Ciekawostki Historyczne
Zimna wojna

„Cześć! Giniemy!”. Ostatnie dramatyczne minuty lotu „Tadeusza Kościuszki”

Pożar silników, kolejne awarie i samolot, nad którym piloci stopniowo tracili kontrolę. Załoga Iła-62M „Tadeusz Kościuszko” do ostatnich chwil walczyła o uratowanie 183 osób. Do warszawskiego lotniska zabrakło zaledwie kilkudziesięciu sekund. Ostatnie słowa z kokpitu przeszły do historii polskiego lotnictwa.

Tekst jest fragmentem książki „PRL. Największe katastrofy. Tragedie lotnicze, wypadki komunikacyjne, pożary i eksplozje” autorstwa Sławomira Kopra i Mariusza Muchy, wydanej nakładem Wydawnictwa Harde, 2026

Dramatyczne dwa kwadranse

Nad Warlubiem, o godzinie dziesiątej czterdzieści jeden za­łoga i pasażerowie odczuli silny wstrząs. Nie były to turbu­lencje, gdyż pojawił się akustyczny sygnał przerywany, co było informacją, że wyłączył się autopilot. Kilkanaście sekund później rozbrzmiał sygnał o rozhermetyzowaniu kabiny. To wtedy zdano sobie sprawę z pożaru jednego z silników, więc drugi został awaryjnie wyłączony przez kapitana. Po krótkiej, ale dramatycznej rozmowie z wieżą kontrolną Okęcia zapa­dła decyzja o powrocie. Tym bardziej że piloci, obserwując wskaźniki, zaczęli zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji.

„Jeśli silnik z jakichś przyczyn traci moc – wyjaśniał do­świadczony mechanik pokładowy Karol Kłosiewicz – widać to po najrozmaitszych parametrach, spadku ciśnienia pali­wa, spadku ciśnienia oleju, spadku obrotów przede wszyst­kim, to oczywiście silnik należy wyłączyć. W określonych sekcjach silnika są umieszczone termopary i po przekrocze­niu odpowiedniej temperatury, która wskazuje, że ma miej­sce pożar silnika, uruchamia się pierwsza kolejka gaśnic. Jeśli pożar został ugaszony, to wtedy przestaje wyć syrena i przestaje migać czerwona tabliczka »pożar silnika«

Sytuacja wydawała się opanowana, gdyż zgodnie ze wskazaniami przyrządów silniki przestały płonąć. Piloci nie zdawali sobie jednak sprawy z faktu, że fragmenty tur­bin uszkodziły kolejną jednostkę napędową, a także drzwi do kadłuba samolotu, co spowodowało dekompresję kabiny. Na domiar złego zniszczona została sieć elektroenergetycz­na oraz popychacze układu kierowania sterem wysokości. Rozgrzane fragmenty turbiny wywołały też pożar w jednym z luków bagażowych.

„Najgorsza sytuacja, jaka może zdarzyć się pilotowi – tłumaczył lotnik i przyjaciel załogi Kościuszki kapitan Marian Nowotnik. – Nie mieli świadomości, że dwa razy gasili pożar z pozytywnym skutkiem, a tymczasem tliło się kolejne ognisko pożaru. (…) Po pierwszych chwilach zde­nerwowania opanowali się i kontynuowali szybkie zniżanie do wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów. Sterowali samolotem za pomocą tak zwanego trymera, czyli klapek wyważających ster wysokości.

fot. Felix Goetting – Gallery page https://www.airliners.net/photo/LOT---Polish/Ilyushin-Il-62M/1253004/L Photo https://cdn-www.airliners.net/aviation-photos/photos/4/0/0/1253004.jpg / GFDL 1.2

Ił-62M o numerze rejestr. SP-LBG, który uległ wypadkowi. Zdjęcie wykonane na lotnisku Nowy Jork-JFK siedem miesięcy przed katastrofą.

Obniżenie pułapu było konieczne, gdyż w pozbawionym kompresji samolocie można w miarę swobodnie oddychać dopiero poniżej wysokości czterech tysięcy metrów, a nale­ży pamiętać, że Ił-62M nie był wyposażony w maski tleno­we dla pasażerów. Bezpieczną wysokość udało się osiągnąć kilka minut później, a piloci przez chwilę zastanawiali się, czy nie wylądować na najbliższym lotnisku w Rębiechowie pod Gdańskiem. Szybko jednak odrzucili ten pomysł, gdyż maszyna była zbyt ciężka.

