Legionista, oficer II Rzeczypospolitej, dowódca Kedywu Armii Krajowej i organizator najgłośniejszych akcji dywersyjnych przeciw Niemcom. Po wojnie nie wrócił do konspiracji – chciał jedynie spokojnie żyć. W 1950 roku został jednak aresztowany, oskarżony o działanie „na rękę hitlerowcom” i skazany na śmierć w tajnym procesie. August Emil Fieldorf „Nil” i jego historia stała się jednym z najbardziej wstrząsających symboli stalinowskiego bezprawia w Polsce.
Był chudy i mizerny – koledzy żartowali, że długo w wojsku nie wytrzyma i wróci do mamy do Krakowa. Jednak dziewiętnastoletni August, zwany przez wszystkich Emilem, okazał się w kamaszach urodzony. Pierwsza wojna światowa, polsko-bolszewicka czy domowa roku 1926 – a on zawsze na najniebezpieczniejszych odcinkach frontu. „Panie Emilu, był pan w najgorszym ogniu, czy nie myślał pan wtedy o żonie, o dzieciach?” – spytał go wreszcie jeden z generałów. „Emil odpowiedział mu od razu: ≫Nie, nie myślałem≪. Tak, takim on był i takim pozostał do końca” – wspominała poślubiona w 1919 roku Janina Kobylińska- Fieldorf.
fot.CENTRALNE ARCHIWUM WOJSKOWE/East NewsPodporucznik August Emil Fieldorf ( na rowerze) z żołnierzami 1 pp Legionów Polskich latem 1919.
Urodził się w 1895 roku i był rówieśnikiem Franciszka Jóźwiaka. Obaj służyli w Legionach Polskich. W lipcu 1917 roku Jóźwiak w ślad za Piłsudskim odmówił złożenia przysięgi cesarzom Austrii i Niemiec, za co – jako uchodźca z zaboru rosyjskiego – trafił do obozu w Szczypiornie. Fieldorf w szeregach armii austriackiej walczył we włoskim Tyrolu. W 1918 roku, gdy kapral Jóźwiak wyszedł z obozu schorowany i rozczarowany dowództwem Legionów, starszy sierżant Fieldorf rozbrajał w Krakowie austriackich żołnierzy. Po wojnie polsko-radzieckiej był już kapitanem. W 1931 roku wysłano go na placówkę do Paryża, by zorganizował paramilitarną organizację zrzeszającą miejscową Polonię. We Francji, gdzie spędził cztery lata, nim wrócił z powrotem do kraju, dostał awans na podpułkownika (Jóźwiak w tym czasie siedział już za komunizm).
fot.Archiwum Akt Nowych / domena publicznaFranciszek Jóźwiak po aresztowaniu przez Policję Państwową za działalność komunistyczną w 1928
We wrześniu 1939 roku Fieldorf opuścił Polskę i po krótkim pobycie na Węgrzech znalazł się we Francji. Latem 1940 roku premier rządu na uchodźstwie i naczelny wódz Polskich Sił Zbrojnych Władysław Sikorski wysłał go z powrotem do kraju. W styczniu 1943 roku komendant główny generał Stefan Rowecki „Grot”powierzył mu utworzenie nowej struktury w ramach AK – Kierownictwa Dywersji*. Była to nieliczna, za to elitarna struktura. Do najsłynniejszych akcji należało odbicie grupy więźniów przewożonych z siedziby gestapo na Pawiak („Akcja pod Arsenałem”), przejęcie niemieckiego transportu z ponad stu milionami złotych gotówki („Akcja Goral”), zamach na dowódcę SS policji dystryktu warszawskiego Franza Kutscherę w lutym 1944 roku.
Przeczytaj także: Brawurowa akcja „Góral”
Dwa miesiące później Fieldorf przekazał Kedyw swojemu zastępcy. Sam dostał rozkaz zorganizowania – poza AK – tajnej organizacji wojskowej „Niepodległość”(kryptonim: „NIE”). „NIE” miało być nową konspiracją – przygotowywaną na zbliżające się wejście Armii Czerwonej. Choć ZSRR był sojusznikiem aliantów, władze Państwa Podziemnego obawiały się drugiej okupacji.
