Praca dzieci w XIX i XX wieku: długie godziny, brak pensji i ciężkie warunki. Czy terminowanie młodzieży to była nauka zawodu czy wyzysk?
Nędzne warunki, dziesięć albo nawet kilkanaście godzin dziennie i żadnej pensji przez lata – tak w XIX i XX wieku wyglądało przyuczanie dzieci do zawodu. I jeszcze pół biedy, gdy majster faktycznie czegoś uczył. Czasem „praktyki rzemieślnicze” okazywały się… darmową służbą.
Płatne praktyki
Nie od dziś mówi się, że dobrze jest mieć fach w ręku. Przeszło sto lat temu naukę zawodu określano mianem terminowania, uczniów rzemieślników nazywano zaś terminatorami. Teoretycznie – praktyczne umiejętności mogłyby ułatwić życie nastolatkom szukającym zatrudnienia. W praktyce terminowanie bywało furtką dla bardzo wielu nadużyć.
Praktyki często były płatne. Rodzice, oddając dziecko na przyuczenie, musieli je opłacić. Nie było to raczej klasyczne czesne za naukę, ale coś w rodzaju „wpisowego” uzgadnianego pomiędzy majstrem a rodziną przyszłego ucznia. Wysokość takiej opłaty mogła być bardzo różna, w zależności od branży i miejsca. Czasem wynosiła kilkadziesiąt rubli, kiedy indziej – określoną ilość mąki czy ziemniaków.
Niektóre rodziny nie mogły pozwolić sobie na żadną, nawet symboliczną opłatę. W takim wypadku znalezienie praktyk było trudniejsze, ale nie niemożliwe. Magdalena Kopeć w książce Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy opisuje starania wiejskiej rodziny:
„U szewca chcieli wielkich pieniędzy, u ślusarza wyśmiano go, gdy tylko wspomniał, że nie ma z czego zapłacić. Potem był u piekarzy, wreszcie trafił do krawca. […] Przyjęli! Matka z radości aż się popłakała, zapakowała synkowi tobołek: kawałek chleba, koszulę, którą sama utkała, kaftan, buty – ojcowe, ale przecież chłopcu do miasta bardziej potrzebne. […] Ojciec, nim go zostawił, ukłonił się dziesięć razy […]. Jak tylko ojciec wyszedł, majster pouczył chłopca, że teraz należy do niego”.
Relacje niewolnicze
Słowo „należy” jest w tym kontekście niezwykle trafne. Koniec terminowania nazywano „wyzwoleniem” lub „wyzwolinami” – terminator zostawał wówczas czeladnikiem, z kwalifikacjami i stosowną pensją. Wcześniej natomiast stosunek mistrza i ucznia przypominał relacje rodzinne (w tym sensie, że mistrz mógł swojego ucznia „po ojcowsku” karać), a w najgorszych wypadkach wręcz niewolnicze.
W pierwszych dekadach XX wieku przepisy prawne ograniczały możliwość zatrudniania dzieci, regulowały też kwestię przyuczania do zawodu. Teoretycznie uczniowie powinni znać okres nauki i zakres swoich obowiązków w zakładzie, a majster powinien też zadbać o to, by mieli czas na zajęcia w szkole uzupełniającej (przypominającej pod pewnymi względami współczesne szkoły zawodowe). By nie przeciążać dzieci, nie wolno było przyjmować do terminu przed ukończeniem 12 roku życia. Uczniowie mogli pracować „jedynie” 8 godzin dziennie.
fot.George P. Lewis / domena publicznaBy nie przeciążać dzieci, nie wolno było przyjmować do terminu przed ukończeniem 12 roku życia
Ówczesne normy, i tak dość kontrowersyjne w porównaniu do dzisiejszych standardów, łatwo było obejść. Przepis nakazujący pracodawcy zwalnianie ucznia z pracy na 6 godzin tygodniowo (by umożliwić mu naukę) przeważnie pozostawał martwy. Ośmiogodzinne zmiany wydłużały się do dziesięciu, a nawet dwunastu godzin dziennie. W rzeźniach zdarzało się, że młodociani pomocnicy kończyli pracę po szesnastu godzinach. I o ile w dzień starano się jeszcze trzymać w zakładach jakieś pozory, o tyle na nocnych zmianach nikt nawet nie starał się maskować nadużyć. Inspektorzy i tak zazwyczaj wtedy nie przychodzili, a nawet jeśli, szybko dało się ukryć dzieci, których od dawna nie powinno już być w pracy.
Dobrze, jeśli przez kilka lat ciężkiej doli terminatorzy faktycznie uczyli się zawodu, a po umówionym czasie otrzymywali stosowne dokumenty. Nie było to wcale takie oczywiste. Dzieci, pozostawione „pod opieką” właścicieli zakładów, kończyły nieraz jako służący albo ktoś na posyłki. Zamiast uczyć się pieczenia czy ślusarstwa, sprzątały domy i zakłady albo opiekowały się dziećmi majstra. A jeśli ten zdecydował się wyrzucić ucznia tuż przed jego wyzwolinami – ciężka dola zaczynała się od początku.
Przeczytaj także: Dziecko – robotnik za 1/4 pensji
Za kąt do spania i miskę kaszy
Co z pensją? Najczęściej – nic. Dzieci zwykle terminowały za darmo lub za marne grosze. „Wynagrodzeniem” za ciężką pracę miała być sama nauka i dokumenty poświadczające doświadczenie w zawodzie. Takie przyuczanie mogło trwać nawet kilka lat, a rozmowa o lepszej (lub jakiejkolwiek) pensji groziła utratą posady.
