Dandolo uklęknął, aby do jego urzędowego nakrycia głowy można było przyszyć czerwony krzyż, znak krzyżowców.

Początek wyprawy i atak na Zadar

Zebrano tyle pieniędzy, ile się dało (kilku baronów musiało zdobyć się na prywatne donacje, jeszcze głębiej sięgając do swych kufrów), i flota była wreszcie gotowa do wypłynięcia. Ósmego listopada 1202 roku wenecka armada w sile czterystu osiemdziesięciu statków wypłynęła na Adriatyk, prowadzona przez sędziwego i ślepego Dandola na statku flagowym pomalowanym na czerwono. Wokół brzmiały trąby, a wszyscy na pokładzie śpiewali kantyk Veni Creator Spiritus. Po tych wszystkich niepokojach i opóźnieniach, po huśtawce nastrojów między nadzieją a rozpaczą wielu musiało w końcu poczuć, że święta misja, na którą się pisali, była skazana na triumf z woli samego Wszechmogącego.

Osobną sprawą było oczywiście to, nad kim czy nad czym miał być ten triumf odniesiony. Doża i jego rada do samego końca trzymali w zanadrzu jeszcze jedną kartę przetargową. Zadar, najbardziej niepokorne i zbuntowane miasto w dalmackich posiadłościach Wenecji, zasługiwał na nauczkę, a kto mógłby jej lepiej udzielić niż ta nowa armia sunąca z takim entuzjazmem przez wody Adriatyku? W tamtym momencie miasto znajdowało się w rękach króla węgierskiego Emeryka. Odzyskanie Zadaru dla Wenecji może nie oznaczałoby całkowitej spłaty długu wobec Republiki, ale przynajmniej pozwoliłoby na jego czasowe zawieszenie. Zamiast więc oszczędzać siły i ducha walki na misję odzyskania Ziemi Świętej z rąk islamskich, IV krucjata miała zdobyć miasto chrześcijańskie. To, że sam Emeryk szykował się właśnie do poniesienia krzyża krucjatowego, nie miało żadnego znaczenia. Zadar zastraszono i zanim oblężenie na dobre się rozpoczęło, jego mieszkańcy się poddali i Dandolo mógł zająć miasto. Triumf Wenecjan został jednak przyćmiony przez przybycie emisariusza z Rzymu, który przywiózł list od wściekłego papieża Innocentego, wyrzucającego krzyżowcom, że wyrzekli się ducha krucjat, i grożącego ekskomuniką każdemu, kto chciałby dalej brać udział w wyprawie.

Pośród krzyżowców panowała różnica zdań co do tego, jak odnieść się do papieskiego zakazu. Wenecjanie byli zdecydowani przezimować w Zadarze. W tym krytycznym momencie zjawili się emisariusze bizantyjskiego księcia Aleksego, wygnanego syna niedawno obalonego cesarza Izaaka Angelosa, którego własny brat uzurpator oślepił i uwięził.

Droga do Konstantynopola

Przywieźli ze sobą list syna Fryderyka Barbarossy, Filipa, który był mężem córki Izaaka. List zawierał śmiały i kuszący plan przywrócenia tronu w Konstantynopolu księciu Aleksemu w zamian za sfinansowanie ekspedycji do Egiptu i dostarczenie wsparcia wojskowego wyprawie. A poza tym, jakby w odpowiedzi na modły papieża Innocentego o utworzenie powszechnego Kościoła rzymskiego, Aleksy obiecywał przywrócić całe greckie cesarstwo pod jurysdykcję chrześcijaństwa zachodniego. „Da Bóg, abyście przywrócili jego dziedzictwo” – oznajmili posłowie – „cesarz odda całe cesarstwo Romanii [jak oficjalnie nazywano państwo bizantyjskie] w posłuszeństwie Rzymowi, od którego jest oddzielone”.

Fakty były takie, że Innocenty został już wcześniej zapoznany z planem Aleksego i go odrzucił, przerażony perspektywą walk chrześcijan przeciw innym chrześcijanom. Rozsądni ludzie pośród Wenecjan i krzyżowców z pewnością wiedzieli też, że obietnica oderwania kilku milionów wyznawców prawosławia od ich tradycyjnej wiary i ceremoniału, aby poddać ich władzy Ojca Świętego, jest całkiem bezwartościowa. Tymczasem wielu rycerzy pozbawionych już złudzeń, że biorą udział w czymś więcej niż tylko grabieżcza wyprawa w starciu między rywalizującymi dynastiami, zaczęło ją porzucać z zamiarem dotarcia do Ziemi Świętej na własną rękę.

