Spał do późna, czytał prasę w łóżku, a potem godzinami zajmował się ukochaną suką Blondi. W książce Wilczy Szaniec Felix Bohr odtwarza codzienną rutynę Hitlera i pokazuje, jak w odizolowanej kwaterze na Mazurach prywatne nawyki dyktatora wpływały na funkcjonowanie całego państwa.
Dni w Wilczym Szańcu były z reguły drobiazgowo zaplanowane i zrytualizowane. Zdarzały się doraźne odstępstwa, na przykład gdy Hitler wyruszał do Berlina albo gdy przyjeżdżali z wizytą goście. Na ogół jednak dyktator wstawał około godziny jedenastej. Jego kamerdyner Heinz Linge budził go ustalonym sygnałem, pukając w zamknięte od środka drzwi i mówiąc: „Dzień dobry, mein Führer. Jest godzina jedenasta. Nowe gazety i depesze leżą przy drzwiach”. Hitler zabierał je do przeczytania do łóżka, obok którego stał wózek na herbatę, na nim zaś leżały okulary i kredki do podkreślania. Poranna lektura prasy nieraz miała bezpośrednie przełożenie na los mieszkańców Rzeszy, jak pokazano na przykładzie arbitralnych ingerencji w procesy sądowe.
Wszechmoc dyktatora przejawiała się również w błahostkach. Któregoś ranka leżał w łóżku w Wilczym Szańcu i w „Berliner Morgenpost” przeczytał artykuł pod tytułem „Koniec z »trzepoczącą myszą«!”. Otóż Niemieckie Towarzystwo Badań nad Ssakami postanowiło zmienić nazwę nietoperza z Fledermaus na samo Fleder, gdyż zwierzę w rzeczywistości nie jest myszą. Hitlera tak to wzburzyło, że Bormann niezwłocznie napisał w jego imieniu list do Lammersa, szefa Kancelarii Rzeszy: „Führer nakazał, by osobom odpowiedzialnym zakomunikowano dostatecznie jasno i wyraźnie, że należy natychmiast uchylić zmianę terminologii. Jeśli członkowie Towarzystwa Badań nad Ssakami nie mają w czasie wojny ważniejszych zadań i nic mądrzejszego do roboty, można rozważyć wysłanie ich na dłuższy czas do batalionów budowlanych na froncie wschodnim”. Tym samym sprawa została rozstrzygnięta. Już niebawem „Zoologischer Anzeiger” donosił, że „na skutek zarządzenia Führera nazwy, które od dawna zadomowiły się w języku, nie podlegają zmianom”.
fot.Dennis Nilsson / CC BY 3.0Lokalizacja Wilczego Szańca na tle innych kwater Hitlera (FHQ)
Podczas gdy Hitler oddawał się lekturze, kamerdyner napuszczał wodę do wanny i szykował ubranie na dany dzień. Musiał teżdopilnować, by posprzątano pokój i nakarmiono sukę Blondi. Po porannej toalecie Führer ubierał się, wychodził na korytarz i przy drzwiach wysłuchiwał informacji adiutantów o sprawach i terminach na dany dzień. Następnie wraz z osobistym adiutantem, gruppenführerem SS Juliusem Schaubem, udawał się na spacer po strefie I. Poza przechadzaniem się po lesie nie uprawiał aktywności fizycznej, wsuniętych pod łóżko ekspanderów prawdopodobnie nigdy nie używał.
Przeczytaj także: Kwatera Hitlera: Wilczy Szaniec
Schaub, który w 1940 roku awansował na głównego adiutanta, był narodowym socjalistą od zarania ruchu i od 1925 roku osobistym współpracownikiem Hitlera. Wśród kolegów uchodził za „dziwaczną postać” i pijusa. „Poczciwina Julius uważał się za niezwykle ważną i znaczącą osobę” – odnotowała Traudl Junge. Określiła go jako dobrodusznego wyznawcę Hitlera. Kiedy Schaub leciał z lotniska Wilhelmsdorf do rodzinnego Monachium, Führer powierzał mu list do Evy Braun. Jak wspominała sekretarka, adiutant mówił z silnym bawarskim akcentem. „Z miłości do Führera dawno odzwyczaił się od palenia papierosów i jako jedyny nałóg pozostało mu picie”.