Plany przekreśliło powstanie warszawskie. Odtąd wydarzenia potoczyły się lawiną. W styczniu 1945 roku nowy komendant główny Leopold Okulicki „Niedźwiadek” rozwiązał Armię Krajową. W marcu został aresztowany i wywieziony do Moskwy, gdzie zasiadł na ławie oskarżonych w tak zwanym procesie szesnastu. Dwa tygodnie wcześniej w ręce NKWD wpadł „Nil”. Nie jako wysoko postawiony dowódca Państwa Podziemnego, lecz zwyczajny spekulant. Znaleziono u niego sporą ilość papierosów, kawy i dolarów i jako kolejarza Walentego Gdanickiego wywieziono do obozu pracy na Uralu (na czas „bezpośrednich działań wojennych” radzieckie dowództwo rościło sobie prawo do własnej jurysdykcji na ziemiach polskich). Wrócił do Polski w październiku 1947 roku – schorowany i wyczerpany.
Główny Zarząd Informacji, czyli komunistyczny kontrwywiad wojskowy, rozesłał za „Fildorfem” vel „Danickim wzgl. Gdanickim” list gończy do MO i urzędów bezpieczeństwa w całym kraju:
„Wzrostu ok. 175, szczupły, trzyma się prosto, lat ok. 50 – twarz pociągła, silny brunet, włosy gęste, zaczesane do góry, cera oliwkowa, włosy ciemne, nos prosty, szczupły, usta wąskie, czoło normalne, zarostu nie nosił, zawsze wygolony, kończyny dolne wysokie, ogólnie przystojny, mówi szybko, ton głosu nie niski, cechuje go żywotność i sprężystość ruchu”.
Namierzono go w Łodzi, gdzie „Gdanicki” zamieszkał wraz z żoną i córkami. Tak zaczęła się inwigilacja „Nila i jego bliskich: sprawdzano, z kim się spotykają, o czym rozmawiają i co piszą w listach. Z materiałów operacyjnych jasno wynikało, że Fieldorf nie planował dalszej działalności podziemnej: „Ja jestem stary człowiek, ja chcę spokojnie umrzeć” – miał powiedzieć znajomemu (który był jednocześnie donosicielem służb).
„Emil zarzucał władzom londyńskim niepotrzebne stworzenie WiN, że to spowodowało zagładę wielu tysięcy niewinnych ludzi. W okresie, kiedy Rosja stała się jedną ze światowych potęg, tworzenie takiej organizacji tuż po wojnie nie miało zupełnie sensu. Bolał nad tym wszystkim” – relacjonowała żona Fieldorfa, Janina. Przygnieciony klęską nie widział sensu dalszej walki, ale nie mógł się też odnaleźć w nowej rzeczywistości. Krążył między Łodzią, Warszawą, Zakopanem a Krakowem – był coraz rzadszym gościem w domu. Ten nieustanny ruch wyraźnie niepokoił bezpiekę. Fieldorf tymczasem postanowił się ujawnić.
Już w 1948 roku zwrócił się do Ministerstwa Obrony Narodowej o oficjalne przeniesienie w stan spoczynku i prawo do wojskowej emerytury. Dziewiątego listopada 1950 roku wysłannicy MBP wciągnęli go do samochodu prosto z łódzkiej ulicy. Trafił do aresztu śledczego na Koszykowej w Warszawie, gdzie następnego dnia został przesłuchany.
fot.Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego , oficjalne zdjęcie policyjne po aresztowaniu / domena publicznaEmil Fieldorf po aresztowaniu (1950)
Śledczy wypytywał „Nila” o okoliczności powrotu z ZSRR, spotkania w Warszawie i źródła utrzymania („Zasadniczo korzystałem z oparcia rodziny”– odpowiadał). O stosunek do PRL („wyczekujący, obliczony na zmiany i wygładzenie w kontaktach międzynarodowych”) i ZSRR („wrogi, oparty na urazie”). O działalność antykomunistycznego podziemia („Sądziłem, że nie ma żadnego podziemia”). Generał zeznał, że nie utrzymywał nielegalnych kontaktów i nie miał pojęcia, co się dzieje z jego współpracownikami z Kedywu. Oraz że był przeciwny wciąganiu młodzieży do antykomunistycznej konspiracji. Tłumaczył, że nie ujawnił prawdziwego nazwiska po przekroczeniu granicy z obawy, że zostanie odesłany do Związku Radzieckiego.
