Karty pracy, głodowe pensje i obowiązek zatrudnienia już od czternastego roku życia, tak wyglądała codzienność pracy w Generalnym Gubernatorstwie. W odpowiedzi wielu Polaków wybierało sabotaż i bierny opór wobec okupanta.
Dla twórców niemieckiego państwa totalitarnego praca była najważniejszą ludzką czynnością i obowiązkiem. Dlatego okupant wezwał robotników, urzędników i nauczycieli do natychmiastowego stawienia się w miejscu dotychczasowej pracy. 31 października 1939 roku Frank wydał rozporządzenie, na mocy którego Urzędy Pracy miały prawo nakładać na każdego w wieku od 18 do 60 roku życia obowiązek pracy, aczkolwiek nie przymus, który — przypomnijmy — dotyczył Żydów. Od 14 grudnia tego roku temu obowiązkowi podlegały dzieci po ukończeniu 14 roku życia. Od stycznia 1941 roku każdemu wpisywano miejsce zatrudnienia do karty pracy (Arbeitskarte), co miało ułatwić kontrolę zasobów ludzkich. Tylko osoby zaopatrzone w kartę pracy mogły otrzymać kartę żywnościową. Karta pracy pełniła też funkcję polisy ubezpieczeniowej, która mogła chronić, choć nie zawsze, przed zesłaniem na roboty w Rzeszy. Te względy były istotniejsze dla właściciela karty pracy niż marne zarobki.
Niemcy krzewili kult dobrej, uczciwej i sumiennej pracy, a prasa zamieszczała informacje o nagradzaniu „rycerzy pracy”, czyli przodowników, produktami żywnościowymi, papierosami oraz dyplomami z podpisem generalnego gubernatora. Niemcy zalecali pracę w kolektywach. Indywidualnej nie cenili jako egoistycznej. Potępiali i karali krnąbrnych i leniwych, bumelantów i dekowników. Dla nich nie było miejsca w nazistowskiej wizji GG. Dlatego karali chłostą lub zesłaniem do obozu pracy „elementy bezużyteczne”, „aspołeczne”, tj. osoby, które unikały pracy, w tym także żebraków. Bezużytecznymi byli pensjonariusze szpitali dla psychicznie chorych i chorych na nieuleczalne choroby. Na nich zapadł wyrok, który szybko został wykonany. Do bezużytecznych należeli polscy emeryci, dlatego emerytury były niskie i rzadko waloryzowane. Powszechna eutanazja emerytów to nazistowska wizja, która miała być spełniona po wojnie wobec Słowian.
fot.Lonio17 – Praca własna / CC BY-SA 4.0Generalne Gubernatorstwo na tle ziem okupowanych II Rzeczypospolitej
Ze względu na potrzeby wojenne nakazano coraz dłużej pracować, co najmniej 10 godzin dziennie z godzinną lub półtoragodzinną przerwą. Do domów wracano około godziny 17.00–18.00. W 1944 roku czas pracy przedłużono do 60 godzin tygodniowo, a bywało, że w zakładach zbrojeniowych kazano pracować 72 godziny w tygodniu, gdyż brakowało ludzi do pracy z powodu wywózek do Rzeszy i wymordowania Żydów. Jedynie w pierwszych kilkunastu miesiącach okupacji problemem nie był brak pracowników, ale nadmiar. Prawie do końca 1940 roku bezrobocie było wysokie, zwłaszcza w przemyśle. Bezrobotni otrzymywali skromne zasiłki. Wraz z poprawą koniunktury skracano prawo do urlopów do sześciu dni, a nieraz w kolejnych latach wojny w ogóle ich nie przyznawano.
Przeczytaj także: Codzienność pod okupacją
W ogłoszeniach miejsce „szukam pracy” zastąpiło „dam pracę”. Poprawa koniunktury i wzrost zapotrzebowania na pracę, w tym kobiet, stanowiły wybawienie dla tysięcznej rzeszy inteligencji, twórców, naukowców, nauczycieli szkół średnich, artystów, studentów, w tym z ziem wcielonych do Rzeszy, którzy znaleźli pracę.
Celem okupanta było poddanie rynku pracy pełnej kontroli. Dlatego od lutego 1941 roku o jej zmianie decydowały Urzędy Pracy, ale w praktyce ten nakaz ludzie niejednokrotnie omijali. 15 maja 1942 roku wydano kolejne rozporządzenie o „zapewnieniu siły roboczej do wykonania zadań o szczególnym znaczeniu państwowym”, które pozwalało dowolnie przenosić pracownika z zakładu do zakładu.