Uczniowie mieli przynajmniej zapewniony dach nad głową i jedzenie. Dla najbiedniejszych rodzin okazywało się to nieraz wybawieniem. Z drugiej strony warunki samych dzieci dalekie były od komfortowych. Spać można było na siennikach w zakładach – rozkładane łóżko to już luksus. Terminatorzy zajmowali też sutereny budynków albo pomieszczenia dla zwierząt, jeśli te były akurat gdzieś utrzymywane. W miejscach, które przyjmowały najwięcej uczniów, inspektorzy znajdowali dzieci śpiące dwójkami na siennikach rozłożonych na podłodze. Nocowali często w ciemnych, wilgotnych pomieszczeniach, niedomyci i zmarznięci.
fot.domena publicznaDzieci zwykle terminowały za darmo lub za marne grosze
Posiłki były skromne, ale były. W XX-wiecznych pamiętnikach znajdujemy wspomnienia śniadań, będących właściwie resztkami z pańskiego stołu. W porze obiadu albo wieczorem było już trochę lepiej. Terminatorzy zazwyczaj codziennie dostawali coś ciepłego. Jak pisze Magdalena Kopeć, zasiadali oni do stołu z rodziną majstra i czeladnikami. W parujących miskach czekała na nich potrawka z kaszy, w kubkach natomiast zsiadłe mleko.
Powodów do narzekania nie brakowało: ciężka praca, brak wolnego czasu, kiepskie jedzenie, złe warunki sanitarne, a czasem też dotkliwe kary. Dzieci uczące się zawodu niewiele jednak mogły zrobić. Często nie znały warunków umowy, zawieranej ustnie między majstrem a ich rodzicami (choć zgodnie z prawem – powinny). Choć inspektorzy widzieli wiele, młodzi terminatorzy nie chcieli im się skarżyć. A do domu rodzinnego też nie było po co uciekać, jeśli czekała w nim taka sama, jak nie większa, nędza.
Przeczytaj także: Ludwika Mariconi i dzieci ulicy
Nie wszędzie tak źle
Trudno powiedzieć, jak wielu właścicieli zakładów nieuczciwie wykorzystywało pracę dzieci. W dość dobrej sytuacji byli ci, którym udało się zatrudnić w miejscu pracy rodziców. Wtedy najczęściej rodzina nie musiała płacić, a dzieci faktycznie czegoś się w tej pracy uczyły. Kopeć w Pastuszkach… opisuje wiele nadużyć i przykrych sytuacji, ale pojawiają się też wspomnienia o zakładach, w których młodociani faktycznie otrzymywali uczciwą pensję.
fot. George P. Lewis / domena publicznaW dość dobrej sytuacji byli ci, którym udało się zatrudnić w miejscu pracy rodziców
Kiedy jedni terminatorzy pracowali od świtu do zmierzchu, bez szansy na kontynuowanie nauki, innym zdarzały się chwile wolnego. Miesięcznik Wołyńskie Wiadomości Rzemieślnicze z marca 1938 roku opisuje działalność uczniów Szkoły Doszkalającej w Rożyszczach, w powiecie łódzkim. Jak się okazuje, młodzież spotykała się tam w każdy piątek, by skorzystać z książek i gier zgromadzonych na świetlicy. W szkole funkcjonowało kilka stowarzyszeń, w tym koło miłośników książki, a uczniowie mogli korzystać ze zniżki na bilety w kinie.
Przeczytaj także: Mali włóczędzy. Dzieci, które uciekały od biedy
Uczeń – szkodnik
Ten sam numer Wołyńskich Wiadomości Rzemieślniczych opublikował artykuł polemiczny „O terminowaniu”. Jego autor staje w kontrze do ówczesnych głosów na temat złych warunków przyuczania do zawodu. Julian Marcinkiewicz, mistrz stolarski, stanowczo nie zgadza się z porównywaniem terminatorów do taniej siły roboczej. Jego zdaniem uczeń to nie pracownik, a… dodatkowy koszt dla rzemieślnika.
„Uczeń potrafi w przeciągu jednej sekundy złamać jakieś cenne narzędzie, którego wartość przewyższa nieraz kilkumiesięczną jego pracę – pisze Marcinkiewicz. […] Zajmuje miejsce w warsztacie, nieraz bardzo ograniczone, na którym pracownik wykwalifikowany, fachowiec, mógłby dać pryncypałowi o wiele lepsze zyski, nie naruszając nerwów mistrza, który prawie siłą musi nieraz ucznia zmuszać do pracy”.
Jak to „zmuszanie prawie siłą” faktycznie wyglądało – możemy próbować się domyślać. Raporty XX-wiecznych inspektorów pracy zawierały nieraz sugestie, że uczniowie bali się swoich mistrzów. Przykładowo: Irena Zimmerspitzówna, kontrolująca zakłady na terenie powiatu krakowskiego, opisuje, że w jednej z fabryk udało jej się porozmawiać z grupą chłopców w różnym wieku. Ci opowiadali o braku odpoczynku i choćby chwili dla siebie. Jednak gdy w pobliżu pojawił się majster, zamarli. Rozmowa skończona.
Bibliografia
- Garczyński J., Z życia Publicznej Szkoły Dokształcającej Zawodowej w Rożyszczach, „Wołyńskie Wiadomości Rzemieślnicze” (3), 1938, s. 6.
- Kopeć M., Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy, Warszawa 2025.
- Krahelska H., Praca dzieci i młodocianych w Polsce, Warszawa 1928.
- Marcinkiewicz J., O terminowaniu. (artykuł dyskusyjny), „Wołyńskie Wiadomości Rzemieślnicze” (3), 1938, s. 10.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.