Byłego dowódcę AK potraktowano jak cywila, dlatego wniosek o tymczasowe aresztowanie trafił na biurko nowo mianowanej szefowej Wydziału VII. Helena Wolińska wydała decyzję we wtorek 21 listopada. (Ten dzień zaważył na jej późniejszym życiu. Za złożony wtedy podpis była ścigana do śmierci. Tragiczna historia Fieldorfa wróciła do niej po ponad czterdziestu latach w postaci publicznych zarzutów, listu gończego i wniosków o ekstradycję – Lena do końca życia utrzymywała, że ani 21 listopada 1950 roku, ani żaden inny szczegół sprawy nie zapisał się w jej pamięci). Niech zatem przemówią dokumenty. Pierwsze, co rzuca się w oczy w podpisanym przez Wolińską postanowieniu, to niezgodność dat dziennych: trzymiesięczny areszt prokuratorka zastosowała do 9 lutego 1951, a nie 21 lutego. „Oznaczało to odmowę pokrycia dwunastodniowego bezprawnego przetrzymywania gen. Fieldorfa przez organy bezpieczeństwa”– tak tłumaczyła po latach wymiarowi sprawiedliwości III RP.
Lecz znaczyło to również, że była świadoma, kiedy „Nil” faktycznie trafił na Koszykową. „Organy bezpieczeństwa po prostu zatrzymywały ≫podejrzanego≪ i dopiero potem, przeważnie wbrew przepisom, daleko później niż po 48 godzinach, występowały do prokuratora o postanowienie tymczasowego aresztu”. Tak wyjaśniała w 1991 roku w liście do rodziny Fieldorfów.
„W pierwszym okresie mojej pracy w wydz. VII sprawa przestrzegania terminów nie była traktowana poważnie ani przez bezpieczeństwo, ani – trzeba to przyznać – przez nas”. Tak zeznawała w 1956 roku przed specjalnie powołaną komisją do spraw nadużyć w wymiarze sprawiedliwości. Podsumujmy: sposób zapisu, jaki zastosowała Helena Wolińska, uwidaczniał nieprawidłowości resortu bezpieczeństwa, ale też de facto je zatwierdzał – jako niepożądaną, ale powszechną praktykę.
Postanowienie o tymczasowym aresztowaniu „Nila” Wolińska wypełniła niechlujnie, w typowym dla siebie stylu. Nie zaznaczyła żadnego z czterech powodów zastosowania aresztu (uzasadniona obawa, że oskarżony będzie się ukrywał / będzie namawiał świadków do fałszywych zeznań / nie ma w kraju ani stałego miejsca zamieszkania, ani stałego źrodła dochodu / jest przestępcą nałogowym, zawodowym lub recydywistą).
Brakowało też opisu zarzuconego czynu. Prokuratorka zanotowała jedynie artykuł 86 punkt 2 Kodeksu karnego Wojska Polskiego („Kto usiłuje przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego, podlega karze więzienia na czas nie krótszy niż 5 lat albo karze śmierci”). Czy to ona zdecydowała o takiej, a nie innej kwalifikacji prawnej?
Jeśli tak, to na jakiej podstawie? Wniosek MBP nie był kompletny – brakowało w nim treści w kluczowej rubryce: „podejrzanemu o dokonanie przestępstwa z art…”. Czy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego udostępniło jej akta śledztwa? „Nie wydałabym nakazu tymczasowego aresztowania, gdybym nie otrzymała wstępnych materiałów obciążających”– twierdziła w latach dziewięćdziesiątych.