Sabotaż, bumelanctwo i opór wobec niemieckiego systemu
Polacy nie mieli żadnego powodu, aby pracować wydajnie. Dlatego wykonywali pracę najczęściej byle jak, nieraz tylko ją pozorowali. O tym przypominał słynny żółw malowany na płotach, murach, powielany w ulotkach podziemnych. Pracę miano wykonywać najwolniej, jak tylko można, odpoczywać jak najczęściej i produkować niestarannie. „Polak w niewoli pracuje powoli” — mogliśmy przeczytać w ulotkach. Ale był to miecz obosieczny, gdyż sabotaż pracy prowadził do lekceważenia w ogóle pracy jako zła koniecznego. „To nastawienie psychiczne, dziś konieczne, niełatwo będzie zmienić z dnia na dzień. Przyszła Polska […] na pewno będzie Polską pracy” — pisano z troską w „Biuletynie Informacyjnym Ziemi Czerwieńskiej” 7 lutego 1943 roku.
fot.Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 2-7234, domena publiczna)Jeden z warszawskich bazarów, sierpień 1941 r.
Podziemie zalecało sabotaż, w tym psucie maszyn i urządzeń, wykonywanie wadliwych produktów, wykradanie produktów i surowców. Trudno zdiagnozować precyzyjnie skalę i skutki tego zjawiska, gdyż nie jest to uchwytne od strony źródłowej. Pod koniec okupacji podziemie niepodległościowe zmieniło nieco strategię i zachęcało jedynie do wytwarzania wadliwych produktów, natomiast zakazało psucia maszyn, które miały służyć Polsce po przepędzeniu okupanta. Nie jest też łatwo odpowiedzieć na pytanie, czy faktycznie niska wydajność była następstwem sabotażu, czy też może zmęczeniem wyczerpującą pracą, niedożywieniem i skromnymi płacami.
Głodowe pensje i walka o przetrwanie rodzin
Płace w GG w ogóle były niskie. W 1940 roku robotnicy zarabiali od 120 do 300–350 złotych. Urzędnicy z wyższym wykształceniem otrzymywali ponad 500 złotych, a najwyżej cenieni i znający doskonale język niemiecki tysiąc złotych. Feliks Młynarski, prezes Banku Emisyjnego, zarabiał (przed ubruttowieniem) 6 tysięcy złotych i to była chyba najwyższa pensja Polaka w czasie okupacji. W 1940 roku za pensję robotnik wykwalifikowany mógł przeżyć w pojedynkę kilkanaście dni, urzędnik 20 i więcej dni, a jeśli miał rodzinę na utrzymaniu, to znacznie krócej. W 1944 roku za otrzymaną pensję robotnik mógł nabyć towarów jedynie na kilka dni, a dobrze zarabiający urzędnik na maksimum kilkanaście.
Płace co prawda rosły, ale znacznie wolniej od wzrostu cen i kosztów utrzymania. Realna płaca robotnika w 1944 roku stanowiła 5–10% jej wartości sprzed wojny. Inflacja od początku wojny była wysoka, a w drugiej jej fazie jeszcze bardziej przyspieszyła, zabierając pracownikom coraz więcej środków. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę Niemcy. Friedrich Krüger w 1943 roku stwierdził, że płace „starczają Polakom na komorne i drobiazgi […]. To, co obcym robotnikom płaci się za pracę gotówką, praktycznie jest bez wartości”.
O sytuacji materialnej rodzin decydowała liczba i wiek dzieci. Niemcy obciążali kosztami utrzymania potomstwo i rodzinę, niewiele dając w zamian. Znieśli dodatki na dzieci i zmniejszyli zasiłki połogowe. Dlatego tak ważna dla budżetu rodzin była aktywność zawodowa kobiet oraz starszych dzieci, na które spadł w znacznej mierze obowiązek pomocy w utrzymywaniu rodziny. Dzieci znajdowały zatrudnienie w handlu, w tym na czarnym rynku, w dorywczych pracach i usługach. Już kilkunastoletni chłopcy mieli karty pracy.
