Ciekawostki Historyczne
Druga wojna światowa

Między zemstą a zdziczeniem – powojenna nienawiść do Niemców

Po zakończeniu II wojny światowej niemal całe polskie społeczeństwo łączyło jedno uczucie – nienawiść do Niemców. Doświadczenie okupacji, terroru i masowych zbrodni rodziło pragnienie odwetu, które często przekraczało granice sprawiedliwości, prowadząc do przemocy, samosądów i publicznych egzekucji niemieckich zbrodniarzy.

Tekst jest fragmentem książki prof. Marcina Zaremby „Wielka Trwoga. Polska 1944 — 1947. Ludowa reakcja na kryzys” (Wyd. Znak Horyzont, nowe wyd. 2026)

Prośba o karę boską na Niemców od sześciu lat nie schodziła z ust modlących się Polaków. „Zbrodnie każdego dnia – zapisał w swoim dzienniku ks. Józef Anczarski po tym, gdy w nieodległych od jego miejsca zamieszkania Podhajcach i Buczaczu w Małopolsce wschodniej wymordowani zostali wszyscy Żydzi. – Ale sprawiedliwy Bóg widzi lejącą się krew żydowską, Bóg słyszy jęki rozpaczy i przerażenia. Przyjdą na ten zbrodniczy naród niemiecki dni Bożej sprawiedliwości i Bożego sądu”. Generalizujące sformułowanie: „wszyscy Polacy”, „wszyscy Warszawiacy”, „wszyscy Żydzi” podzielają jednakie emocje, grzeszy myśleniem stereotypowym, niesocjologicznym. Istnieje jednak wyjątek – w 1945 r. rzeczywiście nieomal wszyscy Polacy odczuwali nienawiść do Niemców.

Po wojnie nastroje zmieniały się, falowały. Również problem niemiecki stopniowo schodził na dalszy plan. Nasilone kontakty z niemieckimi cywilami w następstwie przesiedleń na tereny wcześniej należące do Rzeszy wpływały na częściowe złagodzenie początkowo bardzo silnej wrogości. „Był bardzo dobrze nastawiony do Niemców” – zapamiętała swojego, pochodzącego z Warszawy pracodawcę Lucia Müller, mieszkanka okolic Braniewa. Pozytywne emocje, czyli współczucie, pomoc, empatia, zdarzały się na polsko- -niemieckim styku. Nierzadko padały wręcz głosy o niedopuszczalnej fraternizacji z dotychczasowym wrogiem. Mimo to dominantą, jeśli chodzi o uczucia Polaków względem Niemców, pozostawały emocje, które na skali należałoby umieścić gdzieś pomiędzy niechęcią, wrogością a nienawiścią. Na bazie tych emocji wyrastało przekonanie o konieczności pozbycia się Niemców, najlepiej drogą przesiedleń. „Wysiedlenie Niemców – pisał Edmund Dmitrów – stało się powszechnym, masowym postulatem społeczeństwa wyzwolonej Polski”.

Wbijanie słupów granicznych nad Odrą przez żołnierzy 1 Armii WP, rok 1945.

Niemieckich win nie trzeba wymieniać. W czasie okupacji spotykało się „dobrego Niemca”, były osoby, które zawdzięczały im ocalenie, niemniej przekonanie, że naród niemiecki należy ukarać, było w społeczeństwie polskim powszechne. Obrzydliwa wydawała się Polakom niemiecka mowa, kultura. Niektórzy doznawali ataków paniki, gdy nagle usłyszeli na ulicy język niedawnych okupantów. W pierwszych powojennych latach nadawanie przez radio klasycznej muzyki rosyjskiej Borodina, Czajkowskiego czy Musorgskiego nie było wyłącznie wyrazem kulturowego imperializmu ZSRR, lecz także sprzeciwem wobec tego, co w muzyce niemieckie.