„Każdy samolot ma określony maksymalny ciężar star­towy – wyjaśniał kapitan Tomasz Smolicz – i maksymalny ciężar do lądowania. Jeśli chodzi o Iła-62, rozpiętość tych ciężarów była bardzo duża. Do startu sto sześćdziesiąt sie­dem ton, a do lądowania sto siedem ton. Zawory pozwalają­ce na zrzut paliwa w czasie lotu nie działały prawidłowo. Co jakiś czas przestawały pracować, zlewanie się zatrzymywało, bowiem akurat brakowało napięcia na tej sieci czy na innej.

W zbiornikach było wówczas jeszcze około siedemdzie­sięciu ton paliwa i piloci poinformowali wieżę kontrolną, że będą zrzucali naftę lotniczą, co przy awarii zaworów sta­nowiło kolejny problem. Chwilami nie dochodził do nich prąd, gdyż działał tylko jeden generator. Jednocześnie nie działała klimatyzacja i oświetlenie, a pasażerowie okazywali coraz większe zaniepokojenie. W tej sytuacji personel poin­formował o awarii i powrocie do Warszawy.

Ciężki i pracujący jedynie na dwóch silnikach samolot opadał coraz bardziej, a sterowanie wyłącznie za pomocą trymera uniemożliwiało utrzymanie zaplanowanej wysoko­ści. Piloci mieli obawy, czy uda im się dolecieć do Warsza­wy i w kokpicie pojawiła się sugestia, by lądować awaryjnie w Modlinie.

O dziesiątej pięćdziesiąt jeden zwrócono się do wieży kontrolnej z prośbą o zgodę na przyziemienie w Modlinie. Lotnisko było wówczas w zarządzie Ludowego Wojska Pol­skiego i decyzję musiał podjąć ośrodek koordynacji lotów w podwarszawskich Pyrach.

Zanim jednak uzyskano zgodę, doszło do kolejnej eks­plozji z tyłu samolotu, być może też powstała wówczas duża dziura w kadłubie. Przyrządy przestały działać, a co gorsza, obsługa wojskowego lotniska nie była w stanie podać pod­stawowych warunków pogodowych. Kapitan wiedział jedy­nie, że pas miał długość nieco powyżej trzech kilometrów, co mogło się okazać niewystarczające dla samolotu, który potencjalnie mógł być zmuszony do lądowania bez wypusz­czonego podwozia. Ił znajdował się wówczas na wysokości poniżej trzech tysięcy metrów i leciał z prędkością niespełna pięciuset kilometrów na godzinę.

Załoga była przekonana, że doszło do eksplozji kolejne­go silnika, ale później pojawiały się opinie, że miała miejsce jakaś powietrzna kolizja. Prokuratura i komisja rządowa, badające katastrofę, odrzuciły podobne rewelacje, ale nikt nie był w stanie wyjaśnić, co właściwie się stało. Być może zatem doszło do eksplozji paliwa wyciekającego z przerwa­nych przewodów w miejscu pożaru, który rozprzestrzeniał się w lukach bagażowych i przedziale technicznym. Nie­wykluczone również, że eksplodowały spirytualia wiezione w bagażach pasażerów, gdyż butelki wódki były popularny­mi prezentami osób udających się za Atlantyk.

Piloci w każ­dym razie nic o pożarze nie wiedzieli, a jedyna wiadomość, jaka do nich dotarła, informowała o iskrzeniu i poważnym uszkodzeniu tylnej części kadłuba. Zapisy z czarnej skrzyn­ki zdradzają dużą nerwowość załogi, ale po chwili pilo­ci zorientowali się, że dwa silniki dalej pracują. Wówczas o godzinie jedenastej podjęli decyzję, by lecieć na lotnisko Okęcie, gdzie było odpowiednie zabezpieczenie przeciwpo­żarowe i ratownicze. Maszyna była wówczas na wysokości dwóch tysięcy metrów i miała do pokonania dziewięćdzie­siąt kilometrów.