Czy rzeczywiście? Przecież skarżyła się w raportach, że prokuratura, zwłaszcza w sprawach najwyższej wagi, nie jest informowana o kierunkach i celach śledztwa. Powtórzyła to również w 1956 roku przed komisją: „Kiedy objęłam wydział VII, nie było jeszcze żadnych form nadzoru nad śledztwem. Brak było obowiązujących obie strony – NPW i MBP – zarządzeń czy instrukcji, które by formy nadzoru regulowały. Sprawa nadzoru była przedmiotem ciągłych tarć – dopuszczanie nas do nadzoru dopiero wtedy, gdy organa śledcze uważały, ≫że już można≪”. Czy zatem pokazano jej protokoły pierwszych przesłuchań Fieldorfa? Jeśli tak – musiała widzieć, że nie było w nich dowodów na antypaństwową działalność generała. Jeśli nie – podpisany przez nią areszt był sankcją „operatywną”.
W prokuratorskim żargonie oznaczało to, że postanowienie wydano bez okazania jakichkolwiek materiałów śledztwa. Zgodę na taki tryb wydał naczelny prokurator wojskowy Zarakowski. Wolińska: „Niewątpliwym błędem mej pracy był fakt, że nierzadko, kierując się źle rozumianą dyscypliną partyjną i wyższymi racjami, których nie znałam, a na które powoływali się dyrektorzy MBP, udzielałam sankcji na areszt”– przyznała w 1956 roku. Zastosowanie artykułu 86 Kodeksu karnego Wojska Polskiego nie pokrywało się z kierunkiem prowadzonego śledztwa, ten mówił bowiem o próbie obalenia socjalistycznego ustroju. Tymczasem MBP interesowała wojenna przeszłość Fieldorfa, a przede wszystkim – Kedyw.
W grudniu 1950 roku Kazimierz Górski rozpoczął wielotygodniowy maraton przesłuchań w więzieniu na Mokotowie, dokąd przewieziono „Nila”. Dwudziestoczteroletni śledczy MBP wypytywał o zakres władzy generała w strukturach Państwa Podziemnego. Fieldorf tłumaczył, że jako szef Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej nie miał wpływu na tak zwane Kedywy okręgowe, bo te zostały podporządkowane lokalnemu dowództwu AK. „Teren na żadnym odcinku nie był mi podległy” – podkreślał.
Górski drążył: chciał wiedzieć, czy przesłuchiwany otrzymywał raporty z działalności Kedywów okręgowych. Ten tłumaczył, że nie był ich bezpośrednim adresatem, ale treść korespondencji była mu znana. – Co wiadomo wam jest o działalności Kedywu KG oraz Kedywów okręgowych na odcinku walki antylewicowej? – dopytywał Górski.
Fieldorf zapewnił, że Kedyw KG nie prowadził walki na odcinku antylewicowym, gdyż nigdy nie było takiego rozkazu. Dodał, że okręgi również nie meldowały o prowadzeniu takowej walki. I wtedy śledczy MBP wyciągnął przygotowane materiały. – Okazuję wam między innymi meldunek z dnia 1 sierpnia 1943 roku pod tytułem „Sprawozdanie z akcji dywersyjno-partyzanckiej z okręgu
≫Cyranka≪(Chodzi o Okręg Nowogródek (kryptonim „Cyranka”, „Nów”).”, który archiwizowany był w Kedywie KG… To musiał być moment triumfu Kazimierza Górskiego. Fieldorf nie miał bowiem pojęcia, że w listopadzie 1950 roku podczas próby przemytu za granicę przechwycono część archiwum Kierownictwa Dywersji KG AK. Były to „meldunki sabotażowo-dywersyjne z Okręgów Białostockiego, Lubelskiego i Nowogrodzkiego AK z lat 1943–1944”. Informowano w nich o licznych likwidacjach Sowietów (zwanych też „turystami”), komunistów, Żydow, Białorusinów, Ukraińców, a także Polaków.
