Istoty te trwają na pograniczu życia i śmierci. Niektóre gnają przed siebie z obłędem w oczach, szukając krotochwili lub… zemsty. Inne dążą do odkupienia. Budzą dom skrzypieniem podłóg i nawiedzają tych, którym wyrządziły krzywdę za życia, by móc ją naprawić. Istnieją także byty trwające w okowach czasu i przestrzeni, by wypełniać powierzone im rozmaite misje.
HELHEST (KOŃ ŚMIERCI)
Na nowo zakładanych duńskich cmentarzach, zanim pochowano pierwszych ludzi, zakopywano żywcem konia. Dziś w takich miejscach słychać czasem głuche dudnienie kopyt – to helhest, koń śmierci, daje o sobie znać. Z daleka przypomina zwykłego siwka, ale przy bliższym spojrzeniu widać, że brakuje mu jednej nogi, a czasem i głowy. Kiedy ma głowę, z pustych oczodołów bije światło, a z paszczy bucha ogień. Niekiedy odpadają mu inne fragmenty ciała. Helhest nie zawsze ma związek z cmentarzem. Także przy budowie kościelnej wieży zakopywano w jej fundamentach żywcem rocznego konia, najlepiej białego, by wzmocnić konstrukcję. Duch zwierzęcia powraca, by strzec świątyni, z którą został związany. Odstrasza trolle i wszelkie inne plugastwo, które mogłoby zburzyć Boży przybytek.
Najpierw dostrzegają go zwierzęta – wyczuwające szybciej niż ludzie nadciągającą zarazę. Człowiek, któremu przyjdzie zobaczyć helhesta, może być pewien, że wkrótce w oczy zajrzy mu śmierć. Omen może dotyczyć jego samego, bliskiej mu osoby albo całej okolicy, którą nawiedzi epidemia. Koń śmierci jest od wieków posłańcem chorób i zwiastunem nieszczęść, a zarazem przewoźnikiem między światem żywych a krainą zmarłych.
fot.Tsaag Valren – Praca własna / CC BY-SA 3.0Artystyczne przedstawienie Helhestu.
Nie jest jednak całkiem nieubłagany. Mówi się, że można go przepędzić lub „wykupić się”, ofiarowując mu owies. Postać konia śmierci budzi skojarzenia z boginią świata umarłych Hel – w końcu to na podobnym koniu dusze miały być wiezione do jej świata.
KIRKELAM (TRUPI BARANEK)
Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwyczajna duża owca. Ale czy normalna owca ma trzy nogi i tak długą śnieżnobiałą wełnę, że ciągnie nią po ziemi? Kirkelam, czyli trupi baranek, to upiór i omen śmierci, który pojawia się wtedy, gdy człowiek powinien zacząć porządkować swoje sprawy.
Na co dzień baranek mieszka w kościele. Ukrywa się na strychu, w wieży, w ciemnych zakamarkach nad sklepieniem albo w krypcie. Tam, według starego zwyczaju, na Boże Narodzenie trzeba mu wysypać świeżą słomę – nawet upiór barani nie lubi twardej posadzki. Kto zaniedba ten obowiązek, może liczyć na osobistą wizytę upiora w najmniej oczekiwanej chwili. Kirkelam ukazuje się rzadko, ale nigdy bez powodu. Biegnie przed dom, w którym mieszka człowiek mający niebawem umrzeć, i wykonuje upiorny taniec.
Potrafi też położyć się u stóp śpiącego – znak to jednoznaczny: czas spisać testament i pojednać się z ludźmi. Zdarza się, że objawia się rodzinie chorego, lecz przeważnie widzi go sam zainteresowany, by nikt nie miał złudzeń co do nieuchronności losu. Według dawnych podań baranek ten powstał z żywego zwierzęcia zakopanego pod fundamentami kościoła, by budowla zyskała siłę i trwałość.
