Po śmierci króla Henryka I w 1135 roku Anglia pogrążyła się w wojnie domowej o tron, znanej jako Anarchia. Gdy w latach 1141–1142 jego córka Matylda stanęła na progu realnej władzy, kronikarze uznali ją za arogancką i niebezpieczną, przypisując jej cechy, które u mężczyzn uchodziły za oznakę królewskiej godności. Jej krótki triumf odsłania nie tylko brutalność walki politycznej, lecz także granice, jakich średniowieczny świat nie pozwalał przekroczyć kobiecie rządzącej samodzielnie.
„Nieznośnie arogancka”. Kronikarze wobec Matyldy u władzy
Matylda znalazła się wreszcie w centrum polityki państwa, więc kronikarze nie mogli dłużej traktować jej marginalnie. Jednak to, co widzieli, wcale im się nie podobało. Henryk z Huntingdon pisał, że „stała się nieznośnie arogancka” i „zraziła do siebie niemal wszystkich”. Autor Gesta Stephani, który do tej pory odnosił się do niej z pogardą, wyrażał się o jej rządach z niemniejszą dezaprobatą: „Zdobyła kontrolę nad większą częścią królestwa i z tego powodu […] napuszyła się i uznała się za lepszą od innych”.
Zapiski te wpłynęły znacząco na sposób przedstawiania rządów Matyldy i trudności, z jakimi musiała zmierzyć się po przejęciu władzy w królestwie. Ponad 800 lat później historycy bez wahania wydali na nią taki sam potępiający wyrok. „Wszyscy kronikarze zgadzają się, że po odniesieniu zwycięstwa okazała niesłychaną pychę i upór” – stwierdził jeden z najbardziej wnikliwych autorów, zajmujących się tym okresem historii; inny zaś zauważył nieco łagodniej, choć nie mniej kategorycznie, że „po raz pierwszy ta cecha charakteru, która dotąd nie była u niej widoczna, stała się jej przywarą”.
Uderzający jest jednak fakt, że nie wszyscy kronikarze byli wobec Matyldy równie surowi. Chociaż William z Malmesbury w swoim entuzjastycznym opisie „rozwagi i mądrości” earla z Gloucester nie uległ pokusie zestawienia go z jawną krytyką „owej potężnej damy”, jego przyrodniej siostry, w innym źródle znajdziemy zgoła odmienny wizerunek Matyldy i jej podejścia do królewskich obowiązków. Gilbert Foliot, opat z Gloucester i zarazem znany uczony, który przygotował dla Briena Fitzcounta wyrafinowaną pod względem doboru argumentów prawniczych i teologicznych obronę roszczeń Matyldy, nie omieszkał przedstawić w niej zgrabnej charakterystyki dawnej cesarzowej jako oddanej królewskiej córki.
[…] zgodnie z życzeniami ojca przebyła morze i góry i dotarła do nieznanych jej krańców Europy, gdzie miała zawrzeć związek małżeński. Pozostała tam, cnotliwie i pobożnie wypełniając obowiązki władczyni cesarstwa aż do chwili, gdy po śmierci małżonka – kierowana nie rozpaczliwą potrzebą czy kobiecą lekkomyślnością, lecz odpowiadając na ojcowskie wezwanie – powróciła do kraju. I choć uzyskała wcześniej niezwykle wysoką pozycję, gdyż jak nam donoszą, zachowała tytuł i status królowej Rzymian, nie okazywała pychy, lecz potulnie poddała się woli ojca we wszystkich sprawach […].