fot.Autor nieznany/ domena publiczna / wikipediaPolscy rolnicy z województwa krakowskiego pochwyceni przez policję niemiecką i wywiezieni na roboty przymusowe w Rzeszy, 1941
Ich domem coraz częściej stawała się „ulica”. Poprawą losu materialnego osób zatrudnionych w gospodarce byli zainteresowani właściciele zakładów pracy, powiernicy Niemcy i Polacy, szefowie urzędów, którzy starali się podwyższyć płace i zapewnić im dostęp do poszukiwanych produktów. Dawali im tzw. trzecie pensje, czyli ponad taryfowe, kwalifikowali pracowników do wyższych grup uposażeń, fikcyjnie zwiększali godziny nadliczbowe, dokonywali tanich zakupów produktów po cenach oficjalnych, urządzali stołówki pracownicze, gdzie wydawano półdarmowe obiady, a nawet gwarantowali opał na zimę. Władze niewątpliwie zostały zmuszone do tolerowania tych praktyk. W fabrykach robotnicy wykonywali — często za zgodą właścicieli — produkty, które następnie sprzedawali.
Przeczytaj także: Niemiecka okupacja Kraju Warty
Nieatrakcyjność płacy i coraz większy wymiar pracy spowodował zwiększoną absencję. Robotnicy otrzymywali zaświadczenia lekarskie o chorobie, a w tym czasie handlowali albo wykonywali w warsztatach towary poszukiwane przez rynek. Bywało, że absencja sięgała 20–30%, co dezorganizowało robotę, dlatego przedsiębiorcy próbowali za pomocą bodźców ekonomicznych, a nie wizyt policji odwieść zatrudnionych od „bumelanctwa” i zachęcić do przyjścia do pracy.
Praca dla podziemia i funkcjonowanie tajnego państwa polskiego
Obok państwa okupacyjnego funkcjonowała, i to coraz lepiej, Rzeczpospolita Podziemna, której funkcjonariusze otrzymywali wynagrodzenie. Jej powstawanie było procesem rozłożonym w czasie. Początkowo tylko nieliczni otrzymywali pensje. Z czasem wzrosła ich liczba. Pieniądze przekazywał polski rząd na wychodźstwie. 15 kwietnia 1943 roku okólnik Delegata Rządu Jana Stanisława Jankowskiego uregulował kwestię płac dla zawodowych konspiratorów.
„Zwraca się uwagę, iż przyjęcie pracownika do prac w Delegaturze nie jest jednoznaczne z przyznaniem mu etatu i związanego z nim uposażenia […]. Organom kontroli przysługuje prawo badania słuszności zaszeregowania z punktu widzenia celowości wydatków, wysokości ustalonych poborów, stwierdzenia faktycznego zatrudnienia pracownika itp.” — pisał Eugeniusz Hull. Takie zastrzeżenia były konieczne, gdyż zdarzali się fikcyjni pracownicy otrzymujący pensje.
fot.Stefan Bałuk/domena publicznaW 1940 roku robotnicy zarabiali od 120 do 300–350 złotych.
Wysokość uposażenia w „tajnej” administracji państwowej zależała od rangi urzędnika i wielkości ryzyka. Radiotelegrafiści i drukarze otrzymywali wyższe świadczenia, bo wykonywali pracę niebezpieczną. Różnice między najwyższą grupą uposażeniową a najniższą, piątą, były stosunkowo niewielkie. Maksymalna pensja miesięczna wynosiła 2 tysiące złotych, a najniższa 900 złotych. Ukrywający się otrzymywali dodatek w wysokości 300 złotych, a z rodzinami po 200 złotych na członka rodziny, ale nie więcej niż 900 złotych. Przewidziano dodatki jednorazowe oraz środki na pomoc medyczną. W mniejszych miejscowościach, gdzie koszty utrzymania były niższe, płace zmniejszono o 10–20%.
Cywile zarabiali z reguły mniej niż wojskowi. Wynagrodzenia otrzymywały też osoby współpracujące z podziemiem, wynajmujące lokale i wykonujące usługi na jego rzecz. W podziemiu funkcjonowały zakłady wytwórcze, które dawały ludziom pracę i wypłacały wynagrodzenia. Środki finansowe świadczone przez „tajne” państwo, choć były wielokrotnie wyższe od okupacyjnych, to jedynie pozwalały na zaspokojenie podstawowych potrzeb.
Tekst stanowi fragment książki Andrzeja Chwalby „Polska krwawi. Polska walczy. Jak żyło się pod okupacją 1939-1945” (Wydawnictwo Literackie 2024).
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.