Przeczytaj także: Ziemie odzyskane… gwałtem. Czy to co Polacy robili w 1945 roku można usprawiedliwić? [18+]

Symbolicznym wyrazem tej nienawiści było nagminne pisanie rzeczownika „Niemcy” wbrew regułom ortografii małą literą zarówno w prywatnej, jak i urzędowej korespondencji oraz w gazetach. Działacze sportowi z całej Polski na zjeździe w Bydgoszczy w marcu 1946 r. zażądali wprowadzenia zakazu uprawiania przez Niemców sportu. W prasie można było przeczytać, że obozy pracy dla Niemców są „oczywiście jedynym słusznym rozwiązaniem”. Wielu Polaków traktowało Niemców jako potrzebną i darmową siłę roboczą. Bez żadnego komentarza drukowano afirmacje nowej wersji niewolnictwa: „[Niemcy] Są, a jakże. Siedzą z nimi i pracują. Pracują tak, jakby byli jeszcze na swoim, nawet im mówić nie trza, co i jak. Sami wszyściutko zrobią, a my odpoczywamy. Ino, że to wszystko teraz nasze, a oni na nas pracują”.

Ludność niemiecka podlegała ścisłej kontroli, Niemcy nie mieli prawa do swobodnego poruszania się poza miejscem zamieszkania oraz objęci byli nakazem pracy, szczególnie przy odgruzowywaniu miast. Często umieszczano ich w specjalnych, zamkniętych dzielnicach. Mogli zostać aresztowani za byle co, np. za rozmawianie na ulicy po niemiecku, za poruszanie się bez zezwolenia. W niektórych miastach wprowadzano nakaz noszenia białych opasek dla wszystkich Niemców. Władze Poznania uważały na przykład, że „w ten sposób można by zapobiec, względnie utrudnić Niemcom prowadzenie roboty antypaństwowej, wchodzenie w stosunki handlowe z Polakami, korzystanie z państwowych środków lokomocji”. Niemców wyrzucano z rodzinnych domów czy mieszkań, nie mogli chodzić swobodnie do teatru ani kina, mieli ograniczone możliwości zakupu żywności. Nie objęła ich wymiana pieniędzy, często nie płacono im zresztą żadnego wynagrodzenia, w niektórych sklepach wisiały ogłoszenia: „nie dla Niemców”. O łupieniu podczas napadów szabrowniczych i bandyckich była już mowa.

fot.Bundesarchiv, Bild 183-1983-0422-315 / Donath, Otto / CC-BY-SA 3.0

Symbolicznym wyrazem tej nienawiści było nagminne pisanie rzeczownika „Niemcy” wbrew regułom ortografii małą literą zarówno w prywatnej, jak i urzędowej

Powojenne zachowania względem ludności niemieckiej Helga Hirsch określiła mianem „zemsty ofiar”. Rzeczywiście, Polacy pragnęli zemsty. Nie ukrywali swych uczuć. Pisali o tym w listach. W swojej książce Urwany lot Hanna Świda-Ziemba przytacza dwa, wyrażające – jak się wydaje – ogólny trend. Gimnazjalista w liście z 1945 r. pisze:

Po zwycięstwie należało własnymi rękami rozprawić się z Niemcami. I to dostatecznie okrutnie, wieszając ich na słupach, wyłupiając im oczy. By się bali i cierpieli na miarę tego, ile zła wyrządzili. Tylko to mogłoby przynieść nam satysfakcję.

Przeczytaj także: Strach przed wyzwoleniem – Armia Czerwona w oczach Polaków

Gimnazjalista w liście z 1946 r. myśli podobnie:

Niemcy łażą po tym Wrocławiu z tobołkami, starają się nam podlizywać, pracują u nas. Patrzę na to z satysfakcją. Dobrze im tak. Wszyscy oni krytykują teraz Hitlera, ale mają do niego głównie pretensję, że przegrał wojnę. I tak za dużo się z nimi cackamy. Trzeba, by przeżyli nędzę, poniżenie, by – co najmniej jakiś czas – byli niewolnikami, tak jak chcieli to zrobić z innymi. A może – dla przykładu rozstrzeliwać całe dzielnice, rodziny, jak oni rozstrzeliwali Żydów, Polaków i innych? Należy się im to, i to właśnie od nas.