fot.Fabio Meister – Praca własna / CC BY-SA 3.0

Zespół silników samolotu Ił-62 – nr 1 (silnik zewnętrzny) i nr 2 (silnik przy kadłubie)

Zaplanowano lądowanie na pasie o numerze trzydzieści trzy, co wymagało okrążenia rejonu lotniska. Zadecydował o tym kierunek wiatru i odsłonięty, pozbawiony zabudowy rejon podejścia, co przy bardzo płaskim torze lotu miało wielkie znaczenie. Kapitan nie chciał ryzykować przyzie­mienia „z trasy”, gdyż wówczas wiatr wiałby w ogon uszko­dzonego odrzutowca, a do tego przypuszczał, że zapewne nie uda się wysunąć podwozia. W samolocie wciąż było zbyt dużo paliwa i podczas nieco dłuższego lotu można było cały czas je zrzucać. Doszło do paradoksalnej sytuacji, gdyż z jednej strony w maszynie dochodziło do kolejnych awarii, co skłaniało do jak najszybszego przyziemienia, ale lądowa­nie bez podwozia, ze zbyt dużą ilością paliwa musiałoby się zakończyć eksplozją.

Dwie minuty później kapitan Pawlaczyk wezwał do ka­biny przełożoną stewardes Marię Berger-Senderską i popro­sił ją o przygotowanie pasażerów do lądowania awaryjnego. Starał się ją uspokoić, tak by mogła bez emocji przekazać zalecenia dla podróżnych. Mieli „usiąść głęboko w fotelach, zapiąć ciasno pasy, pochylić tułów jak najniżej, objąć ciasno kolana rękoma, a nogi mocno oprzeć o podłogę”.

O jedenastej osiem było już wiadomo o pierwszej ofie­rze lotu LO0555, gdyż załoga zorientowała się, że nie można odnaleźć stewardesy Hanny Chęcińskiej. Najprawdopodob­niej przebywając wcześniej w pomieszczeniu technicznym tuż obok silnika, straciła przytomność z powodu braku tle­nu i spłonęła w pożarze. Są to jednak tylko przypuszczenia, ponieważ po katastrofie nie zidentyfikowano ciał ponad sześćdziesięciu ofiar.

Pojawiła się jednak hipoteza, że stewardesa została wy­ssana na zewnątrz przez uszkodzone drzwi samolotu, a plot­ka była tak sugestywna, że oddziały ZOMO przeszukiwały lasy pod Warlubiem, nad którym doszło do uszkodzenia kadłuba.

Dokładnie w tym samym czasie, gdy okazało się, że za­ginęła stewardesa, rozległ się ciągły sygnał sygnalizujący po­żar kolejnego silnika.

Osiem minut po decyzji o locie na Okęcie załoga zameldo­wała o płomieniach z tyłu samolotu. Personel maszyny był coraz bardziej zdenerwowany, co słychać na zapisach z czar­nej skrzynki. Bardziej zresztą dyskutowano między ze sobą, niż rozmawiano z wieżą kontrolną. I naprawdę trudno się temu dziwić.

Nie zdawano sobie również sprawy z dokładnego poło­żenia odrzutowca, który znajdował się wówczas dwadzie­ścia kilometrów od Piaseczna na wysokości tysiąca cztery­stu pięćdziesięciu metrów. Pożar był już dość intensywny i przypadkowi obserwatorzy z ziemi opowiadali później, że widzieli dym wydobywający się z ogona samolotu i liczne iskry z kadłuba. Gdy Ił znalazł się w okolicy Józefosławia, dziesięć kilometrów od pasa startowego, od samolotu odpa­dły przepalone elementy kadłuba i wyposażenia przedziału technicznego. Ogień spowodował całkowite zniszczenie niektórych elementów konstrukcyjnych, a zwłaszcza tych wykonanych ze stopu magnezu. Spłonęły też prawdopo­dobnie wsporniki i tekstolitowe wałki prowadzące do linki sterowania trymerem steru wysokości, w efekcie utrzymanie wysokości lotu stało się praktycznie niemożliwe. Załoga nie mogła wyprowadzić samolotu z zakrętu w kierunku do osi pasa i maszyna oddalała się od niej coraz bardziej w prawo.

