W kijowskim epizodzie swojej podróży z 1937 roku Bernard Newman spotyka młodego komunistę i wdaje się w dyskusję o ustroju, wolności i propagandzie. Z pozoru zwyczajne sceny z życia miasta stopniowo odsłaniają rzeczywistość kontroli i lęku. Aresztowanie za fotografię, zanik religii i wreszcie informacja o rozstrzelaniu „wroga ustroju” układają się w poruszający obraz codzienności naznaczonej strachem w ZSRR.
Cenzura i rozmowa o socjalizmie
W Kijowie moje skromne osiągnięcia literackie miały przynieść kolejne pożytki. Kiedy przyjechałem, powitał mnie młodzian tak apatyczny, że z trudem zachowywał formy – był to przydzielony mi ówcześnie tłumacz. Z taką niechęcią przekazywał informacje, że po jakichś trzydziestu sekundach przestałem zawracać mu głowę. Nie mogę mieć do niego pretensji – przez kilka lat stawiał czoła hordom turystów zadających dokładnie te same pytania, na które odpowiedzi przeważnie mogli sami znaleźć na długo przed wyjazdem z Anglii czy Ameryki.
Następnego jednak wieczoru zastałem go w hallu, gdzie czekał na mnie rozpromieniony, z przyjacielskim uśmiechem na twarzy.
– Wielkim błędem jest sądzić, że Belgia jest kompletnie płaska – zaczął recytować. – A jeszcze większym błędem jest sądzić, że to, co płaskie, na pewno jest nieciekawe. Nie miałem bladego pojęcia, o czym on mówi, ale wypowiadane przez niego słowa jakoś znajomo mi brzmiały. Raptem chłopak wyciągnął zza pleców gazetę i wszystko stało się jasne. Oczywiście wyczyny George’a interesują rowerzystów, a opisy naszych wypraw zawsze ukazują się w piśmie „Cycling”.
Kiedyś wraz z George’em, szukając niewielkiej odmiany, udaliśmy się na wielki objazd Belgii, a ja zdałem z niego relację – pan Stalin zacytował teraz pierwszą jej linijkę.
– Nie wiedziałem, że pan jest t y m Bernardem Newmanem – oznajmił, przerywając recytację moich wstępnych uwag o Belgii. Widać było, że Kijów robił, co mógł, by woda sodowa uderzyła mi do głowy.
– Czytał mnie pan? – zacząłem nieufnie badać sytuację.
– Tylko to – tu pomachał egzemplarzem „Cycling”. – Ale słyszałem o panu.
– Tak z czystej ciekawości: jak u diabła zdobył pan to pismo?
– Nie wiem, jak znalazło się w Kijowie – odpowiedział. – Ale trafiło do moich rąk sześć tygodni temu. Mamy tu niewielkie grono osób mówiących po angielsku i okropnie brakuje nam angielskiej lektury.
– Ależ, człowieku, w Anglii co roku wychodzi gdzieś tak z piętnaście tysięcy nowych książek. Nie możecie sobie paru sprowadzić?
– Nie wolno ich importować.
– To dlaczego nie sprowadzicie jakichś angielskich gazet? – zapytałem.
– Nie wolno ich importować – powtórzył. – Z wyjątkiem „Daily Worker”180. Pod względem politycznym to słuszne pismo, ale nie sądzę, żeby posługiwało się najlepszą angielszczyzną.
fot.Obraz z zasobów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych / domena publicznaKijów ok. 1900
Sam odkryłem błędy gramatyczne w ich tekstach. – To na jakiej zasadzie wolno wam importować „Cycling”? – zainteresowałem się.
– Nie wolno. Ale się tu znalazło, jakiś turysta musiał je przywieźć ze sobą. Tak czy owak pismo trafiło tutaj, a ja je złapałem. Stało się podręcznikiem w gronie mówiących po angielsku studentów z Kijowa, którzy oddają się pogłębionym studiom nad językiem. Zapewne z dumą pan się dowie, że pański artykuł stanowi podstawę naszych badań – znaczna część czasopisma składa się w zasadzie z relacji z wyścigów oraz wielu statystyk. To bardzo interesująca lektura dla cyklistów, oczywiście, ale niezbyt się nadaje do zgłębiania języka angielskiego. Tak więc wybraliśmy pański artykuł i wszyscy znamy go już na pamięć.