Niekiedy w tym pragnieniu zemsty było coś pierwotnego i dzikiego. Ale także jakoś naturalnego, w tym sensie, w jakim za wyrządzone zło należy się kara. Sugestie łagodnego traktowania niemieckiej ludności cywilnej, przede wszystkim volksdeutschów, spotkały się ze świętym oburzeniem opinii publicznej. Do redakcji gazet przychodziły listy protestujących czytelników. Nie godzili się na pobłażanie, nawoływali do walki z „atmosferą ugodową”, chcieli zemsty. Poniższe listy przechwyciła Cenzura Wojenna.

List z Łodzi z 17 marca 1945 r.:

Nas, Polaków, szwaby nie segregowali na kategorie. Dla nich Polak to był tylko śmiertelny wróg, a wyraz „przeklęty Polak” i „polska świnia” był na porządku dziennym. Dla Polaka oskarżanego nie było żadnej obrony, nie było adwokata. Myśmy cierpieli 5 i pół r. Dla nas nie było żadnych łagodzących środków, więc niech dla nich nie będzie. Ciągle oprychy krzyczeli, że za 5 lat nie będzie ani jednego Polaka.

Wieluń, 7 marca 1945 r.:

Idziemy w myśl – kto w ciebie kamieniem, ty w niego chlebem; dobrze to bardzo piękne, ale kto nam zapłaci za te tysiące ofiar, Treblinkę, Majdanek, Oświęcim, Gross-Rosen, Dachau i wiele innych? Za tych gruźlików, za te strzępy istnień ludzkich – kto nam za to [da] zadośćuczynienie, jaka kultura i cywilizacja potrafi zakryć te tysiące grobów naszych braci? Serce rwie się w strzępy na myśl o tej krwawiącej naszej Polsce i my chcemy być pobłażliwi? I za co?

Katowice, 29 kwietnia 1945 r.:

Nam zapomnieć nie wolno. Nie o zemstę według zasad hitlerowskich [chodzi] (…). Chodzi o nasz spokój, bezpieczeństwo i odbudowę naszego życia społecznego i osobistego. Tak już przez 6 lat walczyliśmy ze śmiercią na każdym kroku, tak musimy walczyć o życie i szczęście na każdym kroku, tak musimy walczyć o życie i szczęście nasze i przyszłych pokoleń. Musimy walczyć z atmosferą ugodową, co nosi w sobie zarodek nowej wojny. Narody, które poniosły w tej wojnie największe ofiary krwi, nie mogą puścić w niepamięć swych strat. Muszą wystawić rachunek, który zabezpieczy im długie lata spokoju, dobrobytu i rozwoju.

Dziś łatwo tym emocjom postawić zarzut sprzeniewierzenia się zasadzie niestosowania odpowiedzialności zbiorowej, karania całego narodu za zbrodnie jednostek. Były one jednak faktem społecznym i częściowo przekładały się na zachowania wobec ludności niemieckiej. Należy je widzieć jako kolejną pozostałość wojny również w tym sensie, Niemcy bowiem zasadę odpowiedzialności zbiorowej stosowali w całej rozciągłości i od samego początku okupacji. Ale nie wszystkie zachowania da się wytłumaczyć „zemstą ofiar”. Wojna, była już o tym mowa, dała również lekcję agresji, szkołę stygmatyzacji i poniżenia, sześcioletni kurs zabijania.

Wiele aspektów powojennych relacji polsko-niemieckich zostało już opisanych. W niniejszej historii lęku nie mogą jednak zostać pominięte emocje wobec Niemców. Nienawiść i chęć odwetu dobrze pokazują listy przejęte przez Cenzurę Wojenną w listopadzie i grudniu 1944 r. Nadawcy komentowali w nich sądowy proces, jaki toczył się wówczas w Lublinie. Przed sądem stanęli funkcjonariusze obozu koncentracyjnego na Majdanku, w którym zginęło około 78 tys. ludzi.

Kochani Rodzice! (…) Oglądałem i zwiedziłem fabrykę śmierci w Majdanku. Gdy to oglądałem to zgroza i zemsta ściska człowieka. Katów z Majdanka Polacy złapali. Dziś pierwsza rozprawa sądowa, a jutro druga. Jest ich 6-ciu. Tłum ludzi domaga się śmierci dla tych katów.