Przychylny opis Foliota, ukazujący skromną i posłuszną niewiastę w okresie przed 1135 rokiem, został oczywiście przygotowany w celu uzasadnienia określonego stanowiska politycznego. To samo można jednak powiedzieć o wrogim dziele Gesta Stephani, wykorzystywanym jako główny materiał oskarżycielski po śmierci króla Henryka. Głębsza analiza zawartych w tej kronice opisów zachowania Matyldy po bitwie pod Lincoln dowodzi, że uwaga o „nieznośnej pysze”, z jaką rzekomo przyjęła klęskę swojego rywala, nie wynikała wcale z chłodnej i obiektywnej obserwacji. „Natychmiast przyjęła pozę nadzwyczajnej arogantki, zamiast zachować skromność, jaka przystoi słabszej płci” – utyskiwał autor Gesta Stephani, pisząc, iż „zaczęła chodzić, mówić i wykonywać wszelkie czynności z jeszcze większą dumą i wyniosłością, niż to wcześniej miała w zwyczaju, i wkrótce w stolicy podległej sobie krainy uznała się za królową całej Anglii i chlubiła się tym tytułem”.
fot.Уинк/ domena publicznaXII-wieczny wizerunek uczty weselnej Matyldy i Henryka
Trudno nie zauważyć, że autor Gesta Stephani popierał Stefana (ostatni król Anglii z dynastii normandzkiej 1135 – 1154, przyp. red CH) , jednak szczególnie uderzający jest fakt, jak bardzo niepokoi go sama myśl o kobiecie dzierżącej władzę, choćby nawet przysługiwało jej do niej prawo. Matylda miała wkrótce przekonać się, co znaczy być królową Anglii (wbrew temu, co twierdził oburzony autor Gesta Stephani, tytułu tego jeszcze nie otrzymała). Miała zostać królową – nie małżonką króla, ale pierwszą w historii samodzielną władczynią. A monarchowie nie noszą się „ze skromnością”. Przeciwnie, zawsze od nich wymagano, aby okazywali wyjątkową władczość i stanowczość. Dokładnie tacy byli ojciec oraz pierwszy mąż Matyldy. Wyraźnie widać to w opisie króla Henryka, który wyszedł spod pióra pełnego podziwu Williama z Malmesbury:
Zazwyczaj jego sądy były arbitralne i niepodważalne. Utrzymywał dyscyplinę wśród ludu bez zbędnej przemocy, a podległych sobie baronów nie narażał na utratę godności […]. Jeśli któryś z ważniejszych panów, zapomniawszy o złożonej przysiędze wierności, zbłądził i okazał się nielojalny, natychmiast napominał winowajcę rozważną radą i starał się, aby buntownik powrócił na właściwą drogę i podporządkował się mu z samej tylko obawy przed surowymi ciosami, jakie mogły mu zostać zadane w odwecie. Nie zliczę wysiłków, jakie nieustannie podejmował wobec takich osób, nie pozostawiając bez kary żadnego występku, popełnionego przez niewiernych wasali, aby nie ucierpiała jego królewska duma i godność.
Przeczytaj także: Długi łuk – tajna broń Anglików
Król, który może być dumny. Kobieta, która musi być skromna
W takich okolicznościach trudno wyobrazić sobie, co Henryk musiałby uczynić, żeby zasłużyć na miano „nieznośnie aroganckiego”. Od poddanych oczekiwano bezwarunkowego posłuszeństwa i karano tych, którzy wyłamywali się spod rozkazów, co było nieodzownym elementem monarszej władzy. Król musiał wierzyć w swój niepodważalny autorytet i kiedy wymagał szacunku od podanych, nie mogło być mowy o żadnej pysze. Jak zatem rządząca państwem Matylda miała dorównać „królewskiej godności” ojca, skoro oczekiwano od niej jedynie „skromności, jaka przystoi słabszej płci”?
fot.Autor nieznany / domena publiczna Stefan, król Anglii
Moglibyśmy uznać, że w czasach pełnych przemocy, podziałów wśród szlachty i ogromnego wzburzenia społecznego, w jakich Matyldzie przyszło walczyć o władzę, powinna postępować ze szczególną ostrożnością, aby nie zniechęcić do siebie tych, których lojalność nie dorównywała jeszcze wierności najbardziej zagorzałych i oddanych jej sprawie sojuszników. Lecz w swoim czasie jej ojciec także musiał walczyć o tron z silnym rywalem. Niemniej obaj – i Henryk, i Stefan, którzy przejęli władzę w równie niesprzyjających okolicznościach – rozumieli, jak ważne jest, aby o słuszności własnych praw przekonać cały kraj. Tego, że korona spoczywa we właściwych rękach, można było dowieść tylko w jeden sposób. Należało działać jak król, czyli z niezachwianą pewnością siebie.