Badamy konstrukcję pańskich zdań, idiomów, metafor, porównań – a teraz, gdy znalazł się pan tutaj, jest parę pytań, które chciałbym panu zadać. Tak też uczynił, a potem ja go zapytałem o parę spraw. Gdy pozbył się apatii, okazał się wysoce inteligentnym młodym człowiekiem – zajadłym komunistą, ale raczej z zacięciem polemicznym niż dydaktycznym. Przystąpiliśmy do zażartej dyskusji, a hall zaczął się stopniowo wypełniać zainteresowaną publicznością.
Nie ma potrzeby szczegółowo opisywać naszej debaty – wystarczy, że udacie się do miejscowego klubu dyskusyjnego, kiedy tematem wieczoru będzie komunizm, i usłyszycie dokładną jej powtórkę. Student zgodził się z moim twierdzeniem, że w Rosji nie ma komunizmu – i podkreślił, że przyznał to już Stalin, przekonywał mnie natomiast, że socjalizm jest po prostu etapem na drodze do komunizmu, czyli ideału, do którego dążą.
fot.Materiał wydawnictwa Rowerem przez Rosję
Narzekałem, że nawet idee socjalizmu muszą się znacznie różnić od naszych, ponieważ wiele rzeczy, które w Rosji uchodzą za socjalizm, zdecydowanie inaczej by określono w Anglii. Z całą pewnością działacz brytyjskiego związku zawodowego dostałby szału, widząc, jak Rosja świadomie przyjmuje idee, które on latami stara się obalić. Jedynym śladem prawdziwego socjalizmu, jaki odkryłem w tym kraju, był system czynszów, zgodnie z którym każdy uiszczał za lokal pewien procent swoich dochodów – w ten sposób ktoś mógł płacić dwa razy tyle co sąsiad.
Co do reszty wyglądało na to, że ustrój zastąpił hasło „Od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb” jakże szczerą zasadą „Od każdego według jego zdolności i każdemu według jego zdolności”. Nie usunięto bynajmniej niedostatków systemu rywalizacji, przesunięto je tylko w inne miejsce – istniała bowiem rywalizacja, ale nie między fabrykami, lecz między ludźmi. Na mój rozum był to regres, a nie postęp.
– Ale musieliśmy zrobić coś drastycznego – poskarżył się. – Rosjanin z natury rzeczy nie umie ciężko pracować.
– Z tym się zgodzę i nie mam pretensji co do sposobu, w jaki załatwiacie własne sprawy. Ale wmawianie światu, że żyjecie w lepszym ustroju, wydaje mi się absurdalne.
– Powtarzam, że to tylko etap na drodze do większych rzeczy – podkreślił.
– Świetnie, proszę bardzo, chociaż już od dwudziestu lat sprawujecie pełną kontrolę nad ogromnym krajem o gigantycznych zasobach. To całkiem sporo czasu, wie pan, te dwadzieścia lat.
– Ale proszę spojrzeć na inne rzeczy, których dokonaliśmy – zakrzyknął. – Proszę spojrzeć na opiekę społeczną, opiekę nad dziećmi, nową edukację.
– Tak, tutaj daję wam najwyższe noty – przyznałem. – W porównaniu z Rosją sprzed dwudziestu lat widać wyraźnie, że zrobiliście olbrzymie postępy. Jednakże mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, że przed wami jeszcze długa droga.
– Co pan ma na myśli?