Enrico Dandolo z kolei natychmiast zrozumiał, jakie korzyści może przynieść przyjęcie propozycji Aleksego. Plan doży, aby wykorzystać krucjatę do uderzenia w Bizancjum, zaczął się konsolidować. Krzywdy, jakich doznali Wenecjanie w Konstantynopolu za sprawą Manuela Komnena trzydzieści lat wcześniej, wcale nie zostały zapomniane. W samym mieście było dość bogactw – a należało ono do najzamożniejszych i najlepiej prosperujących ośrodków swojego czasu – aby odwrócić uwagę krzyżowców od ich pierwotnego celu, jakim było lądowanie w Egipcie. Ich dług mógł zostać łatwo spłacony, a sama Wenecja, jako strona umożliwiająca organizację całego przedsięwzięcia, mogła odzyskać utracone konstantynopolitańskie przywileje handlowe i wyprzedzić swoich włoskich morskich rywali. Nagle więc papieska ekskomunika, chociaż w rękach Innocentego zdawała się potężną bronią, zaczęła wyglądać mniej groźnie, jeśli wzięło się pod uwagę potencjalne zyski wynikające z nowej eskapady. Kiedy w obozie krzyżowców zjawił się młody Aleksy, został gorąco przyjęty i ekspedycja ruszyła w stronę Korfu – oczywiście po tym, jak Wenecjanie zadbali o odpowiednie upokorzenie Zadaru, paląc wszystkie jego najważniejsze budynki oprócz kościołów, tak aby miasto nigdy więcej nie ośmieliło się przeciwstawić autorytetowi La Serenissimy.

Na Korfu doszło do ostrej wymiany zdań między krzyżowcami, którzy chcieli jak najszybciej ruszyć w stronę Palestyny, a tymi, którzy – tak jak Villehardouin – przyjęli propozycję Aleksego z żądzy zysku lub dołączyli do Dandola z innych powodów. Następnie flota znów wyruszyła na morze, korzystając z dobrej pogody i pomyślnych wiatrów, aż wreszcie w ostatnim tygodniu czerwca 1203 roku dotarła do Bosforu.

Najbogatsze miasto chrześcijaństwa

Dla krzyżowców pierwsze spojrzenie na wielki Konstantynopol było doświadczeniem niezapomnianym. „Nie mogli sobie wyobrazić – powiada Villehardouin – że tak bogate miasto może być w całym świecie (…). Nie było takiego zuchwalca, któremu skora by nie cierpła”. Pierwotnie planowano bowiem, że pełne oblężenie rozpocznie się, gdy tylko uda się wylądować transportowanym wojskom. Miało ziścić się to, czego papież Innocenty obawiał się najbardziej, mobilizując krzyżowców do działania: otwarta napaść jednych chrześcijan na drugich. A wszystko to w miejscu, w którym w kościołach znajdowały się niezliczone relikwie świętych i męczenników. W mieście, które założył cesarz nawrócony z pogaństwa na prawdziwą wiarę.

Piątego lipca 1203 roku rozpoczął się atak krzyżowców na Galatę, najsłabszy punkt na Złotym Rogu, gdzie mieszkało wielu Wenecjan, Genueńczyków i innych kupców. Chociaż oblegającym łatwo udało się usunąć gigantyczny łańcuch blokujący cieśninę i wpuścić swą flotę do środka, pozostała część miasta broniła się niemal dwa tygodnie, dopóki niesamowicie przebiegły Enrico Dandolo nie zlokalizował krytycznego miejsca w umocnieniach i nie nakazał skierować do niego swojej galery. Jak pisze Villehardouin, „doża Wenecji, który był starym człowiekiem i nic nie widział, cały uzbrojony stał na dziobie swojego statku, a sztandar Świętego Marka miał przed sobą; i krzyknął do swoich ludzi, aby sprowadzili go na ląd”.