Co więcej, Stefana krytykowano właśnie za brak zdecydowania, który uważano za wadę, a nie zaletę. Niepewność stawiała bowiem pod znakiem zapytania jego zdolności przywódcze. To samo zresztą dotyczyło jego „łagodnego i uprzejmego usposobienia, które sprawiało, że zapominano, iż ma się do czynienia z namaszczonym monarchą” – jak zauważał autor Gesta Stephani – oraz cichego i spokojnego głosu, który był tak słaby, że król musiał wyznaczyć kogoś innego, żeby wezwał wojska do boju i wygłosił mowę zagrzewającą rycerzy do bitwy pod Lincoln.
Prawda była taka, że Matylda znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Musiała szybko udowodnić poddanym, że jest wiarygodnym władcą. Z uwagi na płeć, nie mogła stanąć na czele wojsk idących do walki, jednak teraz miała szansę dowieść, że fakt bycia kobietą i to kobietą samotnie dzierżącą władzę (jej nieobecny w Anglii mąż w ogóle nie liczył się na arenie politycznej), wcale nie ogranicza jej zdolności do sprawowania rządów. Kiedy jednak próbowała naśladować zachowanie i sposób bycia potężnego ojca oraz pierwszego męża – dwóch wielkich władców, o których panowaniu wiedziała najwięcej – poddani zamiast okazać pełne szacunku posłuszeństwo, zaczęli oskarżać ją o „wyniosłość i arogancję”, które wedle ówczesnego mniemania winny być obce kobiecej naturze.
Londyn: pieniądze, doradcy i utrata poparcia
Wynika to jasno z konkretnych zarzutów autora Gesta Stephani na temat zachowania Matyldy w trakcie spotkania, które miało poprzedzić jej triumfalny wjazd do Londynu. Jeśli wierzyć kronikarzowi, już na początku nie okazała szacunku należnego „pierwszym mężom w królestwie”, wśród których znajdował się między innymi jej poplecznik, Henryk, biskup Winchesteru.
[…] nie powstała z szacunkiem, jak powinna to uczynić, gdy skłonili się przed nią, ani też nie zgodziła z tym, o co prosili, lecz wielokrotnie zbywała ich butną odpowiedzią, nie przychylając się do ich opinii. Nie polegała już w owym czasie na ich radach, co należało do jej obowiązków i co im obiecała, lecz podejmowała decyzje we wszystkich sprawach wedle własnej (samo)woli i wedle tego, co sama uznała za stosowne.
Krótko mówiąc, jeśli oddzielimy kwiecisty styl od zasadniczej treści, chodziło o to, że Matylda postępowała niezgodnie z sugestiami doradców. I możemy jedynie zgadywać, co powiedziałby król Henryk na pomysł, że członkowie rady powinni mieć ostatnie słowo w jego rządzie.
fot.PurpleHz / domena publicznaPortret Matyldy z XV wieku na liście darczyńców opactwa St Albans
Po drugie, wezwała najbogatszych obywateli Londynu i poprosiła ich o znaczną kwotę na pokrycie królewskich wydatków. Życzenie to wyraziła „nie delikatnie, lecz głosem nieznoszącym sprzeciwu”, o czym informował z dezaprobatą autor Gesta Stephani. Gdy wymawiający się nędzą mieszczanie błagali o zwolnienie z tego obowiązku, „spojrzała ponuro, zmarszczyła czoło, a gdy jej lico zapłonęło niewymownym gniewem, z twarzy zniknęła cała kobieca łagodność”. Oświadczyła, że Londyńczycy wsparli finansowo sprawę Stefana i „dlatego nie zamierza pod żadnym pozorem oszczędzić ich czy nawet odrobinę obniżyć wymaganej kwoty”. Londyńczycy – przedstawieni tu jako niewiniątka zawstydzone atakiem kobiecej furii – powrócili do domów w posępnych nastrojach.
