Owinięto go w płótna nasączone woskiem, rzucono na wielki stos i podpalono niczym pochodnię. Tak skończył kasztelan Bolesta, człowiek, który zlecił zabójstwo biskupa płockiego Wernera. Kara była tak okrutna i bezprecedensowa, że polskie prawo wcześniej takiej nie znało. Skazańca palono żywcem na oczach tłumu, a jego krzyki słychać było z daleka.
Zbrodnia wychodzi na jaw
W lutym 1170 roku zginął zamordowany we śnie biskup płocki Werner, jeden z najważniejszych hierarchów doby rozbicia dzielnicowego i zaufany człowiek księcia Bolesława Kędzierzawego. Mordu dokonał Benesz, nasłany przez własnego brata, kasztelana wiskiego Bolestę, który nie mógł pogodzić się z przegranym procesem o wieś Karsko.
Bolesta cieszył się z dokonanej zbrodni bardzo krótko. Szybko bowiem wyszło na jaw, że to właśnie on stał za zabójstwem biskupa, szczerze opłakiwanego nad Wisłą. Tajemnica nie miała szans przetrwać, zwłaszcza że mordu nie dało się ukryć, a ocalały świadek mógł wskazać sprawców.
Sprawą zajął się osobiście Bolesław Kędzierzawy, który rządził Mazowszem jako dzielnicą dziedziczną i bardzo cenił sobie zamordowanego Wernera. Princeps nie zamierzał pozwolić, by zbrodnia uszła płazem. Z jego rozkazu wysłano do Wizny zbrojnych, którzy mieli pojmać zleceniodawcę i wtrącić go do lochu.
fot.Jan Matejko – Biblioteka Narodowa / domena publicznaRysunek Jana Matejki z cyklu Poczet królów i książąt polskich
Zadanie wykonano sprawnie i bez trudności. Źródła nie wspominają, by kasztelan stawiał opór piastowskim siłom czy próbował uciekać. Inaczej potoczyły się losy faktycznego zabójcy.
Beneszowi udało się wymknąć sprawiedliwości i zbiec najprawdopodobniej do Prus, gdzie wszelki słuch o nim zaginął. Nie wiemy, jak potoczyło się jego dalsze życie ani kiedy zmarł. Pewne jest tylko to, że uniknął kary, a całą odpowiedzialność miał ponieść jego brat.
Sąd całego episkopatu
Bolesta nie miał tyle szczęścia co Benesz. Nad kasztelanem zbierały się coraz ciemniejsze chmury. Przewieziono go do Gniezna, gdzie pozwano przed sąd zwołany osobiście przez Bolesława Kędzierzawego. Ranga tego trybunału była wyjątkowa, bo w rozprawie wziął udział niemal cały ówczesny polski episkopat.
Obecność tak wielu dostojników kościelnych nie była przypadkowa. Ofiarą zbrodni padł przecież biskup, a duchowieństwo chciało dać jasny sygnał, że morderstwo hierarchy nie pozostanie bez surowej odpowiedzi. W tych okolicznościach wyrok mógł być tylko jeden, czyli kara śmierci.
fot. Tadeusz Gajl – projekt graficzny /CC BY-SA 3.0 Herb rodu Jastrzębiec z którego pochodził Bolesta
Sposób jej wykonania okazał się jednak czymś bezprecedensowym. Uradzono, by oskarżonego spalić w miejscu publicznym, czego do tej pory raczej nie praktykowano w rodzimym prawodawstwie. W zachowanych przekazach pisanych nie ma wzmianek o wcześniejszym stosowaniu takiej kary, co czyni egzekucję Bolesty pierwszym tego typu wyrokiem w dziejach Polski.
Płonąca pochodnia
Nie poprzestano na zwykłym spaleniu kasztelana. Egzekucję przeprowadzono w sposób szczególnie okrutny i widowiskowy.
Bolestę owinięto w płachty nasączone woskiem, a następnie rzucono na ułożony wcześniej ogromny stos drewna. W odpowiednim momencie stos podpalono. Nasączone woskiem płótna sprawiły, że skazaniec spłonął niczym pochodnia. Bolesta najpewniej do końca nie mógł pogodzić się z tym, co go spotkało.
Niewykluczone, że jego ostatnie słowa były przekleństwami rzucanymi w stronę Kędzierzawego i jego ludzi. Krzyki i jęki konającego, słyszane nawet z daleka, z czasem ucichły.
Całą kaźń obserwowali okoliczni mieszkańcy oraz rycerze samego Bolesty. Płonący na oczach tłumu kasztelan miał stać się żywym, makabrycznym przykładem dla wszystkich, którzy ośmieliliby się podnieść rękę na ludzi bliskich władcy.
Kara, która zdumiewa do dziś
Surowość wyroku wydanego na Bolestę zastanawia historyków do dnia dzisiejszego. Część z nich uważa, że kara była nieadekwatna do popełnionej zbrodni. Owszem, kasztelan zlecił morderstwo biskupa, lecz sam nie zadał śmiertelnego ciosu, a za podobne czyny nie palono dotąd nikogo żywcem.
Co więcej, faktyczny zabójca Benesz zdołał zbiec i uniknął jakiejkolwiek kary. Cała odpowiedzialność spadła więc na zleceniodawcę, który zapłacił za obu.
fot.Ilustracja wygenerowana przy użyciu sztucznej inteligencji.Egzekucja kasztelana Bolesty, skazanego na spalenie żywcem za zlecenie zabójstwa biskupa płockiego Wernera.
Jan Długosz napisał wprawdzie później, że Benesza w trzy dni po zabójstwie pochłonęła ziemia, lecz informację tę dziejopis zaczerpnął z legendy, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.
Dlaczego więc Kędzierzawy zdecydował się na karę tak okrutną i bezprecedensową? Gdyby chodziło wyłącznie o ukaranie mordercy biskupa, najpewniej wystarczyłby miecz kata.
Wybór egzekucji tak spektakularnej sugeruje, że za surowością wyroku kryło się coś więcej niż tylko wymierzenie sprawiedliwości. Bo Bolesta, jak się okazuje, był dla księcia kimś znacznie groźniejszym niż tylko zwykłym zabójcą duchownego.
Źródło
Niniejszy tekst stanowi fragment najnowszej książki dr Mariusza Sampa „Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii”, wydanej nakładem wydawnictwa ZNAK (Kraków 2026).
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.