fot.Palma Le Jeune (1544–1620) / domena publiczna

Zdobycie Konstantynopola, Palma Młodszy

Na brzegu zatknięto flagę, a doża, ustępując z czoła bitwy, pozostał na pokładzie statku, skąd kierował działaniami. Przed wieczorem połączone siły Wenecjan i krzyżowców przejęły kontrolę nad całym zamurowanym miastem, uzurpator Aleksy zeń uciekł i wedle wszelkich znaków można było sądzić, że misja zakończyła się sukcesem. Oślepiony więzień, Izaak Angelos, został przywrócony na cesarski tron, a jego syn otrzymał cesarską purpurę i miał współrządzić imperium jako Aleksy IV. Wydawało się, że teraz już krzyżowcy będą mogli swobodnie ruszyć do Palestyny czy Egiptu.

Dandolo i jego wenecka świta mieli się niebawem przekonać, że sprawy nie układają się tak gładko. Po pierwsze, Aleksy nie miał pieniędzy, którymi mógłby zapłacić przybyłej mu na odsiecz armii. Po drugie, wielu krzyżowców z irytacją reagowało na starania Wenecjan, którzy chcieli ich nakłonić do pozostania na miejscu w charakterze sił policyjnych do czasu, aż w Konstantynopolu zapanuje jaki taki spokój, a nowy reżim się umocni. Tradycyjna bizantyjska pogarda dla ignorantów z zachodu, zwanych Frankami (szczególnie widoczna w Aleksjadzie, kronice spisanej sto lat wcześniej przez Annę Komnenę z bocznej linii przodków nowego cesarza), ożyła na nowo, a okupanci budzili powszechną niechęć pośród Greków. Mieszkańcy miasta nie chcieli też uznać Izaaka i Aleksego za prawowitych władcow. W styczniu 1204 roku przedstawiciel szlacheckiego rodu Dukatów, zwany Murzuflosem – „Krzaczastobrewym” – zebrał grupę niezadowolonych, aresztował i zamordował Aleksego, po czym sam koronował się jako Aleksy V. Ten nowy stan rzeczy zupełnie nie wpisywał się w plan Dandola, by uczynić z Bizancjum państwo marionetkowe, w którym za sznurki pociągałaby Wenecja. W dodatku Murzuflos zaczął się wykazywać niepokojąco wysokimi kompetencjami wojskowymi i rozsądkiem, rozkazał bowiem naprawić uszkodzone mury i baszty miasta. Było jasne, że czas działać.

Szturm na Konstantynopol

Wczesnym rankiem 9 kwietnia 1204 roku Wenecjanie i krzyżowcy rozpoczęli pierwszy szturm na mury, ale zostali odparci przez bezlitośnie celnych bizantyjskich łuczników i przez lawinę masywnych kamieni ciskanych w celu zniszczenia machin oblężniczych. Co gorsza, nieprzychylny wiatr zepchnął weneckie statki na morze, więc mimo ponawianych wysiłków nie udało się wysadzić na ląd wojsk, które wsparłyby ten pierwszy atak. Drugiego dnia też nie zdziałali za wiele, krzyżowcy zaczęli już tracić animusz, kiedy nagle wiatr się zmienił i nowi oblegający zaczęli tłoczyć się pod murami miasta. Znaleziono słaby punkt w murach. Przedarł się tamtędy Aleaumes de Clari, były mnich, który wraz z bratem Robertem zdecydował się ponieść krzyż krucjaty. Ku przerażeniu obrońców przebił się do środka miasta, a idący jego śladem towarzysze zostawiali za sobą tak wielu zabitych i rannych, „że nie było ni końca, ni miary”. Dla Murzuflosa rozgrywka bardzo szybko dobiegła końca. Gdy rozpoczęła się prawdziwa orgia mordów i grabieży, cesarz umknął do Tesaloniki na pokładzie łodzi rybackiej, „obawiając się, że inaczej stanie się łakomym kąskiem na stole Franków”. Nie omieszkał zabrać z sobą żony cesarza Aleksego III, Eufrozyny, oraz jej córki Eudoksji. Z jedną i drugą obcował cieleśnie.

fot.Loyset Liédet – 15th century miniature / domena publiczna

Miniatura z XV w. przedstawiająca zdobycie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 r.