Oba te incydenty zostały również opisane przez Williama z Malmesbury, lecz w zdecydowanie odmiennej formie. William nie wspomina o tym, aby Matylda miała zwrócić się do mieszkańców Londynu z jakimikolwiek żądaniami finansowymi, wyjaśnia jednak, że Londyńczycy, „którzy zawsze byli podejrzliwi i w głębi serca czuli oburzenie, teraz dali ujście swej nieskrywanej nienawiści” pod jej adresem. Jeśli zaś chodzi o domniemaną wyniosłość wobec doradców, William napomyka o tym przy opisie dyskusji, do jakiej doszło między Matyldą a biskupem Henrykiem. Duchowny, który niedawno przeszedł na jej stronę, liczył skrycie, że kiedy Matylda dojdzie do władzy, będzie mógł nią sterować wedle własnej woli.
Doradzał, by osobiste posiadłości Stefana – zamożne i ważne strategicznie hrabstwa Mortain i Boulogne (wraz z rozległymi ziemiami w hrabstwach Essex i Kent) – przekazać w ręce dwunastoletniego syna Stefana, Eustachego, póki jego ojciec przebywa w niewoli. Co zrozumiałe, Matylda odmówiła, nie chcąc przekazywać takiej władzy w ręce chłopca, niewątpliwie uważającego ją za uzurpatorkę, która pozbawiła go królewskiego dziedzictwa. W odpowiedzi „rozsierdzony jej afrontem” biskup opuścił dwór i natychmiast rozpoczął spiskowanie przeciwko jej władzy.
Z tych jakże odmiennych relacji wynika jednak jasno, że przed Matyldą stały dwa pilne i trudne problemy do rozwiązania. Po pierwsze, musiała ustabilizować relacje z biskupem Henrykiem. Chociaż bez jego poparcia nie zostałaby uznana za „panią Anglików”, jako monarchini nie mogła przystać na przekazanie mu znaczącej kontroli nad polityką państwa. Drugim problemem była postawa Londyńczyków, których interesy ekonomiczne wiązały się ze szlakiem handlowym biegnącym przez Boulogne, co w naturalny sposób wiązało ich ze Stefanem i skłaniało do opowiedzenia się po jego stronie.
Ponadto wcześniej Stefan umacniał sojusz z londyńskimi kupcami poprzez liczne królewskie przywileje i nadania. Jednak z chwilą, gdy Matylda odważyła się rozwiązać powyższe kwestie w sposób, który w przypadku jej ojca uznano by za przejaw iście królewskiej siły, została oskarżona o arogancję, jaka nie przystoi płci niewieściej. Oczywiście, nie oznacza to wcale, że podejmowane przez nią decyzje czy prezentowana postawa były słuszne i nie można ich w ogóle krytykować. Możemy sobie wyobrazić, że córka potężnego króla Henryka, kobieta wychowana w przepychu cesarskiego dworu, po raz pierwszy dzierżąca samodzielnie władzę, jaką – w jej przekonaniu – niesłusznie jej niegdyś odebrano, raczej nie grzeszyła delikatnością w relacjach z dawnymi przeciwnikami. Jednocześnie, nawet z późniejszej perspektywy, nie jest łatwo jednoznacznie stwierdzić, czy w ówczesnej sytuacji lepsza była konfrontacja czy polityka kompromisu wobec tych poddanych, których deklarowana wierność wydawała się co najwyżej powierzchowna.
Nieco bardziej zdecydowanie możemy natomiast odrzucić sugestię, jakoby „po raz pierwszy ujawniła się u niej cecha charakteru, która dotąd nie była widoczna, a teraz miała stać się jej główną przywarą”. Władzy Matyldy nie zaszkodziła żadna osobista i nieznana wcześniej przywara, która rzekomo teraz doszła do głosu. Początkująca władczyni musiała jakoś pogodzić sprzeczności pozornie nie do pogodzenia, wynikające z roli monarchy i faktu bycia niewiastą.