Archiwum Kedywu 1943–1944
Trwał czwarty rok wojny. Sytuacja w okręgach wschodnich była podwójnie trudna. Polskie podziemie obawiało się nie tylko Niemców, ale – z każdym miesiącem bardziej – także radzieckiego „sojusznika”.
AK domagała się, by oddziały partyzanckie formowane przez radzieckich zbiegów podporządkowały się rozkazom polskiego dowództwa. Bezskutecznie. Terenowi komendanci raportowali o rozwalaniu band sowieckich i sowiecko-żydowskich. Liczne likwidacje tłumaczono Komendzie Głównej koniecznością obrony polskiej ludności.
W listopadzie 1943 roku z Okręgu Nowogrodek zameldowano o likwidacji piętnastu radzieckich oficerów, którzy uciekli z niemieckiego transportu. „Wszystkich w stopniach od lieutanta [porucznika] do majora rozstrzelano”. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę chęć odwetu za ujawniony kilka miesięcy wcześniej Katyń, egzekucja nieuzbrojonych zbiegów była zbrodnią wojenną. „Poza tym – informował dalej dowódca Okręgu „Cyranka” – nasze oddziały zlikwidowały kilka band, zdobywając na jednej z nich worki skory, która poszła na buty dla własnych żołnierzy. Czołowych, ruchliwych popleczników sowieckich uziemiono”. Egzekucji na obywatelach polskich można było dokonać na podstawie legalnych wyroków sądów Państwa Podziemnego (cywilnych i wojskowych). Jednak „w razie nagłego zagrożenia” dopuszczano doraźne likwidacje na odpowiedzialność dowódcy.
fot.Nieznany – Z kolekcji L. Reidicha / domena publicznaCzłonkowie Sztabu Kedywu w czasie powstania warszawskiego: od lewej Jan Mazurkiewicz „Radosław”, Wacław Chojna „Horodyński”, nieznany powstaniec i Stanisław Wierzyński „Klara”
Kłopot w tym, że podawane post factum uzasadnienia były niejasne i mało precyzyjne, na przykład: „członek bandy komun.”, „szpicel gestapo/NKWD”. Trudno więc było zweryfikować ich zasadność. Terenowi komendanci AK dysponowali wielką, uznaniową władzą. I z niej korzystali. Język raportów budzi niepokój. „Po akcji lotnictwo npla [niemieckie] bombardowało wszystkie miejscowości na przypuszczalnym szlaku naszych oddz[iałow]. Ludność cywilna poniosła straty. Bombardowane wsie były zamieszkane przez ludność litewską, bądź też polską, lecz wrogą sprawie polskiej, jak np. wieś Sołtaniszki słynną z wydania Narbutta (1863)” – podano w jednym z meldunków z Okręgu Nowogrodek w 1943 roku.
Przeczytaj także: Konfidenci w okupowanej Polsce. Jaka była skala procederu?
Wystarczyło zatem domniemane wydarzenie sprzed osiemdziesięciu lat, by uznać mieszkańców danej miejscowości za wrogich i wartych poświęcenia. Charakterystyka zwalczanych grup ujawniała etniczny nacjonalizm dowódców. Na przykład: „Liczne bandy komunistyczno-żydowskie z domieszką, w lwiej części z miejscowych szumowin – Białorusinów”; „Ludność polska jest postępowaniem oddziału zachwycona, widząc ich obrońców własnych interesów narodowych” – donoszono z Okręgu Nowogrodek.
Spaloną w styczniu 1944 roku przez jeden z oddziałów AK wieś Koniuszany w raporcie do Komendy Głównej nazwano „komunistyczną meliną”. Dowództwo AK na szczeblu centralnym i terenowym miało świadomość, że oddziały partyzanckie, które zwalczali, „stanowią oparcie dla zbiegłych jeńców, komunistów, żydów”, czyli że są dla wymienionych grup jedyną szansą na przeżycie. Nie zawsze zresztą działalność „sowietów” oceniana była w akowskich raportach jednoznacznie negatywnie: „Bolszewicy rozrzucają ulotki do Ukraińców, nawołując do zaprzestania bratobójczej walki i do łączenia się z Polakami w walce o niepodległość”– napisano w jednym z meldunków Okręgu Lublin. Były to jednak wyjątki.