Cóż, niech pan spojrzy na gazetę, którą trzyma pan w ręku. To jest produkcja kapitalistyczna. Zaledwie jedno z tysięcy pism, które co tydzień wydaje się w Anglii. Nie rości sobie pretensji do artyzmu – to komercyjne pismo, odpowiadające zainteresowaniom wyspecjalizowanego środowiska, sprzedawane za dwa pensy. Niech mi pan odpowie, ale szczerze albo wcale – czy z wyjątkiem paru waszych superprodukcji, stworzonych do celów propagandowych, widział pan kiedyś takie pismo w Rosji?
Chętnie by dalej dyskutował, ale zawahał się i stracił swoją szansę.
– I jeszcze inna sprawa – powiedziałem. – Wydaje mi się, że niektóre z waszych świadczeń społecznych zbyt mocno obciążają ludzi.
– O co panu chodzi? – zawołał. – One są d l a ludzi.
– Wasze poglądy różnią się od naszych. Nie macie niczego w rodzaju naszej renty starczej.
– Ależ mamy – upierał się.
– Tylko jeśli nie uda się wam znaleźć dzieci, które by wspierały wiekowych rodziców. Bo jeśli tak, to muszą one to robić, choćby same znajdowały się na skraju nędzy. To znowu sprowokowało go do długiej tyrady z mnóstwem argumentów, niektórych solidnie uzasadnionych, niektórych pełnych przesady. Ale i tak się cieszyłem. Dyskusja zaczęła się od tego, że mi współczuł, jako że wiodłem smętną egzystencję w państwie kapitalistycznym, on zaś miał nade mną niebywałą przewagę kogoś, kto urodził się komunistą. Teraz zaś zepchnąłem go do defensywy i długo tam pozostał.
Stopniowo odzyskał rezon. Od obrony komunizmu przeszedł do krytyki kapitalizmu – a nie da się ukryć, że wiele można mu zarzucić. Znaczna część najbardziej ekstrawaganckich argumentów tłumacza opierała się na zagranicznych źródłach.
Jeszcze stosunkowo do niedawna większość osób goszczących w Rosji to byli komuniści lub malkontenci, którzy zawsze ochoczo krytykowali warunki panujące w swoich krajach. Nic dziwnego, że Rosjanie mają tak nędzną opinię o państwach kapitalistycznych – i w żadnym razie nie jest to zasługą rodzimej propagandy. Wkrótce jednak żar argumentacji poniósł mojego rozmówcę.
– W Anglii nigdy do niczego nie dojdziecie obecnymi metodami. Ten stopniowy rozwój, który pan tak wychwala, nic nie znaczy. Jeśli chcecie postępu, m u s i c i e przeprowadzić rewolucję, całkowitą rewolucję: wywrócić do góry nogami wszystko, co do tej pory obowiązywało, i zlikwidować stare potęgi. Tylko wtedy możecie zacząć budować nowe państwo.
– Mój przyjacielu – rzekłem. – Chcę, żeby pan posłuchał, co panu powiem, bo naprawdę tak myślę. Przyjechałem do Rosji jako człowiek, który, na ile to tylko możliwe, jest wolny od uprzedzeń. Szczerze panu powiem, że niektóre rzeczy, które zobaczyłem, zrobiły na mnie wrażenie. Inne zaś rozczarowały. I niezależnie od tego, jak pan mnie tu będzie przekonywał, wychowano pana tylko w jednej opcji, a ja zamierzam spróbować, by uwierzył mi pan w jedną rzecz, i to mnie usatysfakcjonuje.
Oszukuje pan siebie i ogromnie pan sobie szkodzi, wyobrażając sobie, że warunki, w jakich żyją robotnicy w kraju kapitalistycznym, przypominają cokolwiek z pańskich opisów. Wystarczy tylko, by pan tam pojechał i sam się przekonał – więc czy to nie jest wymowne, że pański rząd właśnie tego panu zabrania? Chcę, by mi pan uwierzył, kiedy mówię, że wolę pracować w Anglii niż w Rosji niezależnie od wykonywanej profesji i stopnia kwalifikacji.