Czy inna kobieta w takim położeniu potrafiłaby zachować pewność siebie i równowagę? Wydaje się to mało prawdopodobne. Tymczasem w Westminsterze trwały przygotowania do koronacji, która – w odczuciu Matyldy – miała z pani Anglików uczynić panującą królową. Zarazem jednak musiała zmierzyć się z oporem i wrogością. Postawy te podsycały działania wroga, który potrafił wykazać, że gdy chodzi o władzę kobiety, liczy się przede wszystkim kontekst. Stefan, przebywający w więziennej celi w bristolskim zamku, niewiele mógł uczynić, by przekonać wciąż wahających się wasali do podjęcia ostatecznej decyzji. Wielu z nich bowiem nie miało pewności, czy powinni zaakceptować zwycięstwo Matyldy.
fot.Gb4dot.svg / domena publicznaMapa polityczna Walii i południowej Anglii w 1140 r.; obszary pod kontrolą Matyldy (niebieski); Stefana (czerwony);
Pojęcie o jego dobrotliwości daje choćby sytuacja, jaka miała miejsce podczas odwiedzin arcybiskupa Canterbury, wytrawnego pragmatyka w sferze polityki. Kiedy duchowny stwierdził, że nie może uznać władzy Matyldy „bez konsultacji z królem”, gdyż byłoby to „niestosowne dla jego reputacji i pozycji”, Stefan dał mu „uprzejme pozwolenie, by zmieniał zdanie tak często, jak wymagają tego czasy”. Jednak społeczeństwo nie zapominało o prawach Stefana, a to za sprawą jego małżonki, Matyldy z Boulogne, kobiety pod każdym względem dorównującej siłą charakteru jej imienniczce. Działając w imieniu uwięzionego małżonka, hrabina była jednak wolna od wszelkiej krytyki.
Dwie Matyldy: uzurpatorka i orędowniczka
Matylda z Boulogne rozpoczęła od przyjęcia klasycznej postawy królewskiej małżonki „orędowniczki”, błagającej członków rady biskupa Henryka zgromadzonych w Winchesterze, by nie uznawali słuszności roszczeń Matyldy, a gdy to nie przyniosło skutku, napisała do samej królowej z prośbą o „uwolnienie jej męża z plugawego lochu”. Gdy okazało się, że subtelne prośby i błagania prowadzą donikąd, nie zawahała się przed wypowiedzeniem wojny, a jej śmiałe działania spotkały się nie z krytyką, lecz z aprobatą.
Skarciwszy Matyldę za porzucenie „skromności postawy, jaka przystoi słabszej płci”, autor Gesta Stephani prawie natychmiast zaczął wychwalać pod niebiosa małżonkę Stefana, która „zapominając o słabości typowej dla jej płci i o kobiecej łagodności […] poczynała sobie walecznie niczym mężczyzna”, o czym wspomina z jawnym podziwem. W tych okolicznościach Matyldzie można wybaczyć narzekanie na podwójne standardy, zgodnie z którymi określano ją mianem nieludzkiej hetery, a jej przeciwniczkę okrzyknięto wzorem cnót godnych Amazonki.
Strategia Matyldy z Boulogne opierała się na brutalnej konfrontacji. Na początek zgromadziła flamandzkich najemników męża pod rozkazami zdolnego dowódcy, Williama z Ypres. Wymaszerowali oni z jej posiadłości w hrabstwie Kent i stanęli na południowym brzegu Tamizy, jedynej przeszkody oddzielającej ich od murów Londynu i rezydencji Matyldy w pałacu w Westminsterze, położonym o półtorej mili (ok. 2,4 km) na zachód od stolicy. Tam małżonka Stefana nakazała „wspaniałemu zgromadzeniu wojsk”, by „z największą furią uderzyło na miasto, plądrując i paląc, siejąc mieczem przemoc i zgrozę”. Londyńczycy z przerażeniem spoglądali, donosił z nieco sztucznym nadęciem autor Gesta Stephani, jak „kraj na ich oczach zostaje rozdarty przez wroga, zmieniając się w siedlisko jeżów”.