Przesłuchania
Odpowiedzialnością za treść przechwyconych raportów MBP obarczyło Fieldorfa. Ten przyznał w końcu, że „poszczególne okręgi, a szczególnie okręgi wschodnie, prowadziły działalność przeciwko partyzantom radzieckim i skoczkom Armii Radzieckiej”. Podkreślał wielokrotnie, że nie miał wpływu na działania wschodnich okręgów. „To był odrębny rodzaj walki, gdzie wchodziły w grę czynniki polityczne”*( Meldunki z terenu przekazywano Fieldorfowi z Komendy Głównej AK w oryginale lub odpisie i tym sposobem znalazły się w archiwum Kedywu)Powtórzył, że jego wyłącznym celem jako dowódcy Kedywu KG AK była walka z Niemcami.
Dalsze czynności
Dziewiątego lutego śledczy Górski skierował do NPW wniosek o przedłużenie aresztu tymczasowego o dalsze trzy miesiące. Wolińska zatwierdziła go, ale dopiero po sześciu dniach – w czwartek 15 lutego (z terminem do 9 maja).
Czy zapoznano ją z materiałem dowodowym w postaci archiwum Kedywu? A może wystarczyło zapewnienie, że Fieldorf jest odpowiedzialny za śmierć radzieckich, komunistycznych i żydowskich partyzantów? Miała przecież własne rachunki krzywd. (Jeszcze jako Felicja Danielak wraz z uciekinierami z getta doświadczyła trudów życia w leśnej „bandzie”. Rok później jej nazwisko znalazło się na listach akcji antykomunistycznych Państwa Podziemnego – i z tego powodu musiała ukrywać się nie tylko przed Niemcami).
Tyle że podane przez MBP uzasadnienie przedłużenia aresztu – „sprawa ta wiąże się z będącą w rozpracowaniu grupą b. działaczy org. AK, którzy po ujawnieniu wszczęli dalszą działalność konspiracyjną”– nie pokrywało się z kierunkiem prowadzonego śledztwa. Oficjalnie Fieldorfowi wciąż zarzucano próbę obalenia ustroju. Rola Wolińskiej ograniczała się do zawiadomienia rodziny o prowadzonym śledztwie oraz korespondencji w sprawie zabezpieczenia mienia podejrzanego. Cały ten „majątek” stanowiły tapczan, szafa, krzesła i stół z łódzkiego mieszkania.
Jeśli wiedziała o archiwum Kedywu, została o nim poinformowana bocznymi kanałami przez Jóźwiaka – ale czy on cokolwiek wiedział? Trudno wyrokować. Niezgodna ze stanem faktycznym kwalifikacja czynu, jak również to, że archiwum przechwycono 15 listopada, a Fieldorfa aresztowano sześć dni wcześniej, dowodzą, że dla MBP był to tylko wygodny pretekst do rozprawy z wysoko postawionym wojskowym AK. „Atmosfera przesłuchań była moim zdaniem właściwa, określiłbym ją nawet jako przyjemną – mówił Górski w 1992 roku, próbując się wybielić. – Nigdy nie dochodziło pomiędzy mną a generałem do jakichkolwiek scysji. Nie było po prostu ku temu powodu. Fieldorf zawsze chętnie i rzeczowo odpowiadał na każde pytanie.
W przesłuchaniach „Nila” uczestniczył sam szef Departamentu Śledczego Józef Różański. Siódmego maja bezpieka, przy poparciu Wolińskiej, zwróciła się do Wojskowego Sądu Rejonowego o kolejne przedłużenie aresztu. Nowy „tymczas” Fieldorfa miał trwać do 9 sierpnia. Wypadki potoczyły się jednak inaczej. Już 5 lipca 1951 roku Helena Wolińska w imieniu NPW – po ośmiu miesiącach formalnego nadzoru nad śledztwem – przekazała więźnia „do dyspozycji Generalnej Prokuratury RP w Warszawie”. „Od momentu przejęcia sprawy przez Prokuraturę Generalną nie miałam z nią nic wspólnego.
