W latach zimnej wojny amerykańscy żołnierze byli wysyłani na testy atomowe niemal bez ochrony. Ich zadanie było proste: przeżyć wybuch i wejść do skażonej strefy. To relacja jednego z nich z testu z roku 1953.
POJEDZIECIE NA TEST
Liczniki Geigera szaleją bez opamiętania. Jeszcze przed chwilą siedziałem w okopie. Przede mną stoi porucznik. Patrzę na niego, a on się modli. Nie wie, tak samo jak my, co się dokładnie wydarzy. Powiedziano nam tylko, że będą odliczać od dziesięciu do jednego. I że kiedy usłyszymy „jeden”, to żebyśmy oparli się o ścianę okopu znajdującą się bliżej wybuchu. No więc liczą. Dziesięć, dziewięć… Jeden – opieramy się. Zero – słyszę trzy krótkie kliknięcia, klik, klik, klik.
I wtedy to światło. Tak jasne… Nie da się tego opisać. Oślepiające. Mieliśmy siedzieć w okopie, dopóki fala uderzeniowa nie przejdzie nad nami i nie wróci. Kiedy już wyszliśmy, to go zobaczyliśmy. Grzyba atomowego. I wielką kulę ognia. Liczniki Geigera mają dowódcy. Ciągle klik, klik – szybko, coraz szybciej – klik, klik, klik, klik! – opowiada Alex Partezana.
– Nagle dźwięk gwizdka – sygnał, że nadeszła pora. Czas ruszać. Wielka, ciemna chmura i gigantyczne płomienie. I my mamy tam iść – właśnie tam, do strefy zero. Do grzyba. Co zrobić, to wojsko. Pada rozkaz, trzeba wykonać, więc idziemy. 10 metrów, 20, 30…
Kula ognia rośnie i rośnie, jesteśmy coraz bliżej. Klik, klik, klik, klik, klik! Po 90 metrach liczniki Geigera już kompletnie wariują, nagle znowu gwizdek. Stop!
Alex Partezana miał wtedy dwadzieścia dwa lata. Słów dowódcy, które padły kilka miesięcy wcześniej, nigdy nie zapomni. „Udacie się na test”. Partezana i jego koledzy popatrzyli po sobie.
fot.Narodowa Administracja Bezpieczeństwa Jądrowego / Biura Obiektu w NevadzieEksplozja ładunku atomowego Badger o mocy 23 kiloton, którą przeprowadzono podczas serii testów atomowych (poligon Nevada, 1953)
Oczywiste pytanie – co za test? I odpowiedź, która runęła na nich jak grom z jasnego nieba: test bomby atomowej. Alexowi nie bardzo się to widziało. Nie wiedział co prawda za wiele o bombie atomowej. Nikt wtedy nie wiedział. Ale wszyscy słyszeli o tym, co się stało w Hiroszimie i Nagasaki.
O czym dokładnie?
Może o napromieniowanych ludziach wymiotujących na ulicy. Może o tych, z których skora schodziła płatami i zwisała z rąk i nóg, odsłaniając kości, a potem opadała na ziemię i na skutek kurczenia się włókien kolagenowych i elastynowych zwijała się w upiornie wyglądające rulony. O tych, którym jelita wychodziły na zewnątrz. O ludziach „już nie z tego świata” – którzy będą żyć jeszcze godziny, może minuty, a spędzą je, leżąc w agonii, poparzeni, z trudem łapiąc oddech. O jęku, który wydobywał się z ich ust – „wody, wody”. Albo o setkach zwęglonych ciał, całkowicie czarnych „z wyjątkiem szczerzących się białych zębów”.
Możliwe, że wiedzieli tylko o statystyce: 90 tysięcy ofiar śmiertelnych w Hiroszimie, może 166 tysięcy, a może coś pomiędzy – 100, 120 albo i 150 tysięcy. A także 60 tysięcy ofiar śmiertelnych w Nagasaki, może 80 tysięcy, może 72, może 78.
Przeczytaj także: „Mój Boże, cóżeśmy uczynili?”. Ile osób zginęło w atakach na Hiroszimę i Nagasaki?
Rozbieżność w szacunkach jest duża, ale czy zginęło 150 tysięcy, czy 246 tysięcy ludzi, czy nawet więcej – co za różnica? Niemiecki pisarz Kurt Tucholsky zajrzał kiedyś w głąb ludzkiej duszy i wydobył z jej mroków myśl, która jak ulał pasuje i do niepohamowanej grozy bomby, i do grozy wszystkich wojen, które budzą przerażenie, ale już po kilku tygodniach, kiedy oczy przyzwyczają się do ciemności tego świata, zaczynają męczyć i nużyć, przynajmniej dalekich odbiorców, którzy wypatrują już czegoś nowego i gdzie indziej, jakichś innych dramatów. Napisał: „Śmierć jednego człowieka to katastrofa. Śmierć 100 tysięcy: to statystyka!”.
Nie.
Chłopcy tacy jak Alex, bo zawsze na testach atomowych byli to chłopcy, którzy dopiero co weszli w dorosłość i próbowali się odnaleźć w tym nowym świecie, w którym nie są już dziećmi, ale to świat odnajdywał ich i wypluwał gdzieś na Pacyfiku albo na poligonie w Nevadzie, w każdym razie pod jakąś chmurą nuklearną, najpewniej wiedzieli jeszcze mniej: że bomby spadły na dwa miasta w Japonii i zrównały je z ziemią. Bez danych, ilu ludzi zginęło. Bez szczegółów, co się działo z ich ciałami, gdy przenikało je promieniowanie gamma, beta i alfa. Bez opisów agonii, bez grozy śmierci.
Zresztą, gdyby nawet mieli większą świadomość na temat tego, co się stało, gdyby zdawali sobie sprawę z zagrożenia, to kim są, żeby stawiać się dowódcom, ba, stawiać się fladze Stanów Zjednoczonych i występować przeciwko wielkiemu postępowi armii USA, który dzieje się na ich oczach, z ich udziałem?
Jak więc im powiedziano, tak zrobili: schowali się w okopach, a gdy nieopodal wybuchła bomba atomowa, wyprostowali się, wyszli z nich i z wypiętą piersią kroczyli przed siebie, w stronę grzyba nuklearnego, pośród krążących wokół rakotwórczych izotopów, nie mając na sobie żadnej odzieży ochronnej, tylko zwykłe mundury wojskowe.
Klik, klik, klik, klik, klik, klik!
Ciągle, bezustannie, klik, klik, klik, klik, klik, klik! Potem cisza. Kiedy grzyb atomowy zniknął, Alex i jego koledzy wrócili do obozu. Dostali polecenie: wziąć prysznic i zmienić ubrania. Zebrano ich w jednym miejscu, żeby przekazać ważny komunikat: „To, co tutaj dzisiaj i przez ostatnich dziesięć dni widzieliście, nigdy się nie wydarzyło”.

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.