Matylda z Boulogne aktem zdecydowanej agresji chciała dowieść, że przyszła królowa nie jest w stanie obronić stolicy kraju przed grabieżami wrogiej armii. W rezultacie triumf przeciwniczki okazał się iluzoryczny i nietrwały. To z kolei utwierdziło londyńczyków w przekonaniu, że nie warto opuszczać króla Stefana. Znów przypomnieli sobie o wspólnych interesach – to przecież król kontrolował tereny, przez które biegł ważny dla nich szlak handlowy; przypomnieli sobie także złożone przezeń obietnice przywilejów i niezależności samorządu.
Kiedy Matylda koncentrowała się na planowanej koronacji jako decydującym akcie, dzięki któremu zostanie w końcu namaszczonym władcą Anglii, mieszkańcy stolicy potajemnie słali posłów do małżonki króla Stefana. 24 czerwca 1141 roku, gdy Matylda zasiadała do bankietu wydanego z okazji jej planowanego uroczystego wjazdu do Londynu, rozległ się ogłuszający dźwięk dzwonów bijących we wszystkich kościołach miasta, otwarto zachodnie bramy stolicy, a tysiące uzbrojonych Londyńczyków wyległo na pola, biegnąc w kierunku Westminsteru.
Zaskoczeni goście, Matylda i jej dworzanie ruszyli konno na zachód, szukając schronienia w należącym do niej zamku w Oksfordzie, podczas gdy tłuszcza wdarła się do jej siedziby i stratowała niezjedzone wykwintne dania. Tak oto Matylda utraciła stolicę Anglii, a wraz z nią szansę na koronację.
W opinii autora Gesta Stephani można było odnieść wrażenie, że zwolennicy Stefana „pławili się w świetle nowego poranka”. Wśród nich był Henryk, biskup Winchesteru, który zaledwie dwa miesiące wcześniej ogłosił Matyldę panią Anglików i „przeklął wszystkich, którzy przeklinali ją, błogosławił tych, którzy błogosławili jej, ekskomunikował tych, którzy byli przeciwko niej, a rozgrzeszył tych, którzy ją popierali”. Teraz zaś, opuściwszy jej dwór i powróciwszy do biskupiej rezydencji w Winchesterze, niezwłocznie cofnął tę klątwę i wobec każdego, kto chciał słuchać, skarżył się na haniebne i impertynenckie zachowanie Matyldy, która „chciała go aresztować i zlekceważyła wszystko, co wcześniej przyrzekła uczynić.
Wszyscy baronowie Anglii dotrzymali jej wierności, ale ona nie dochowała wierności im, niezdolna okazać powściągliwości w radości z tego, co uzyskała”. Jak się okazało, do zmiany stanowiska przekonała biskupa Matylda z Boulogne, małżonka Stefana, która również odegrała ważną rolę w podburzeniu Londyńczyków do buntu. Jednak w kontaktach z biskupem, zamiast wizerunku Amazonki-mścicielki, przezornie przyjęła maskę pokornej błagalnicy, czym połechtała jego ego. (Jak wyjaśnia z namaszczeniem autor Gesta Stephani, biskupa Henryka wielce poruszyły „łzawe suplikacje niewiasty”).
Przeczytaj także: Oblężenie Calais (1346–47)
Utracona stolica i wojna o Winchester
Matylda wkrótce dowiedziała się o zdradzie biskupa, a gdy już przegrupowała swe siły, rozproszone po chaotycznej ucieczce z Londynu, ruszyła na czele wojsk na Winchester. Zamierzała przejąć miasto wraz ze skarbcem i zażądać od Henryka, by stawił się przed nią i wytłumaczył ze swego postępowania. Biskupowi jednak udało się wymknąć ze swego pałacu na południowym wschodzie miasta dokładnie w chwili, gdy Matylda wkraczała do królewskiego zamku na zachodzie. Armia, prowadzona przez jej brata, Roberta z Gloucester, oraz jej najwierniejszych sojuszników, Milesa z Gloucester i Briena Fitzcounta, musiała zadowolić się oblężeniem garnizonu pozostawionego przez biskupa. Rycerze, którzy rozlokowali się w obrębie miasta, szykując się na długotrwałą blokadę, nie mieli pojęcia, że Henryk zdążył już zwrócić się o pomoc do Matyldy z Boulogne i że William z Ypres oraz jego najemnicy dokładnie w tym samym momencie zmierzali w stronę miasta i wkrótce mieli je okrążyć.