Nie brałam udziału w śledztwie, nie przesłuchiwałam gen. Fieldorfa, nie pisałam ani nie podpisywałam aktu oskarżenia, nie skierowałam sprawy do sądu, nie oskarżałam na procesie, nie znałam nawet trybu postępowania ani sposobu przeprowadzenia przewodu sądowego, ani miejsca procesu, ani wyroku, ani wykonania egzekucji”– tłumaczyła w latach dziewięćdziesiątych.
To nie ona zdecydowała o przekazaniu sprawy cywilnemu wymiarowi sprawiedliwości. Zgodnie z wewnętrznymi procedurami NPW „w poważniejszych sprawach” wszelkie rozstrzygnięcia zapadały na poziomie co najmniej zastępcy naczelnego prokuratora wojskowego (Wydział VII podlegał Józefowi Feldmanowi). Śledztwo przeciwko Fieldorfowi było zaś najwyższej wagi. Decyzje podejmowano wysoko ponad głowami prokuratorów.
O istnieniu około dwustu spraw „o szczególnym znaczeniu państwowym i politycznym”, które były poza nadzorem Naczelnej Prokuratury Wojskowej i „koncentrowały się w całości w MBP”, wspominał sam Zarakowski. Akta te przechowywał u siebie bezpośredni przełożony Wolińskiej, pułkownik Feldman. „Z inicjatywy MBP sukcesywnie przekazywane były do właściwości Generalnej Prokuratury”. Jedną z nich było niewątpliwie śledztwo przeciwko Fieldorfowi.
Prokuratura Generalna
Jakie mogły być powody przekazania sprawy do sądu cywilnego? To się, owszem, zdarzało – gdy uznawano, że przestępstwo nie należy do szczególnie niebezpiecznych dla państwa, co łączyło się ze zmianą kwalifikacji prawnej i zazwyczaj z niższą karą. Jednak ta zasada dotyczyła zwykłych spraw, a nie o szczególnym znaczeniu.
Tu nie chodziło o zmniejszenie wyroku – lecz wręcz przeciwnie. Artykuł 86 punkt 2 Kodeksu karnego Wojska Polskiego, pod którym podpisywała się Wolińska, przewidywał szeroki zakres sankcji: od pięciu lat pozbawienia wolności do kary śmierci.
Prokuratura Generalna zaś obciążyła Fieldorfa z artykułu 1 punkt 1 dekretu z dnia 31 sierpnia 1944 r. „dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców Narodu Polskiego”: „Kto, idąc na rękę władzy państwa niemieckiego lub z nim sprzymierzonego, brał udział w dokonywaniu zabójstw osób spośród ludności cywilnej albo osób wojskowych lub jeńców wojennych, podlega karze śmierci”. Przewidziano tu wyłącznie najwyższy wymiar kary*(Artykuł 86, powtórzmy, od początku nie pasował do kierunku prowadzonego śledztwa. Za to dekret sierpniowy był zgodny z logiką działań MBP.
Sprawa „Nila” trafiła do tak zwanej sekcji tajnej Sądu Wojewódzkiego miasta stołecznego Warszawy, którą stworzono w styczniu 1951 roku. Specjalnie dobrany skład sędziowski gwarantował wyrok zgodny z oczekiwaniem bezpieki i władz partyjnych.
Śledztwo nadal prowadził Kazimierz Górski. On też zebrał zeznania świadków. Fieldorfa obciążyli byli akowcy. Tadeusz Grzmielewski z Kedywu KG AK powiedział, że okręgowe Kedywy były podporządkowane „Nilowi” i że od połowy 1943 roku likwidacja komunistów i radzieckich partyzantów przewyższała likwidację gestapowców. „Emilowi dali do przeczytania zeznania Grzmielewskiego – relacjonowała żona Fieldorfa. – Złapał się za głowę, jak to przeczytał, nie chciał własnym oczom wierzyć”.
