Powstanie Mau Mau w Kenii miało przynieść niepodległość i wolność. Zamiast tego tysiące ludzi trafiło do „Rurociągu” – obozów pracy i tortur, gdzie poniżenie, bicie i śmierć stały się codziennym doświadczeniem.

Polecamy tekst wprowadzający do artykułu: Imperium za drutem: Kenia i obozy, których nie wolno było nazwać
Prześwietlić i złamać
Schwytanie i zabicie przywódcy powstania nie oznaczało złamania ducha ludności. Brytyjczycy przekonali się o tym 21 października 1956 roku, kiedy schwytano Dedana Kimathiego – głównodowodzącego Mau Mau. Błyskawicznie go osądzono, skazano na śmierć i powieszono. Jednak Kikuju wciąż marzyli o wolności i odzyskaniu ziemi. Wówczas Brytyjczycy postanowili złamać ich wolę wszystkimi dostępnymi środkami, nawet najbardziej brutalnymi.

Pomnik bojownika Mau-Mau Dedana Kimathiego w Nairobi.
Każdy schwytany musiał zostać „prześwietlony” – czyli przesłuchany, często przy użyciu tortur. Skargi na stosowane metody zaczęły trafiać do władz kolonialnych. Kościelne Towarzystwo Misyjne oskarżało służby o pobicia, również śmiertelne, i „stosowanie przyrządów do kastracji”.
Tortury dla ludzi o mocnych nerwach
Caroline Elkins w książce Dziedzictwo przemocy. Historia Imperium Brytyjskiego opisuje, że biali i czarni współpracownicy imperium dopuszczali się potwornych zbrodni: podłączali więźniów do akumulatorów samochodowych, przywiązywali ich linami do zderzaków i ciągnęli aż do grobu, przypalali papierosami, ogniem i rozżarzonymi węglami. Wpychali do odbytu mężczyzn i pochwy kobiet butelki, lufy, noże, robactwo, kije czy gorące jaja. Miażdżyli kości, wybijali zęby, odcinali palce, kastrowali mężczyzn specjalnie skonstruowanymi przyrządami lub po prostu bili ich po genitaliach, „aż pękała moszna”.

Kenia pod panowaniem brytyjskim
Nie koniec na tym. Do bicia używano bicza ze skóry hipopotama – zwanego kiboko – pałek, kijów lub pięści. Strażnicy znajdowali sadystyczną przyjemność w torturach związanych z fekaliami. Internowanych zmuszano do ręcznego czyszczenia kubłów z ekskrementami, a także do wielogodzinnego biegania z wiadrem pełnym nieczystości nad głową – aż zawartość wylewała się na nich. Stosowano także powolne rażenie prądem, trwające nawet dniami.
Czytaj także: Imperium Brytyjskie. Rasa panów, snobów i megalomanów
Obozy „Rurociągu”
Choć Wielka Brytania była sygnatariuszem konwencji genewskich, ruch Mau Mau nie uznano za jeńców wojennych. W oczach administracji kolonialnej nie mieli żadnych praw. Trafiali do sieci obozów nazwanych „Rurociągiem”: przejściowych, pracy, specjalnych dla internowanych, banitów, kobiet, nieletnich i wodzów. Kobiecy obóz mieścił się w Kamiti, a najbardziej zatwardziałych więźniów kierowano do Athi River.
Za nazwą „Rurociąg” kryła się cyniczna logika – każdy podejrzany musiał przejść kolejne etapy internowania. Najpierw „prześwietlenie”, czyli brutalne przesłuchanie. Potem klasyfikacja: „biali” wracali do rezerwatów (które szybko się przeludniały), „szarzy” trafiali do obozów pracy, gdzie teoretycznie „dobrowolnie” uczestniczyli w projektach infrastrukturalnych, np. w kopaniu 60-kilometrowego kanału irygacyjnego. „Czarni” – uznani za najbardziej niebezpiecznych – skazywani byli na katorżniczą pracę przymusową. Do tej grupy trafiali nie tylko członkowie Mau Mau, ale także ludzie zatrzymani bez procesu i wyroku.
Procesy pozorne
Kolonialne procesy były farsą. Obrońcy – najczęściej prawnicy pochodzenia południowoazjatyckiego – mieli związane ręce. Fitz de Souza wspominał: „Podejrzanym stawiano sfingowane zarzuty, dowody podkładano, świadków oskarżenia sprowadzano w ostatniej chwili, a nam nie pozwalano ich przesłuchiwać. Nie przedstawiano żadnych dowodów – reprezentowaliśmy ludzi oznaczonych numerem, a nie nazwiskiem”.

Patrol kolonialny wypatruje rebeliantów
Wielu więźniów w ogóle nie docierało do obozów – 1090 osób sądy doraźne skazały na szubienicę. Ci, którzy odbyli zasądzone kary, i tak otrzymywali „Formularz C”, kierujący ich z powrotem do Rurociągu na „resocjalizację”. W obozach uczono ich zachodnich wzorców życia i postaw obywatelskich, a misjonarze podejmowali próby chrystianizacji.
Czytaj także: Brytyjskie obozy koncentracyjne w Afryce
Cierpienie bez końca
W obozach tortury i śmierć były codziennością. Więźniów bito na komendę oficerów, zmuszano do kąpieli w basenach dla bydła wypełnionych środkami dezynfekcyjnymi – nie wszyscy wychodzili z nich żywi. Ocalali otrzymywali zalutowane żelazne bransoletki z numerami – mniej trwałe, ale równie odczłowieczające jak tatuaże obozowe.
Największe obozy – Manjani i Mackinnon Road – mieściły po 20 tysięcy więźniów, lecz i te szybko się przepełniały. Już w czerwcu 1954 roku cała sieć obozów pękła w szwach. Oficjalne sprawozdania mówiły o 70–80 tysiącach internowanych, lecz były to liczby uśrednione. W rzeczywistości przez obozy przewinęło się ich dwa, a nawet cztery razy więcej.
Kiedy „Rurociąg” przestał wystarczać, Brytyjczycy sięgnęli po znane z Malajów przesiedlenia. Dziesiątki tysięcy Kikuju trafiały do prywatnych posiadłości Europejczyków, gdzie również czekał ich terror ze strony służb bezpieczeństwa.

Największe obozy – Manjani i Mackinnon Road – mieściły po 20 tysięcy więźniów, lecz i te szybko się przepełniały.
Cierpienie kenijskiej ludności wydawało się nie mieć końca. Społeczność międzynarodowa nie upomniała się o ofiary, a Brytyjczycy długo tuszowali skalę zbrodni. Dopiero lata później Mau Mau doczekali się rehabilitacji, a Kenia – wyczekiwanej niepodległości.


KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.