Powtarzała się sytuacja z Lincoln: możny pan wymknął się z oblężonego miasta i wezwał armię, która miała oblegać wojska najeźdźcy. Lecz tym razem role się odwróciły. Teraz to oddziały Matyldy, które próbowały zdobyć niewielki garnizon wewnątrz fortecy, zostały zaskoczone nagłym przybyciem wroga. Po tym, jak ludzie biskupa Henryka zarzucili ulice płonącymi głowniami, miasto stanęło w płomieniach. Jednocześnie William z Ypres coraz bardziej zacieśniał pierścień wokół przylegających do Winchesteru wiosek. W miarę jak narastała przemoc, najważniejszą kwestią stało się zapewnienie Matyldzie bezpieczeństwa.
W niedzielę 14 września Robert i Miles z Gloucester ruszyli z ostatnią szarżą, próbując przedrzeć się przez zasieki wroga. Chcieli odwrócić jego uwagę i dać Matyldzie czas na ucieczkę. Fortel się udał – Matylda zbiegła do Devizes, położonego 40 mil (ok. 64 km) na północny wschód. Ubrana po męsku, w towarzystwie oddanego Briena Fitzcounta, mogła pędzić na koniu znacznie szybciej. Po dwóch dniach nieustannej jazdy w siodle była tak wyczerpana, że ostatnią część drogi do Gloucester spędziła w lektyce rozwieszonej między dwoma końmi („niczym zwłoki” – jak zauważył jeden z kronikarzy, co później przyczyniło się do powstania plotek, jakoby wywieziono ją z Winchesteru w trumnie).
Jej ucieczka została okupiona ogromną stratą. Niedługo po tym, jak schroniła się w swej niezdobytej twierdzy, pod bramy zamku dotarł także Miles z Gloucester, już nie dumny kasztelan, ale samotny zbieg, wyczerpany i na wpół nagi, bo w czasie ucieczki porzucił własną zbroję. W dodatku przynosił złe wieści. Brat Matyldy, Robert, który zbyt długo zwlekał z ucieczką, został otoczony i pojmany. Wraz z jego uwięzieniem odchodziły w niebyt ostatnie echa triumfu Matyldy pod Lincoln. Ze względu na ludzi, którymi dowodził, i ziemie, nad którymi sprawował kontrolę, Robert był najważniejszym sojusznikiem w walce o jej sprawę. Teraz jego wolność można było kupić tylko w jeden, niezwykle kosztowny sposób – oddając Stefana, który wciąż przebywał w lochach bristolskiego zamku.
Wymianę więźniów poprzedziły skomplikowane układy i negocjacje. Stefana uwolniono po przyjeździe do Bristolu jego żony, Matyldy z Boulogne, i młodszego syna, Wilhelma, którzy mieli pozostać w zamku, gwarantując bezpieczeństwo earla Roberta. Dwa dni później, gdy Stefan wjechał do Winchesteru, serdecznie witany przez swych zwolenników, earl Robert wyruszył w przeciwnym kierunku, zostawiając w mieście własnego syna, gwarantując z kolei bezpieczeństwo królowej.
Kiedy szczęśliwie dotarł do fortecy w Bristolu, Matyldzie z Boulogne pozwolono powrócić z synem do Stefana, a po ich powrocie uwolniono z kolei syna Roberta. Wraz z zakończeniem owego dyplomatycznego tańca, odbywającego się wzdłuż drogi między Bristolem a Winchesterem, przeciwne obozy ponownie zajęły te same pozycje, co osiem miesięcy wcześniej, a biskup Henryk zwołał posiedzenie rady Kościoła, by pośpiesznie zatwierdzić zmianę swojego stanowiska („twierdząc, że przyjął cesarzową nie z własnej woli, lecz pod przymusem […] jednak Bóg w swej łaskawości nadał wypadkom bieg odmienny od jej oczekiwań, tak by on sam mógł uniknąć zguby i uratować brata z niewoli […]”). Można było odnieść wrażenie, że chwila triumfu Matyldy nigdy się nie zdarzyła.