W kwaterze głównej Schaub uchodził za „barometr Hitlera”, bo – jak mawiano – z jego twarzy dało się wyczytać nastrój dyktatora. Co dzień krążył po strefach zamkniętych, chłonął wszystkie nowiny, by koło dwunastej przy śniadaniu w kasynie przekazać dyktatorowi świeże wieści. Niekiedy oprócz głównego adiutanta poranny posiłek z Führerem spożywały sekretarki. Ów często wypijał jedynie szklankę mleka, jadł chrupkie pieczywo albo sucharki, potem już tylko starte jabłko, a w ostatnich latach wyłącznie müsli doktora Birchera. Po śniadaniu wychodził na zewnątrz, żeby pobawić się z Blondi. Udawał się do wydzielonego płotem obszaru na obrzeżu strefy I. Wraz z trenerem tresował psa na specjalnie w tym celu stworzonym torze przeszkód. Kazał zwierzęciu aportować, przesadzać bariery oraz chodzić po belce o szerokości dwudziestu centymetrów i długości ośmiu metrów. „Hitlerowi sprawiało wielką przyjemność, kiedy Blondi podskoczyła znowu o kilka centymetrów wyżej lub kilka minut dłużej balansowała na wąskim pręcie, i twierdził, że zajmowanie się swoim psem to dla niego najlepszy wypoczynek” – relacjonowała Junge.
Przeczytaj także: Las jest katedrą Boga, a przyszłość należy do wegetarian, czyli jak bardzo naziści kochali zwierzęta
W tych chwilach prywatności nie wolno mu było przeszkadzać. Do nielicznych, którzy mogli towarzyszyć dyktatorowi na przechadzkach z psem, zaliczali się Göring i Speer. Ponieważ Hitler coraz częściej wycofywał się do swojego bunkra, jego sztab medyczny, w którego skład wchodzili Morell i inni osobiści lekarze, uczulał resztę personelu, że codzienne spacery na świeżym powietrzu z Blondi mają bardzo korzystny wpływ na zdrowie Führera. Członkowie jego osobistej ochrony musieli nawet schodzić mu z widoku i chować się w dole strzeleckim. Ian Kershaw zauważył: „Przypuszczalnie w ten sposób zmniejszał napięcie wynikające z nieustannej presji, pod jaką się znajdował. Ignorowanie rzeczywistości lub ucieczka od niej były dla niego niezbędnym mechanizmem obronnym”.
fot.Bundesarchiv, B 145 Bild-F051673-0059 / CC-BY-SAEva Braun i Adolf Hitler ze swoimi psami (po prawej owczarek Blondi) w Berghof, 1942 r.
Zapewne też dlatego, że Blondi do pewnego stopnia umożliwiała mu swego rodzaju eskapizm, dyktator darzył ją głębokim przywiązaniem. Zwierzę liczyło się dla niego bardziej niż najbliżsi współpracownicy. „Był od razu zły i zdenerwowany na tego, do kogo Blondi się zbliżała, by go obwąchać. Podejrzewał natychmiast, że zwabiło się ją kawałkiem mięsa (…). Zgodnie z jego przekonaniem pozyskiwanie sympatii Blondi byłoby zbędnym trudem, bo czuła ona przywiązanie tylko do niego samego” – wspominała Christa Schroeder. Również Speer wolał unikać prób zjednania sobie psa. „Nie zawsze to było takie proste; pies kładł niekiedy w czasie wspólnych posiłków swoją głowę na moim kolanie i w tej pozycji uważnie obserwował kawałki mięsa, które wydawały mu się ponętniejsze od jarskiego dania swego pana”.
Oprócz Heinza Lingego Hitler miał do dyspozycji dwóch innych kamerdynerów. Jeden musiał trzymać się blisko niego, ale nigdy nie mogli przebywać z nim obaj naraz: „Ten drugi miał mu towarzyszyć w czasie wyjazdów, a także dbać o to, aby ubranie Führera i jego prywatne rzeczy znajdowały się zawsze w najlepszym porządku, w czym pomagały mu też pokojówki” – opisywał Linge. Trzeci zajmował się prowadzeniem spraw gospodarczych. „Jeśli chodzi o duże uroczystości czy kongresy partyjne, Hitler życzył sobie, abyśmy towarzyszyli mu we trójkę. Musieliśmy też dopasować nasze umundurowanie stosownie do okoliczności. Jeśli była to jakaś uroczystość partyjna, nosiliśmy mundury SS”. Kiedy Führer wybierał się w podróż, z Wilczego Szańca zabierano od piętnastu do dwudziestu waliz. Służący mieli zadbać o spakowanie ważnych książek, artykułów biurowych i lekarstw. Jeżeli czegoś zabrakło, Hitlerowi szybko puszczały nerwy. Z czasem Linge nauczył się przewidywać nastrój dyktatora: „Jego bródka zdradzała mi często, w jakim jest humorze. Jeśli drżała, stanowiło to dla nas ostrzeżenie”.