Kochana Gusti! (…) Zwiedziłem Majdanek, to, co tam widziałem, po prostu nie do pojęcia, ten ogrom zbrodni. Uzupełnił go jeszcze proces 6-ciu hitlerowców z tego obozu, który teraz tutaj się toczy, oraz zeznania świadków.

Gdy SS-manów prowadzono ulicami Lublina, tłum chciał ich zlinczować. Fakt, że oskarżonym kazano iść piechotą z zamku lubelskiego, gdzie mieściło się więzienie, do Domu Żołnierza, gdzie odbywał się proces, sugeruje, że władze chciały wykorzystać spektakl procesu do swoich celów, być może do odwrócenia uwagi społecznej od przeprowadzanego wówczas „październikowego zwrotu”, nasilonych represji NKWD, jakie spadły na tereny „wyzwolone” przez Armię Czerwoną jesienią 1944 r. Inna sprawa, że niewiele było potrzeba, żeby wprowadzić tłum w stan pogromowy.

Jasiu, byłam dzisiaj na mieście i widziałam, jak prowadzili 6-ciu niemców z zamku na sąd, tych niemców, co mordowali ludzi na Majdanku. Mówię ci, co narodu patrzyło na nich, pluli im w twarz, krzyczeli, świstali, grozili im. Polska policja prowadziła i przez cały czas strzelali.

Kochana Mamusiu! (…) U nas jest teraz proces 6-ciu niemców, oprawców z Majdanka. Widziałem, jak ich prowadzili przez Krakowskie [Przedmieście], łby mieli pospuszczane i tchórzliwy wzrok. Prowadzili ich na rozprawę sądową do Domu Żołnierza. Mam wrażenie, że ich powieszą publicznie. Ja bym ich powiesił nie za głowę, a za języki, żeby męczyli się dłużej.

Jeśli rzeczywiście celem nowego reżimu było skupienie nienawiści na Niemcach, to zamiar się powiódł. Z innego listu dowiadujemy się, jakie nastroje panowały na lubelskiej ulicy:

Drogi Przyjacielu! (…) Dzisiaj jasno dał się zauważyć nastrój u ludzi i nienawiść do faszyzmu. Naród żąda dla bandytów bezwzględnej zemsty, żąda powieszenia ich na ulicy, żeby wszyscy widzieli tę zasłużoną karę. Na głównych ulicach Lublina zebrał się tłum ludzi, gdzie z wielkim podnieceniem i zdenerwowaniem mówili o tych bandytach.

23 grudnia 1944 r. pięciu z oskarżonych zostało publicznie powieszonych na terenie obozu. Samochody ciężarowe, którymi przywieziono skazańców, posłużyły za zapadnię. Po ogłoszeniu sentencji wyroku odjeżdżały z rykiem silników, pozostawiając za sobą wiszące ciała. Egzekucji przyglądało się kilkanaście tysięcy ludzi. Jak wynika z jednego z listów, tłum chciał dokonać samosądu:

Dzień dobry, drogi Semen! Wczoraj zakończył się sąd i powiesili 5 „fryców”, którzy byli kierownikami na Majdanku i zabijali ludzi. Wczoraj o 2-ej godzinie powiesili ich. Możesz sobie wyobrazić, co się tam działo. 10 tys. ludzi, krzyk, płacz ludzi, których rodziny zabito, po prostu wyrywano się do nich i chcieli rozszarpać ich na kawałki. Rozumie się [, że] do tego nie dopuszczono.

fot.Goku122 / CC BY-SA 3.0

Krematorium w Majdanku

Inaczej zapamiętał egzekucje pisarz i publicysta Zbigniew Załuski. Z jego relacji wynika, że nie było prób linczu ze strony gapiów. „Ten sam tłum, który przed kilkoma dniami omal że nie rozszarpał oskarżonych wraz ze słabiutką eskortą na ulicy, tłum, przeciwko gniewowi którego w imię sprawiedliwości i ładu trzeba było na ulice czołgi wysłać – teraz milczał, nieświadom zapewne, dlaczego jego pragnienie zemsty nie znajduje w tej egzekucji należytego zaspokojenia.