Aby uzmysłowić sobie skalę zniszczeń w Konstantynopolu, musimy zwrócić się do najbardziej szczegółowego i najbardziej poruszającego opisu ówczesnych wydarzeń, jaki znajdziemy w Annałach Niketasa Choniatesa, szlachcica i urzędnika dworskiego. Jego świadectwo na temat owych kwietniowych wypadków z roku 1204 do dziś porusza czytelnika niemal do łez i budzi jego złość. Zdarzyło się wówczas to, co tak często obserwowano na przestrzeni wieków. Kulturalnie uboższa, niewiele rozumiejąca armia, zwycięska z racji użycia brutalnej, tępej siły w walce z wrogiem znacznie bardziej cywilizowanym i wyrafinowanym, wpada w przerażenie z powodu własnych czynów, widząc z bliska piękno i kunszt dzieł ludzkiego umysłu, po które wyciągnęła rękę, choć sama potrafi je jedynie zbezcześcić i zniszczyć. Liczne pożary w mieście, gdy połączone siły frankijsko-weneckie pustoszyły jego ulice, place i budynki publiczne, stanowią wyraźną manifestację tego przytłoczenia wyższą cywilizacją, które pojawia się zawsze, niczym za sprawą czarów, przy pierwszym bliższym z nią spotkaniu. Zdewastowanie tego cudownego miasta było więc – przynajmniej dla Franków – swego rodzaju aktem magicznego oczyszczenia.

Choniates nie wie, jak zacząć opowieść o tym, czego był świadkiem. „Nie potrafię nadać porządku mojej opowieści” – przyznaje. – „Ci szermierze Antychrysta rozbili święte obrazy, naczyń liturgicznych używali jako kielichów, zniszczyli główny ołtarz w Hagia Sophia, a na tronie patriarchy usadzili zwyczajną ladacznicę, każąc jej śpiewać sprośne piosenki i lubieżnie pląsać”. Najzamożniejsze posiadłości splądrowano, „żadnej litości nie okazano przy tym ani cnotliwym matronom, ani niewinnym dziewczętom, ani dziewiczym mniszkom, poślubionym Bogu Wszechmogącemu”. Frankowie bez skrupułów gwałcili swoje ofiary w kościołach i kaplicach, „nie bojąc się ani bożego gniewu, ani ludzkiej pomsty”. Choniates widzi ten trzydniowy karnawał wandalizmu, okrucieństwa i przemocy jako swego rodzaju karę boską. „Och, miasto, moje miasto!” – wykrzykuje. – „Ty, źrenica wszystkich miast tego świata, dlaczegoś musiało pić z kielicha Bożego gniewu, własną Jego ręką podanego?”

fot.Eugène Delacroix – https://collections.louvre.fr/ark:/53355/cl010065702 / domena publiczna

Wejście krzyżowców do Konstantynopola, obraz Eugène Delacroix, 1840

Dla Wenecjan z kolei całe to plądrowanie było niczym dar zesłany przez niebiosa. Wielu z nich doskonale znało Konstantynopol i wiedziało, gdzie czego szukać. Do woli więc przywłaszczali sobie wszystko, co dało się przenieść – złoto, srebro, biżuterię i kamienie szlachetne. Do Wenecji popłynęły statki pełne kościelnych ornamentów, ikon, monstrancji, krzyży, frontów ołtarzy, paneli zdobionych kamieniami szlachetnymi i kameami, marmurowych rzeźb i reliefów. Tą samą drogą powędrowały również cztery konie z brązu, które miały stać się końmi Świętego Marka. Dla Wenecji przekształciły się one w symbol jej tożsamości równie ważny jak skrzydlaty lew z otwartą księgą. Najważniejszym trofeum zaś była cała kolekcja relikwii, z których wiele sprzedano chętnym z całej Europy. Pośród nich znalazły się fiolka z Krwią Świętą, fragment Krzyża Prawdziwego i kilka nienaruszonych ciał świętych, które z rewerencją złożono w rożnych kościołach Wenecji.