W Simmerbolle na suficie kościoła znaleziono wysuszoną baranią nogę, w Tullebolle – dwie nogi baranka i kończynę byka. Być może to pozostałości takich makabrycznych praktyk? Niedowiarkowie twierdzą, że kirkelam to tylko legenda zainspirowana chrześcijańską symboliką Baranka Bożego. Zwyczajne płaskorzeźby rozbudziły ludzką wyobraźnię. Tymi głosami nie będziemy się tu jednak zajmować. Trupi baranek nie jest bynajmniej bezmyślnym straszakiem. Jego wizyta to w istocie akt łaski: lepiej wiedzieć, że śmierć stoi już u progu, niż odejść bez uporządkowania ziemskich i niebieskich rachunków. A że zwiastunem jest przybysz w owczej skórze? W Danii i Szwecji mawiano, że łatwiej pogodzić się z własnym końcem, kiedy zwiastuje go baranek, niż gdyby przyjść po ciebie miała naga koścista starucha z kosą.
NATTERAVNEN (NOCNY MAREK)
Nocny marek to jeden z najbardziej złowrogich upiorów Północy. Dawne wierzenia mówią, że jest duchem samobójcy lub człowieka wyjątkowo złego, zaklętym po śmierci w ciało ptaka i skazanym na nieustanny lot po nocnym niebie. Ukazuje się jako duży czarny ptak, przypominający kruka lub lelka. Lata wyłącznie nocą, zawsze z zachodu na wschód, nigdy nie zbliżając się do ziemi bardziej niż na wysokość jarzma niesionego przez wołu. Najczęściej pojawia się w czasie wielkich świąt, zwiastując nieszczęście lub śmierć.
Jego głos jest nie do podrobienia. Jedni opisują go jako chrapanie albo charczenie, inni jako skrzypienie nienasmarowanego koła wozu. Dźwięk ten niesie się po nocy, a kto spróbuje go naśladować, ryzykuje chorobą lub obłędem. Nocny marek ma wielki dziób i dziurę w jednym skrzydle – ślad po palu, którym przebito ciało zmarłego, by utrzymać je w ziemi. Przebicie ciała było częścią rytuału zamiany zmarłego w ptaka.

Ilustracja poglądowa. Wygenerowana przy pomocy AI
Czynił to duchowny lub guślarz, by zapobiec powrotowi nieboszczyka jako groźnego upiora. Przebity kołkiem nieboszczyk i tak powstawał jako upiór, ale dopiero po trzydziestu latach – już nie po to, by dręczyć ludzi, lecz by odprawić pokutę.
Według podań jego główną pokutą jest pielgrzymka do Grobu Świętego w Jerozolimie. Podróż tę można odbywać tylko nocą, a spokój osiąga się dopiero po dotarciu do celu. Niektórzy twierdzili, że zamiast pielgrzymki można wypełnić inne zadania pokutne, aby uwolnić się od klątwy i dostąpić zbawienia.
Spotkanie z nocnym markiem jest niebezpieczne. Uderzenie jego skrzydeł potrafi zwalić człowieka z nóg. Ryzykowne jest także spoglądanie przez otwór w skrzydle. Nigdy nie wiadomo, czy widok ten przyniesie bogactwo i dar jasnowidzenia, czy raczej chorobę albo śmierć. Ci, którym się poszczęściło, twierdzą, że warto było zaryzykować. Głosów tych, którym się nie powiodło, już nie usłyszymy.
W południowej Smalandii nocnego marka utożsamiano z nieumarłym powstającym wtedy, gdy nieochrzczone dziecko zmarło i zostało pochowane w niepoświęconej ziemi. Upiór miał ukazywać się pod postacią kruka wydającego przeraźliwe dźwięki.
Niektórzy badacze, jak Gunnar Olof Hyltén-Cavallius, sądzą, że tajemnicze odgłosy przypisywane nocnemu markowi mogą w rzeczywistości wydawać słonki lub bekasy – a to ludowa wyobraźnia nadała im upiorny wizerunek. Z drugiej strony w wierzeniach słowiańskich lelka kozodoja także postrzegano jako ptaka sprowadzającego dusze z Wyraju lub wręcz ich zoomorficzne wcielenie. Może więc, wbrew sceptykom, w tym ludowym „bajdurzeniu” kryje się coś więcej niż tylko strach przed nieznanym?