Na pewno niewspółmierność zbrodni i kary. Ale pewnie również nie całkiem uświadomiona wiedza, że w latach wojny stało się coś moralnie nieodwracalnego (…) że stan poprzedni nie może być przywrócony, a moralnego progu, który ludzkość przekroczyła, nie da się już przejść z powrotem”.

Była to pierwsza w wyzwolonej Polsce publiczna egzekucja (pomijam egzekucje dezerterów, jakie często wykonywano przed frontem wojska). Kolejną przeprowadzono również na Majdanku. 23 grudnia 1945 r. został powieszony SS-Unterscharführer Paul Hoffmann, szef obozowego krematorium. Widzów zgromadziło się około 20 tys.

Najbardziej spektakularny przebieg miało wykonanie wyroku na 11 członkach załogi, w tym pięciu kobietach, KL Stutthof, w którym w czasie wojny zginęło około 65 tys. ludzi. Egzekucja odbyła się 4 lipca 1946 r. na wzgórzu Stolzenberg w Gdańsku. Informację o jej terminie dzień wcześniej podał na pierwszej stronie „Dziennik Bałtycki”. W zakładach i instytucjach skrócono godziny pracy, niektóre przedsiębiorstwa same zorganizowały swoim pracownikom transport.

Szacunki mówiące, że przybyło około 50 tys. osób, wydają się przesadzone, na pewno jednak część widzów stanowiły kobiety z dziećmi.

Początkowo panowała atmosfera pikniku. Był ciepły letni dzień, sprzedawano piwo. Przed godziną 17 na miejsce stracenia wjechało 11 ciężarówek w otoczeniu konwojentów i katów, w tym jednej kobiety, przebranych w obozowe pasiaki z numerami. Tłum zaczął falować i huczeć. Technologię wieszania zaczerpnięto z Majdanka. Ciężarówki, których podesty wykorzystano jako zapadnie, stanęły pod szubienicami. Po przeczytaniu sentencji wyroku przez prokuratora na jego znak samochody ruszyły… „Tłum zafalował. Tu i ówdzie wyciągały się kobiece ręce: – za mężów, za dzieci” – relacjonował zdarzenie reporter „Dziennika Bałtyckiego”. Rozległy się też gwizdy. Żołnierze oddali serie strzałów w niebo.

Ze szczegółami opisały egzekucje m.in. „Ilustrowany Kurier Polski” i „Express Wieczorny”. W „Przekroju” ukazał się reportaż zdjęciowy40. Gazety pominęły fakt, że na powieszeniu widowisko się nie skończyło. Tłum rzucił się ściągać buty skazańcom, później odciął ich od szubienicy. Wierzono, że powróz z szyi skazańca przynosi szczęście.

Dziesięć dni później, 14 lipca 1946 r., w Poznaniu został powieszony namiestnik na Kraj Warty gauleiter NSDAP Arthur Greiser. „Jutro o godz. 7 rano Greiser zawiśnie na szubienicy. Wyrok wykonany będzie publicznie na stokach Cytadeli” – donosił w dodatku nadzwyczajnym „Głos Wielkopolski”. Wczesna pora przewidzianej egzekucji spowodowała, że ludzie zarywali noc, by zająć dobre miejsce. Znów widowisku przyglądało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Podobnie jak w Gdańsku, panowała atmosfera pikniku, wśród widzów były dzieci, sprzedawano lody, napoje i słodycze. Również po tej egzekucji doszło do szamotaniny o kawałek wisielczego sznura. Była to ostatnia publiczna egzekucja niemieckiego zbrodniarza w Polsce.