Chcę też podkreślić, że chociaż naprawdę dużo zrobiliście w ciągu tych dwudziestu lat, chociaż pod pewnymi względami niemal dogoniliście zachodnią Europę, a w jednej czy dwóch sprawach może nawet wysforowaliście się przed nas, to raz jeszcze powtórzę, że nie widziałem w Rosji niczego, co wymagałoby od nas rewolucji, gdybyśmy zapragnęli przenieść to do Anglii. Wprost przeciwnie, starczyłaby ustawa parlamentu – lub nawet dobrowolnie podjęta inicjatywa społeczna.
– Dobrowolnie podjęta? Nie rozumiem – powiedział.
– Tak właśnie podejrzewałem… – I zaczęliśmy dyskusję od nowa.
Przeczytaj także: Wilkołaki i wampiry czyli Siedmiogród między mitem a codziennością
Walka z kościołem
Kiedy byłem w Kijowie, chrześcijańska niedziela i rosyjski dzień odpoczynku wypadały akurat w tym samym czasie. Pan Stalin podkreślał, że to triumf komunizmu – dzień wolny po sześciu zamiast siedmiu dniach pracy. Przeoczył jednak sobotnie popołudnie, a może w ogóle o nim nie słyszał. Jestem słaby z matematyki, ale sądzę, że półtora dnia na siedem to lepsza proporcja niż jeden na sześć.
Swego czasu w Kijowie było sto dwadzieścia świątyń – obecnie jest sześć. Wsiadłem na rower i objechałem je wszystkie. Z trudem je odnalazłem, ponieważ tuziny przechodniów nie miały pojęcia, gdzie też mogą się one znajdować. Przeciętna liczba wiernych wynosiła osiemdziesiąt osób. Większość należała do starszej generacji, a ich praktyki religijne milcząco ignorowano – bo zakładano, że wymrą razem z nimi. Widziałem tam jednak dzieci, podobnie jak młode kobiety i mężczyzn. Młody człowiek musi być odważny, by w Rosji chodzić do kościoła. Nie ma żadnego przepisu, dla którego nie miałby tego robić, ale musi stawić czoła szyderstwom kolegów oraz wrzaskom i gwizdom przygodnych gapiów, kiedy będzie wychodził ze świątyni.
Duchowni żyją w warunkach nie do pozazdroszczenia. Nie mają żadnych praw politycznych, a ich utrzymanie zależne jest od hojności ich owieczek – osiemdziesięciu osób, którym niewiele brakuje, by same wpadły w nędzę. Niektórzy kapłani byli starzy i zrezygnowani, inni jednak młodzi i pełni zapału, a przepełniał ich duch męczenników. Odwiedziłem rowerem z tuzin wiosek, ale w żadnej nie znalazłem czynnego kościoła. Niekiedy działał w nim klub, innym razem został zburzony – zawsze „na przemożne żądanie ludu”. W wielu chatach dostrzegłem jednak ikony – czasami stojące obok wizerunku Lenina! Obawiam się, że to raczej świadectwo zabobonu niż religii.
Nie mogę zaprzeczyć, że Sowietom niemal się udało wytępić religię. Sceny, które widziałem, stanowią żywy kontrast do prężnej egzystencji religii prześladowanej w Niemczech. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Cerkwi Rosyjskiej czegoś brakuje, że przy takiej potędze i wpływach pozwoliła, by ją tak sromotnie zlikwidowano.
Aresztowanie
Przechadzałem się po targu spółdzielczym w Kijowie, który spośród rosyjskich targowisk najbardziej przypominał nasze jarmarki. Zrobiłem jedno czy dwa bliskie ujęcia i właśnie miałem sfotografować chłopów sprzedających drewniane łyżki, kiedy zostałem aresztowany. Niezbyt mnie to przejęło. Podczas moich wypraw poza miasto często mnie zatrzymywali miejscowi policjanci – turyści zwykle gromadzą się wokół znanych atrakcji, a ci, którzy się włóczą, muszą liczyć się z wyzwaniami, jakie los stawia pionierom. Pamiętam też, że ci policjanci byli dziećmi chłopów i po raz pierwszy mieli w ręku władzę, co zawsze rodzi skłonność do dziecinnych zachowań.