Także szef Okręgu Białystok AK Władysław Liniarski zeznał, że ściśle wykonywał polecenia Fieldorfa dotyczące likwidacji ludzi lewicy i radzieckich partyzantow (obaj odwołają zeznania w 1957 roku)**( Warto w tym miejscu dodać, że nie wszyscy dali się złamać. Zofia Martenowska ze sztabu Kedywu KG AK, która do 1945 r. przechowywała archiwum, dała przykład niezłomnej postawy podczas przesłuchań: mówiła śledczym wprost, że niczego im nie powie. W 1951 r. skazano ją na 15 lat więzienia. Wyszła po pięciu latach.
Ich rola była kluczowa: bez potwierdzenia świadków nie można było wydać wyroku, nawet jeśli oskarżony przyznałby się do winy.
„Nil” konsekwentnie zaprzeczał zarzucanym mu czynom: „Zajęty byłem walką z Niemcami i ludźmi współpracującymi z okupantem”. Pierwszego sierpnia 1951 roku Kazimierz Górski napisał akt oskarżenia Augusta Emila Fieldorfa: „[…] idąc na rękę władzy hitlerowskiej państwa niemieckiego brał udział w dokonywaniu zabójstw […]”. Proces wyznaczono dopiero na wiosnę 1952 roku. (Dlaczego tak późno? W ciągu tych ośmiu miesięcy próbowano najpewniej namówić Fieldorfa do współpracy z bezpieką. On jednak pozostał nieugięty). Rodzina oskarżonego nie miała pojęcia o odbywającym się za zamkniętymi drzwiami procesie***.( Żona Fieldorfa była obecna na rozprawie w Sądzie Najwyższym)
Przeczytaj także: „Oświęcim to była igraszka”. Co działo się w katowniach UB?
Szesnastego kwietnia 1952 roku w Sądzie Wojewódzkim miasta stołecznego Warszawy, po trwającej prawie dziesięć godzin rozprawie, „Nila” skazano na karę śmierci. Za to, że wydawał podległym sobie jednostkom rozkaz mordowania partyzantów radzieckich i działaczy lewicowych w interesie hitlerowskiego państwa. „Groźniejsza dla sługusów kapitalistycznych była Armia Radziecka, niosąca obok narodowego i społecznego wyzwolenia mas pracujących, od faszystowskiego okupanta, który wprawdzie mordował naród, niszczył plony kultury polskiej, ale był sojusznikiem klasowym, nie zagrażał bowiem posiadaniu – w walce społecznej był po tej samej stronie barykady”. Napisała w uzasadnieniu trzydziestosiedmioletnia Maria Gurowska*,(W późniejszych latach zmodyfikowała nazwisko na Górowska) przewodnicząca składu sędziowskiego.
Dwudziestego siódmego maja Sąd Najwyższy oddalił wniosek obrony o rewizję wyroku: „Oskarżony, długoletni oficer sanacyjny, wychowany w duchu nienawiści do ZSRR, niewątpliwie zdawał sobie sprawę, że idzie na rękę władzy hitlerowskiego państwa niemieckiego”.
fot.Adrian Grycuk / CC BY 3.0 plDomniemane miejsce powieszenia gen. Augusta Emila Fieldorfa Nila w Pawilonie Ogólnym więzienia mokotowskiego
Rada Państwa odmówiła prawa łaski. „Emila cechowała niesłychana wprost prawość, jakaś niepojęta wprost ufność, nigdy nie spodziewał się takiego wyroku”– wspominała jego żona.
Powieszono go 24 lutego 1953 roku. Trzy tygodnie przed śmiercią Józefa Stalina stracono człowieka, który po latach nieszczęść, wojny, konspiracyjnej walki i łagru chciał wreszcie spokojnie żyć.
Na zachowanych zdjęciach z ostatniej rodzinnej Wigilii szczupły mężczyzna kurczy się w objęciach młodszej córki. Minę ma zagubioną, niepewną. Budzi współczucie. Wolińska: „Nigdy nie zetknęłam się osobiście z gen. Fieldorfem”. Tylko czy gdyby się z nim spotkała, cokolwiek by to zmieniło?


KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.