Przeczytaj także: Arthur Greiser i ostatnia publiczna egzekucja w Polsce

Polityczne kulisy publicznego wieszania w Gdańsku i Poznaniu nie są znane. Lokalni prokuratorzy nie mogli podjąć tak ważnej decyzji bez konsultacji z ministrem sprawiedliwości, a ten z kimś z kierownictwa PPR, najpewniej z Jakubem Bermanem. Czy podobnie jak w Majdanku, władze chciały coś ugrać, np. odwrócić społeczną uwagę od bieżących napięć, przedstawić reżim jako wyraziciela ludowych pragnień zemsty? Możemy jedynie snuć przypuszczenia. Niewykluczone, że na rodzimą modę na publiczne wieszanie miały wpływ doniesienia z zagranicy. W Pradze czeskiej w czerwcu 1946 r. w obecności widzów wykonano wyrok na hitlerowskim „protektorze Czech i Moraw”. Publiczne egzekucje niemieckich zbrodniarzy miały miejsce również w ZSRR. Tak jak inne patologie powojennego życia zbiorowego, również publiczne wieszanie należy uznać za wyraz zdziczenia szerzącego się w całej ówczesnej Europie.

fot.Autor nieznany – Instytut Pamięci Narodowej

, 14 lipca 1946 r., w Poznaniu został powieszony namiestnik na Kraj Warty gauleiter NSDAP Arthur Greiser.

W Polsce zaprotestowali przeciw temu intelektualiści. Adam Kryński w „Tygodniku Powszechnym”, socjolog prof. Stanisław Ossowski oraz pisarka Ewa Szelburg-Zarembina. Jan Kott przyznawał w „Przekroju”: „Nienawiść do Niemców jest wartością cenną społecznie”. W dążeniu do ukarania zbrodni widział moralną wartość. Uważał, że musimy umieć zdobyć się na słuszny gniew i na słuszną pogardę, słuszne oburzenie i słuszną nienawiść. Wskazywał jednak na socjologiczne prawa ludowego widowiska rządzące publiczną egzekucją: jego komercjalizację i teatralizację. „Jestem przekonany – pisał – że wśród tysięcy ludzi, którzy patrzyli na egzekucję w Stutthofie, większość przybyła po to, aby nasycić potrzebę okrucieństwa, którą musimy potępić, a nie uczucie zemsty, które możemy szanować”. W publicznej egzekucji dostrzegał także wpływ „zbiorowych mistyk”, tak charakterystycznych dla faszyzmu, grozę odwoływania się do irracjonalnych popędów. Nawoływał: „Ostrożnie z mistyką!”.

Kilkanaście dni później premier Edward Osóbka-Morawski w skierowanej do ministra sprawiedliwości notatce pisał: „Mam wątpliwości co do publicznych egzekucji, na które nawet podobno sprzedaje się bilety ludności”. Już w „kameralnych” okolicznościach przebiegało wieszanie 13 września 1946 r. Amona Götha – szefa obozu w podkrakowskim Płaszowie, i w kwietniu 1947 r. Rudolfa Hössa – komendanta obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Temu ostatniemu przyglądało się około 100 osób posiadających specjalne bilety wstępu.

Potrzebę zemsty i wyuczoną lekcję agresji manifestowano jednak nie tylko i nie przede wszystkim, karmiąc się widokiem powieszonych zbrodniarzy. Szczególnie na terenach mieszanych etnicznie i zwłaszcza w pierwszych tygodniach i miesiącach po wyzwoleniu nagromadzona skłonność do przemocy często znajdowała ujście. Swoją gwałtownością i niepohamowaniem przypominała tę, której w tym samym czasie doświadczyli Niemcy ze strony Czechów, bądź tę, która spadła ze strony Francuzów na ich rodaków kolaborantów. Podobny był również udział młodych mężczyzn, zwykle z trzeciego szeregu konspiracji bądź w ogóle z nią niezwiązanych, którzy w chaosie po przejściu frontu zostawali samozwańczymi przywódcami: tymi jedynymi „facetami z bronią”, w Polsce milicjantami.