Tym razem jednak aresztowanie wyglądało na poważniejszą sprawę. Dwu- lub trzytysięczny tłum podążył za nami na posterunek. Tam jako cudzoziemiec zostałem przekazany policji politycznej i zaprowadzony do innego budynku. Dwie godziny minęły, zanim znaleźli kogoś, kto mógłby ze mną porozmawiać, ale przez cały czas stali przy mnie uzbrojeni strażnicy. Wreszcie pojawił się jakiś urzędnik i koślawą niemczyzną poinformował mnie, że jestem oskarżony o robienie zdjęć.
– Ależ to absurdalne! – oburzyłem się. – Nie fotografowałem kolei, mostów, umocnień, niczego, co jest zakazane.
– Naczelnik wkrótce się z panem zobaczy. Musi pan zaczekać. Więcej nie wiem.
– Ach, tak. To dajcie mi przynajmniej wygodne krzesło.
Urzędnik posłuchał. Byłem całkiem zadowolony. Nawet gdyby wywołali zdjęcia z mojego aparatu, niczego zdrożnego by się nie dopatrzyli. Strażnicy spoglądali na mnie podejrzliwie, gdy wyciągnąłem notes i zacząłem robić notatki. Wreszcie przybył szef policji politycznej i cała sprawa upadła w ciągu pięciu minut. Ale wtedy to ja postanowiłem przyjąć nieprzejednaną postawę.
– Bardzo mi przykro – rzekł policjant, kiedy złożyłem oburzony protest. – To wynik pomyłki, po prostu nadmierna gorliwość.
– Ale dlaczego w ogóle mnie aresztowano za robienie niewinnych zdjęć na targu?
– Poprosili pana o paszport, a pan go nie miał.
– Oczywiście, że nie miałem, ponieważ zgodnie z waszymi przepisami musi on zostać w hotelu. Miałem już mnóstwo kłopotów z tego tytułu, bo z tuzin policjantów pytało o mój paszport.
fot.Materiał wydawnictwa fot. Materiał wydawnictwa
– Nie są przyzwyczajeni do cudzoziemców – wyjaśnił. – Kiedyś to się zmieni.
Był tak pogodny i tak zupełnie nie przystawał do stereotypowego wizerunku szefa tajnej policji, że nie sposób było na niego się gniewać. W końcu wśród tysiącznych przeprosin odesłał mnie do hotelu swoim samochodem. Bardzo się niepokoił, że będę żywił urazę za ten areszt, i był zachwycony, kiedy uścisnęliśmy sobie ręce na schodach, na oczach sporego tłumu, który ciągle czekał w nadziei, że zobaczy, jak mnie zastrzelą.
Nie wróciłem prosto do hotelu. Powiedziałem szoferowi, żeby zawiózł mnie na targ, a tam zrobiłem zdjęcie chłopom sprzedającym drewniane łyżki.
Jak kończą wrogowie ustroju?
Następny poranek okazał się groźniejszy. Wyszedłem razem z francuskim nauczycielem. W Kijowie jest pewne paskudne wzgórze z brukowanymi ulicami, tortura dla koni. Rosyjscy woźnice zachęcają konia do wysiłku krzykiem i batem, ale Francuz i ja jako nieuczeni śmiertelnicy uważaliśmy, że lepiej będzie pchać. Dwie godziny zajęło nam zejście ze wzgórza. Za każdym razem, gdy byliśmy już w połowie drogi, widzieliśmy jakieś nieszczęsne zwierzę, które ślizgało się beznadziejnie na kocich łbach, ciągnąc za sobą ciężki wóz.
Pchaliśmy więc, póki się nie zmęczyliśmy, po czym wróciliśmy do hotelu, by wpisać swoje uwagi do książki skarg i wniosków. Kolejny raz wyszedłem sam. Miałem pewnego rosyjskiego przyjaciela, który miał przyjaciela w Kijowie, a ja udałem się, by odwiedzić owego przyjaciela mego przyjaciela. Zastukałem do drzwi jego mieszkania. Odezwał się jakiś głos. Założyłem, że mówi on „Proszę wejść”, więc wszedłem.