Kościuszko stał się już całkowicie niesterowny i co chwi­lę obniżał lub podnosił pułap lotu. Kapitan jednak do koń­ca starał się zachować spokój i na minutę przed katastrofą wyjaśniał załodze i wieży kontrolnej, że zrobi wszystko, co będzie mógł.

fot.Grzegorz Petka – Praca własna / domena publiczna

Zbiorowa mogiła ofiar katastrofy na cmentarzu Komunalnym Północnym w Warszawie

O godzinie jedenastej dwanaście czterokrotnie włączono radiostację nadawczą, ale zarejestrowano tylko fragmenty niezrozumiałych wypowiedzi. Na koniec pojawił się wstrzą­sający komunikat: „Dobranoc! Do widzenia!”, a potem już tylko słowa: „Cześć! Giniemy!”.

Załoga nie potrafiła powstrzymać zniżania w kierun­ku ziemi i przy prędkości czterystu siedemdziesięciu ki­lometrów na godzinę maszyna dosięgnęła wierzchołków wysokich, ponad dwudziestometrowych drzew, rosnących na skraju Lasu Kabackiego. Kościuszko wyciął w lesie pas o długości trzystu siedemdziesięciu metrów, po czym eks­plodował, ponieważ w zbiornikach znajdowały się jeszcze trzydzieści dwie tony paliwa. Od lotniska samolot dzieliło czterdzieści sekund lotu, gdyż próg pasa numer trzydzieści trzy znajdował się w odległości pięciu tysięcy siedmiuset metrów. Co więcej, dwieście metrów dalej kończył się las i za nim rozciągało się miękkie pole uprawne.

Pilot śmigłowca wysłanego z Okęcia stwierdził po przy­locie na miejsce katastrofy, że „tego nikt nie mógł przeżyć”. Miał rację, zginęły sto osiemdziesiąt trzy osoby.

Tekst jest fragmentem książki „PRL. Największe katastrofy. Tragedie lotnicze, wypadki komunikacyjne, pożary i eksplozje” autorstwa Sławomira Kopra i Mariusza Muchy, wydanej nakładem Wydawnictwa Harde, 2026

Zobacz również

Historia najnowsza

„Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Dlaczego komuniści oskarżyli polskich biskupów o zdradę?

W 1965 roku polscy biskupi skierowali do niemieckich duchownych historyczne orędzie, w którym padły słowa o przebaczeniu i pojednaniu. Reakcja władz PRL była gwałtowna. Prymasa...

4 listopada 2026 | Autorzy: Norman Davies

Zimna wojna

PRL. Największe katastrofy

Po sukcesie książki PRL od kuchni Sławomir Koper i Mariusz Mucha postanowili przybliżyć czytelnikom największe katastrofy epoki PRL-u.

3 listopada 2026 | Autorzy: Redakcja

Druga wojna światowa

Polska Ludowa 1944. Rewolucja na wsi i chaos pierwszych miesięcy nowej władzy

Jesienią 1944 roku Lublin stał się miejscem, w którym testowano przyszły kształt powojennego państwa. W mieście ogarniętym chaosem wojny tworzono nowe instytucje, a na wsi...

30 marca 2026 | Autorzy: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Zimna wojna

Akcja „Hiacynt”. Jak władze PRL stworzyły kartotekę homoseksualistów

W 1985 roku milicja i Służba Bezpieczeństwa przeprowadziły jedną z najbardziej kontrowersyjnych operacji w historii PRL. Pod pretekstem walki z AIDS i przestępczością zatrzymywano tysiące...

18 marca 2026 | Autorzy: Sławomir Koper

Zimna wojna

Socrealizm w Polsce. Gdy artyści musieli służyć władzy

Po wojnie komunistyczne władze postanowiły podporządkować kulturę ideologii. Literatura, architektura, muzyka i film miały wychowywać społeczeństwo w duchu socjalizmu. W zamian za posłuszeństwo twórcy otrzymywali...

9 marca 2026 | Autorzy: Sławomir Koper

Zimna wojna

PRL. Artyści niesforni

Artyści niesforni. Bez definicji. Wolni tak bardzo, że dawali wolność innym.

4 marca 2026 | Autorzy: Redakcja

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.