Niektórzy swoją nadaktywnością pragnęli zatuszować winy z czasów wojny, współpracę z gestapo. W małych miejscowościach, postawieni na posterunku, by strzec polskości i porządku, w praktyce pozbawieni zewnętrznej kontroli, organizowali dla „naszych Niemców” getta, miniobozy pracy. I bili, znęcali się, głodzili, poniżali, gwałcili. Niemiec, mieszkaniec Kołobrzegu, 7 sierpnia 1945 r. pisał w prywatnym liście o swoich z nimi doświadczeniach:

Podczas naszego powrotu przeszliśmy dużo przykrości. Na wolnej drodze byliśmy zatrzymywani przez Polaków. Najpierw pytali się o kosztowności, następnie gwałcili młode kobiety i panny a nawet dzieci i potem rabowali. Słyszeć było można tylko krzyk i płacz, aż strach było słuchać. Nas okradli doszczętnie. Między [prawdopodobnie – M.Z.] Stargardem a Nowogardem odebrał nam sowiecki żołnierz ostatnią walizkę. (…) Żyjemy w okropnych warunkach, coś podobnego nie można sobie wyobrazić.

Dochodziło również do antyniemieckich pogromów. Najlepiej opisany jest przypadek Aleksandrowa Kujawskiego i Nieszawy (dziś województwo kujawsko- -pomorskie).

Natychmiast po przewaleniu się radzieckiej ofensywy zimowej w Aleksandrowie zawiązała się grupa milicjantów z Mateuszem Pawlakiem w roli komendanta. Większość Niemców (urzędników, funkcjonariuszy NSDAP) uciekła razem z wycofującym się Wehrmachtem. Pozostali ludzie starzy, niedołężni, kobiety z dziećmi. Już na początku lutego 1945 r. Pawlak zastrzelił na oczach żony i córeczki Edmunda Webera, deklarującego polskość, chociaż wywodzącego się z niemieckiej rodziny. W nieodległej od Aleksandrowa Nieszawie doszło do pogromu. Wszystkich okolicznych Niemców spędzono w jedno miejsce. Gdy wyruszali do pracy, zmuszano ich do głośnego skandowania: „My, Niemcy, mordowaliśmy Polaków”. Nocą z 4 na 5 lutego funkcjonariusze milicji, jak to często wówczas się zdarzało, będący pod wpływem alkoholu, wyprowadzili część Niemców nad brzeg Wisły i bijąc pałkami, utopili w rzece 10–15 osób.

fot.Władze polskie – Ze zbiorów Muzeum Stutthof / domena publiczna / wikipedia

Egzekucja strażników obozu koncentracyjnego w Biskupiej Górce: Becker, Klaff, Steinhoff, Pauls (od prawej do lewej)

Zapewne podobnych linczów było więcej. Zabić Niemca, zwłaszcza rzekomo stawiającego opór, po wojnie było bardzo łatwo. Nikt tego nie ścigał, rzadko karał. Na ostatecznej liście ofiar powinni się znaleźć również Niemcy, którzy zmarli z chorób, głodu, w efekcie psychicznego i fizycznego maltretowania w setkach obozów pracy rozsianych na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Niemniej liczbę antyniemieckich samosądów w Polsce należy uznać za niewielką w porównaniu z tym, co się działo w czeskich Sudetach, gdzie wiosną i latem 1945 r. miały miejsce liczne mordy i pogromy. Tej różnicy nie należy tłumaczyć rzekomo większą wśród Polaków empatią dla bezbronnych i pokonanych oraz ewentualnie silniej przez Czechów odczuwanym pragnieniem zemsty.

Przeczytaj także: Czym były Ziemie Odzyskane?

Jej przyczyną była obecność wielusettysięcznej Armii Czerwonej na Pomorzu, w Prusach Wschodnich, na Dolnym i Górnym Śląsku. W Sudetach naprzeciw siebie stali tylko Czesi i Niemcy, jednostek radzieckich stacjonowało relatywnie niewiele. Natomiast w Polsce żołnierze z czerwoną gwiazdą na hełmach dominowali w społecznym krajobrazie. Wielokrotnie po zdobyciu miejscowości, zwłaszcza silnie bronionej przez Wehrmacht, ogarnięci szałem bitewnym, sami dokonywali krwawych aktów zemsty, łącznie z rozstrzeliwaniem kobiet i dzieci. Na przykład w Przyszowicach na Górnym Śląsku po walkach okupionych dużymi stratami czerwonoarmiści zamordowali ponad stu cywilów48. Jeszcze w czerwcu 1945 r. – jak wynika z listu nadanego w Brzegu, miasteczka na Dolnym Śląsku – miały miejsce egzekucje Niemców. Jakiś Polak, charakterystyczne, że ciągle przeżywający silny strach przez Niemcami, pisał:

U nas w tym tygodniu stał się taki wypadek, cywilni niemcy napad zrobili w mieście, zamordowali 15 ruskich żołnierzy i 5 polskich dziewczyn. Miasto obstawiono wojskiem ruskim. 150 niemców [liczba z pewnością przesadzona – M.Z.] zostało rozstrzelanych pod murem. U nas jeszcze dużo niemców zostało, jeszcze siedzimy w lochach, aż strach wieczorami gdzieś wychodzić, bo niespodziewanie wystrzeli, ucieknie i schowa się do dziury.

Stopniowo jednak szał walki i frontowe zachowania ustępowały racjom rządzenia. Kwatera Najwyższego Dowództwa już 20 kwietnia 1945 r. nakazała żołnierzom Armii Czerwonej zmianę zachowania w stosunku do niemieckiej ludności cywilnej na „bardziej humanitarne”. Polacy wielokrotnie dawali do zrozumienia, że nie pojmują, dlaczego radzieccy wojskowi wcześniej nastawieni protiw Giermancom, zaczęli brać stronę swoich dotychczasowych wrogów, roztaczać nad nimi ochronny parasol przed polską agresją. Także w niektórych niemieckich wspomnieniach i relacjach znaleźć można ocenę Rosjan: „chronili nas przed Polakami”.

Tekst jest fragmentem książki prof. Marcina Zaremby „Wielka Trwoga. Polska 1944 — 1947. Ludowa reakcja na kryzys” (Wyd. Znak Horyzont, nowe wyd. 2026)

Zobacz również

Druga wojna światowa

Jak Breslau stał się Wrocławiem – historia miasta zniszczonego i odrodzonego

Wrocław, dawny Breslau, przeszedł drogę od niemieckiej twierdzy po polskie miasto. Zrujnowany w wojnie, odrodził się jako wielokulturowy ośrodek. Jak wyglądała ta droga?

27 września 2025 | Autorzy: Anna Baron-Jaworska

Druga wojna światowa

Manifest Lipcowy i PKWN – narzucona fikcja, która zbudowała realną władzę

To był dokument, który oficjalnie powstał w Polsce, ale faktycznie został nam „zaimportowany” – ze Wschodu. Narzucony, złożony z górnolotnych deklaracji, które miały nigdy nie...

14 sierpnia 2025 | Autorzy: Herbert Gnaś

Historia najnowsza

Zapomniana historia Ziem Odzyskanych

Ziemie Odzyskane to nie tylko symbol powojennych granic, lecz także przestrzeń zapomnianych historii – pełnych napięć, migracji i prób odnalezienia się w nowej rzeczywistości –...

27 lipca 2025 | Autorzy: Anna Baron-Jaworska

Druga wojna światowa

Obozy pracy na Dolnym Śląsku

Dolny Śląsk ma czarną kartę historii, którą władze PRL chciały zamazać. W czasie II wojny działało tu poza KL Groß-Rosen ponad 120 niemieckich obozów pracy.

2 czerwca 2025 | Autorzy: Tomasz Bonek

Zimna wojna

Czym były Ziemie Odzyskane?

Miały być krainą mlekiem i miodem płynącą. Okazały się wydmuszką, w której wielu przesiedleńców nie potrafiło się odnaleźć. Oto historia Ziem Odzyskanych.

28 maja 2025 | Autorzy: Anna Baron-Jaworska

Druga wojna światowa

Repatriacja na Ziemie Odzyskane

Komunistyczna propaganda zapewniała o czekającym na nich bogactwie, ale prawda była inna. Jeden z repatriantów wspomina drogę swej rodziny na Ziemie Odzyskane.

22 maja 2025 | Autorzy: Tomasz Bonek

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.