Dlaczego Matylda przegrała, choć miała rację
Jednak nie do końca jest to prawdą. Dramatyczne zwroty akcji, jakie nastąpiły między lutym a listopadem 1141 roku, pozostawiły trwałe blizny na politycznym pejzażu królestwa, chociaż ich tragiczne skutki ujawniły się dopiero po czasie. Kiedy bowiem zwolennicy Stefana zajęci byli w Anglii targami o jego wolność, po drugiej stronie kanału mąż Matyldy, Godfryd Andegaweński, wykorzystał okazję i zaczął zajmować kolejne ziemie w Normandii. Ostatecznie zyskał tak silną władzę nad księstwem, że wielu magnatów, których ziemie leżały głównie po normandzkiej stronie kanału, doszło do wniosku, że nie pozostaje im nic innego, jak tylko uznać jego zwierzchnictwo.
Najbardziej dobitnym potwierdzeniem nagłej potęgi Godfryda stała się ucieczka z obozu Stefana królewskiego faworyta, Walerana z Meulan. Choć podczas oblężenia Lincoln walczył on w królewskiej armii, zaledwie pół roku później zawarł pokój z Godfrydem w Normandii. Od tej pory Waleran i jego brat bliźniak, Robert z Leicester, będą prowadzić wyrafinowaną grę w celu zabezpieczenia rodzinnych ziem po obu stronach kanału: Waleran w Normandii z mężem Matyldy, a Robert w Anglii ze Stefanem; przy czym bracia, teoretycznie walczący po przeciwnych stronach, będą starali się wszelkimi sposobami zabezpieczyć wspólne interesy rodu. Dlatego też, mimo ponownego dojścia Stefana do władzy w Anglii, stało się jasne, że jeśli nie zdoła on powstrzymać przemarszu Godfryda przez Normandię, ostateczne zwycięstwo wymknie mu się z rąk.
fot.Eric Gaba / CC BY-SA 3.0Inwazja Gotfryda z Andegawenii na Normandię, 1142–1143
Matylda tymczasem odkryła, jak głęboki opór napotyka koncepcja samodzielnych rządów sprawowanych przez kobietę. Magnaci mogli zaakceptować fakt, że korona spoczywa tymczasowo na niewieściej głowie, nim przejmie ją prawowity król, jednak nie potrafili pogodzić się z sytuacją, gdy dzierży ona władzę jako niezależna monarchini. W obliczu militarnych sukcesów jej męża wiadomo było, że Stefan uczyni wszystko, by roszczenia Matyldy uznano za całkowicie bezzasadne. Z drugiej strony, nie miała szans na ostateczne zwycięstwo, jeśli nie potrafiła wyegzekwować najważniejszego argumentu swych roszczeń, czyli prawa do samodzielnych rządów.
Przez krótki okres nawet nie starano się zbadać, jaki będzie wynik patowej sytuacji w królestwie, ponieważ obie strony konfliktu starały się manewrować w taki sposób, aby umocnić własną pozycję na dotychczasowym, znanym obszarze. Stefan wyruszył na kolejną wyprawę po swoim królestwie, jednak w maju musiał pozostać w Northampton z powodu poważnej choroby. Wykorzystując moment spokoju, Matylda wysłała brata, earla Roberta, do Normandii, by zwrócił się o pomoc wojskową do jej męża. Godfryd, którego głównym celem było zdobycie władzy w Normandii, a nie wspieranie żony w walkach o tron w dalekiej Anglii, uznał obecność Roberta – skądinąd doświadczonego dowódcy – za przydatną na miejscu, dlatego zwlekał z wydaniem zgody na jego powrót do Anglii.
Tekst jest fragmentem książki Wilczyce. Królowe, które rządziły Anglią przed Elżbietą I, Helen Castor, Wydawnictwo Znak Horyzont, 2026
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.