Ale przyjaciela mojego przyjaciela tam nie było, zamiast tego zobaczyłem policję. Złapali mnie, ale kiedy się zorientowali, że jestem cudzoziemcem, złagodnieli. Mierzyli mnie jednak podejrzliwymi spojrzeniami, a ja się zastanawiałem, co takiego zrobił ów przyjaciel mojego przyjaciela. Na miejsce przybył oficer i przemówił do mnie surowo, ale poddał się, widząc, że nic nie rozumiem. Posłał gdzieś jednego ze swoich ludzi, który przyprowadził, jak się okazało, nauczyciela z pobliskiej szkoły.
– O co tu chodzi? – zapytał mnie po niemiecku.
– To ja właśnie chciałbym wiedzieć! Przyszedłem tutaj, niewinny Anglik…
– Co? Anglik? – I zaczął dyskutować z oficerem.
– Mogła zajść pomyłka – powiedział do mnie po angielsku.
– Myśleli, że jest pan Niemcem.
– Ale co ja takiego zrobiłem? Przyszedłem po prostu do tego mieszkania…
– Po co?
– Żeby się spotkać…
– Po co?
– No po prostu, żeby się z nim spotkać.
– Zna go pan?
– Nie.
– To czemu pan chciał się z nim spotkać?
– Bo to przyjaciel jednego z moich przyjaciół.
– A jak się nazywa ten pański przyjaciel?
Ale w tamtej chwili wszystko mi się już bardzo nie podobało i uznałem, że im mniej będę mówił, tym lepiej.
– Poślijcie po szefa policji politycznej – zaripostowałem.
Moje żądanie wzbudziło zdziwienie, a nawet oszołomienie. Jednakże godzinę później przybył on na miejsce.
– A cóż to? Znowu pan! – zawołał.
Opowiedziałem mu dokładnie, co się wydarzyło, po czym chciałem wiedzieć, dlaczego tak się stało. Długo dyskutowaliśmy, ale w końcu wyciągnąłem z niego prawdę. Przyjaciela mojego przyjaciela skazano jako wroga ustroju i już rozstrzelano. Mój przyjaciel miał pójść jego śladem kilka tygodni później – gdybym zdradził jego nazwisko, dręczyłbym się tym do końca życia.
– Poślę kogoś z panem do hotelu – powiedział naczelnik. – Kiedy pan wyjeżdża z Kijowa?
– Jutro rano.
– Dzięki Bogu! – oświadczył w nagłym przypływie uczuć religijnych, gdy zobaczył kres ciążącej nad nim klątwy.
Nie musiał się martwić. Nie chciałem żadnych dalszych przygód. W zasadzie byłem przerażony, ponieważ stanąłem wobec czegoś, czego nie rozumiałem. Żaden Brytyjczyk nie zrozumie zwyczaju rozstrzeliwania ludzi z tego tylko powodu, że mają inne poglądy. Nie rozumiemy też tych przedziwnych rozpraw sądowych. Czy są szczere, czy też to tylko spektakle na użytek szerokiej publiczności? Czy więźniów odurzano, narkotyzowano, poddawano praniu mózgu czy też szantażowano życiem ich bliskich? A może, co jest najprostszym wyjaśnieniem ze wszystkich, ich zeznania były po prostu prawdziwe?
Zapewne jeszcze długo się tego nie dowiemy, ponieważ dzisiejsza propaganda to brutalny biznes. Ale pamiętam, jak dyskutowałem na ten temat z angielskim komunistą.
– Co pan sądzi o Neville’u Chamberlainie? – zapytałem.
Odpowiedź nie nadawała się do druku.
– Ale gdyby pan Chamberlain obwieścił jutro w parlamencie, że naprawdę był niemieckim szpiegiem, to by mu pan uwierzył? I tu mój przyjaciel musiał przyznać, że jednak nie.
Przeczytaj także: Jak ginęli „wrogowie” Stalina?
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.