OSKOREI (DZIKI GON)
Złoczyńcy, samobójcy, zdrajcy, opuchnięte moczymordy, niegodziwi wojownicy – czasem z głową na karku, czasem z głową pod pachą – wszyscy, którzy nie zasłużyli ani na niebo, ani na piekło, ciągną w nordyckim Dzikim Gonie. Na ich czele pędzi demoniczna Lussi.
Ta dzika zgraja, pozbawiona honoru i litości, nadgryziona zębem czasu, przelatuje nad domami w okresie Bożego Narodzenia. Galopuje na koniach plujących
ogniem, przy wtórze grzmotów. Szczególnie należy spodziewać się jej w Noc Lussi – 13 grudnia. Czasami pojawia się również w niedzielne dni lata, gdy ktoś łamie trzecie przykazanie i zamiast „święcić dzień święty”, hałasuje pracą. Gdy o poranku z sąsiedniego podwórza rozlegnie się ryk kosiarki – można się spodziewać, że niedługo zrobi się jeszcze głośniej.
Dziki Gon słychać już z daleka, na długo przed tym, zanim go zobaczymy: świst, wrzaski, awantury i nieludzki tumult zapowiadają nadlatującą bandę. Oskorei szybuje nad okolicą, wypatrując miejsca, gdzie można zsiąść z koni i urządzić sobie biesiadę. Wizyta tej czeredy nigdy nie wróży nic dobrego. Pożarte zostają zapasy, opróżnione wszystkie beczki z piwem. Na ten ponury sejmik zjeżdżają upiory i umarlaki z całej okolicy, by odprawić szaleńczy taniec śmierci – w istocie gigantyczną, makabryczną pijatykę.
fot.Peter Nicolai Arbo – Nasjonalmuseet / domena publicznaPeter Nicolai Arbo: Åsgårdsreien (1872)
Pojawienie się Dzikiego Gonu niesie także inne zagrożenia. Ta złowroga banda ma „nosa” do nadciągających tragedii – szybko wyczuwa miejsca przyszłych mordów, pożarów i innych nieszczęść. Gdy nad jednym miejscem zaczynają krążyć chmary wron, lepiej się stamtąd cicho oddalić. To Oskorei pod postacią ptaków – zwiastun wszelkich tragedii. Bezpieczny jest tylko ten, kto w porę zamknie się w domu. Najlepszą ochroną przed wtargnięciem Dzikiego Gonu pozostaje znak krzyża – wymalowany na drzwiach, oknach i… beczkach z piwem, gwarantuje domownikom spokojne święta. Warto zabezpieczyć zwierzęta: rozwieszanie żelaznych narzędzi nad zagrodą i wbicie siekiery nad drzwiami stajni także sprawdza się wyśmienicie. A należy pamiętać, że konie narażone są na porwanie najbardziej ze wszystkich zwierząt. Zmuszone przez upiornych jeźdźców do morderczego biegu lub lotu, znajdują się później w strasznym stanie, wycieńczone i drżące, wiele mil od swojego gospodarstwa. Jeszcze gorzej bywa z ludźmi: porwani mogą zostać zrzuceni z wysoka lub przeniesieni w nieznane. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taki upadek kończy się zazwyczaj śmiercią. Dziki Gon nie oszczędza nikogo – porywa dorosłych, starców, dzieci, a nawet niemowlęta. Dlatego kołyska również powinna być „uzbrojona” w stal i znak krzyża.
Istnieje jeszcze jeden sposób obrony: położyć się na wznak ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Kto zdąży przyjąć tę pozycję, może ocalić się przed porwaniem. Oskorei ma liczne warianty. W wersji mitologicznej na jego czele stoi Odyn. W wersjach bardziej baśniowych orszak upiorów bywa zastąpiony przez rozbawioną gromadę podziemków, skrzatów i ukrytych ludzi z huldrą na czele.
Tekst jest fragmentem książki Bestiariusz nordycki autorstwa Natalii Mazur-Rodak, wydanej nakładem Wydawnictwa BoSz, 2026
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.