Przeczytaj także: Karl Brandt – przyboczny lekarz Hitlera. To on kierował programem eutanazji III Rzeszy
Linge pracował dla Hitlera od 1935 roku, potem awansował na „szefa służby osobistej”. Musiał zawsze trzymać w pogotowiu zapasowe okulary, lupy, kredki, przybory do pisania, buty, oficerki, skarpety, elementy umundurowania, koszule, rękawiczki, czapki i kapelusze. W mikrokosmosie Wilczego Szańca należał – oprócz sekretarek – do osób, z którymi dyktatora łączyła silna więź. Hitler porzucił dystans i – jak twierdził Linge – „czasami [ich] stosunki sprawiały wrażenie zażyłych”. Dzięki temu mógł poznać jego usposobienie, a przynajmniej to, co uważał za jego usposobienie: „Nigdy wtedy nie przyjmował sztucznej pozy, odrzucał swój pomnikowy wizerunek, który w większości sam tworzył od początku swojej działalności politycznej”. Żyjąc na co dzień w bunkrze, Hitler utrzymywał z najbliższymi niemal osobiste relacje. Ostatecznie jednak w Wilczym Szańcu ani on, ani otoczenie nie potrafili oddzielić dwóch sfer: władzy opartej na przemocy i życia prywatnego.
Po 1945 roku szef prasowy Otto Dietrich pisał, że Hitler miał „zwyczaje bohemy” i „nie wiedział, co to regularna praca ani godziny urzędowe”. „Mawiał: »Jedna genialna idea jest więcej warta niż całe życie sumiennie przepracowane w biurze«”. Dyktator sam ustalał plan dnia, otoczenie musiało się dostosować. Wraz z postępem wojny coraz później wstawał, niewątpliwie także wskutek przyjmowania większych dawek środków pobudzających i uspokajających: przez jedne nie mógł wieczorem zasnąć, przez drugie rano dłużej leżał w łóżku. Jego nawyki zmieniły rytm życia w Wilczym Szańcu, przyczyniając się do zakłóceń w strukturze dowodzenia, a później wręcz do utraty kontroli nad nią.
Przypominało to nakręcającą się spiralę: klęski na frontach skłaniały dyktatora do nadużywania środków znieczulających i odurzających, coraz gorszy stan fizyczny skutkował mglistą oceną sytuacji wojskowej i irracjonalnymi rozkazami, co z kolei prowadziło do kolejnych porażek na arenie wojennej. Już przez to, że najważniejszy decydent wstawał tak późno, reżimowi nieraz zabrakło kluczowych godzin, by odpowiednio zareagować na wyzwania globalnej wojny.
fot.Bundesarchiv, Bild 101III-Reprich-012-08 / Reprich / CC-BY-SA 3.0Spotkanie Hitlera z komisarzem Rzeszy Robertem Leyem , inżynierem samochodowym Ferdinandem Porsche i marszałkiem Rzeszy Hermannem Göringiem na Wolfsschanze w 1942 r.
Wiele czasu mijało bezproduktywnie także ze względu na położenie Wilczego Szańca na obszarze Rzeszy wysuniętym najdalej na wschód. Chcąc załatwić z Hitlerem jakąś sprawę, trzeba było się udać do lasu pod Rastenburgiem. Na domiar złego większość odwiedzających – jak pisał Dietrich – „po przybyciu musiała godzinami czekać w przedpokojach, pokojach adiutantów czy innych kwaterach, zanim ich wpuszczono albo odesłano, obiecując kolejny termin”. Nawet ministrowie i inni wysocy rangą urzędnicy przez tygodnie, a nawet miesiące całowali klamkę. Adiutanci Hitlera otrzymali bowiem, jak wynika ze sprawozdania Dietricha, „surowy rozkaz, by bez jego wyraźnej zgody nikogo nie wpuszczać (…). Ten, kogo Hitler nie chciał widzieć, nie mógł się do niego dostać całymi latami, nawet jeśli uważał swoją wizytę za nie wiadomo jak pilną czy konieczną”.
Poza osobistą niechęcią dyktatora do przyjmowania pewnych rozmówców ich lekceważenie służyło mu zapewne jako jeden ze środków kreowania propagandowego wizerunku. Z jednej strony czekanie interesantów miało świadczyć o tym, że wódz nie ma czasu, pracując rzekomo bez wytchnienia dla narodu niemieckiego. Z drugiej – wielogodzinne ignorowanie mogło służyć do poniżenia i zastraszenia petenta siedzącego w którymś z baraków. Podobnie oddziaływały choćby przepastne korytarze i hole Kancelarii Rzeszy w Berlinie prowadzące do olbrzymiego gabinetu Hitlera. Dyktator robił wyjątek jedynie dla gości zagranicznych, których podejmował zwykle planowo i punktualnie.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.