Z rozkazu Enrica Dandola i baronów krzyżowców wszelkie dobra, które nie stały się jeszcze niczyim prywatnym łupem, miały zostać zaniesione do jednego z trzech wskazanych kościołów, gdzie ułożono je w stosy, by oszacować ich wartość. Rozliczono wówczas dług baronów i pozostałe dobra można było podzielić równo między obie strony. Dla Wenecji równie ważne, jak domknięcie tego rachunku, było ustalenie terytoriów, jakie La Serenissima miała otrzymać z ziem dawnego greckiego cesarstwa po tym, jak na jego tronie osadzono marionetkowego cesarza w osobie hrabiego Baldwina z Flandrii. Na mocy ostatecznego porozumienia między Dandolem a liderem krucjaty Bonifacym z Montferratu, Republice miała przypaść większa część Grecji lądowej, w tym cały Peloponez, Wyspy Jońskie, rozsiane Cyklady, wielka wyspa Eubea (Wenecjanom znana jako Negroponte) oraz najcenniejsza zdobycz: Kreta, będąca idealnym punktem kontroli cennego handlu z Egiptem, który doża tak sprytnie ochronił, przekierowując krzyżowców w stronę Konstantynopola.

fot.Killroyus / CC BY 3.0

Mapa ukazuje rozdrobnienie cesarstwa po IV wyprawie krzyżowej

Dandolo pozostał w mieście, które splądrował, spalił i wyludnił, aby zająć się nieuniknionymi ruchami greckich sił, pragnących odzyskać miasto w imieniu rożnych dynastii. W maju 1205 roku, gdy miał lat dziewięćdziesiąt osiem, zmarł z powodu nieleczonej przepukliny pachwinowej. Został pochowany w Hagii Sophii, gdzie do dziś można znaleźć marmurową tabliczkę z jego imieniem. Jako najbystrzejszy i najzdolniejszy spośród liderów IV krucjaty zdołał zdobyć dla Wenecjan, jak to ujmuje współczesny historyk, „znacznie więcej, niż się domagali, a w istocie znacznie więcej, niż chcieli”. Handel z Bizancjum to jedna sprawa, ale administrowanie trzema ósmymi jego ziem to zupełnie coś innego. Niechciany spadek po tym nikczemnym przedsięwzięciu, jakim okazała się IV krucjata, a zwłaszcza rola odegrana w niej przez Wenecję, miał wpływać na los La Serenissimy aż do jej upadku sześćset lat później.

Tekst stanowi fragment książki Jonathana Keatesa pt. Wenecja. Niezatapialna (Wydawnictwo Literackie 2026).

Zobacz również

Średniowiecze

Lepanto 1571. Bitwa, która złamała mit niezwyciężonych Turków

Po zdobyciu Cypru i brutalnej śmierci gubernatora Famagusty wydawało się, że Imperium Osmańskie nie ma sobie równych na Morzu Śródziemnym. Jednak 7 października 1571 roku...

3 czerwca 2026 | Autorzy: Herbert Gnaś

Starożytność

Zbieranina uciekinierów w prostych, drewnianych chatach. Jak powstała Wenecja

Wenecja nie narodziła się jako potężna republika kupiecka, lecz jako schronienie dla uchodźców uciekających przed najazdami barbarzyńców na północną Italię. Na błotnistych wyspach laguny adriatyckiej,...

29 maja 2026 | Autorzy: Jonathan Keates

Średniowiecze

Wenecja. Niezatapialna

1600 lat Wenecji w jednym tomie. Monumentalna biografia miasta, które stało się symbolem miłości, dekadencji i sztuki. Aż 60 ilustracji, zdjęć i map! Takiego wydania...

28 maja 2026 | Autorzy: Redakcja

Średniowiecze

Upadek niezdobytej twierdzy. Jak Mehmed II złamał Konstantynopol

Przez wieki mury Konstantynopola uchodziły za nie do sforsowania. O ich potęgę rozbijały się armie i ambicje kolejnych najeźdźców. Aż do 1453 roku, gdy młody...

19 marca 2026 | Autorzy: Herbert Gnaś

Średniowiecze

Handel i nauka w epoce krzyżowców

Choć współcześnie krucjaty uchodzą za symbol starcia cywilizacji, rzeczywistość XII wieku wyglądała zupełnie inaczej. Intensywne kontakty handlowe, wspólne projekty naukowe i swobodna wymiana idei sprawiły,...

25 listopada 2025 | Autorzy: Josephine Quinn

Historia najnowsza

Bajeczna Chorwacja. Zabytki, Adriatyk i cevapcici

Chorwacja to nie tylko słońce i ciepłe morze, ale także fascynująca historia i kultura.

26 kwietnia 2025 | Autorzy: Redakcja

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.