Zanim budziki trafiły pod strzechy, robotników budzili tzw. knocker-up. Kim byli i jak działał ten zapomniany dziś zawód?
Efekt uboczny rewolucji przemysłowej
Knocker-up to jeden z tych zawodów, które „wyginęły” wraz z postępem technologicznym. Paradoksalnie jednak to właśnie postęp technologiczny stworzył popyt na wykonujące go osoby. A konkretnie rewolucja przemysłowa. Przed nią rytm pracy w zakładach produkcyjnych był raczej spokojny, a zatrudnieni ludzie pracowali w zgodzie ze swoim własnym rytmem. Wraz z postępującym uprzemysłowieniem pojawiło się jednak zapotrzebowanie na synchronizację wykonywanej pracy. To zaś wymusiło na zatrudnionych stawianie się w zakładzie o określonej godzinie. Nawet jeżeli był to wczesny poranek.
Wielu pracowników jednak nie należało do rannych ptaszków. I nawet jeśli posiadali zegarki, to te nie były jeszcze wyposażone w funkcję ustawienia alarmu na daną godzinę. Jak zatem próbowano rozwiązać problem spóźnialskich? W niektórych fabrykach stworzono system polegający na budzeniu do pracy przy pomocy dzwonów, ale nie zawsze okazywało się to skuteczne. Problem postanowiono zatem rozwiązać w inny sposób – zatrudniają ludzi-budziki.
Najczęściej spotykana angielska nazwa dla przedstawicieli tego zawodu to knocker-up lub knocker-upper, bo też i ich zadaniem było budzenie ludzi przez pukanie do ich domów. Trudno jest jednak wskazać jedną utartą nazwę dla tej profesji w języku polskim. Dlaczego? W Polsce jakoś się ten zawód nie przyjął. Zresztą w czasach, kiedy istniał – czyli przede wszystkim w XIX wieku – nad Wisłą były niemalże wyłącznie zabory. W języku polskim można jednak spotkać próby nazwania tych specjalistów ludźmi-budzikami, ludzkimi-budzikami lub też nawet pukaczami. Można też zaryzykować autorską propozycję – budziciele.
Ktoś przerywa Twój sen i jeszcze za to płacisz
Zawód knocker-up był szczególnie rozpowszechniony w Anglii i Irlandii – zwłaszcza w uprzemysłowionych miastach jak Manchester. I choć jego przedstawiciele pojawiali się już pod koniec XVIII wieku, to największą popularnością cieszył się od około połowy do końca XIX wieku. Z tego też okresu pochodzi najwięcej prasowych wzmianek o knoker-upach, przy czym o ile na początku ludzie-budziki sami ogłaszali się w gazetach, o tyle z czasem to praca szukała ich.
Budziciele, choć na mniejszą skalę, działali też w Holandii, Włoszech czy Francji, gdzie zwano ich reveilleurs. Szczególnie potrzebni byli zaś zimą, kiedy pracownikom najtrudniej było w porę obudzić się do pracy.
fot.commons.wikimedia.org / domena publicznaZawód knocker-up był szczególnie rozpowszechniony w uprzemysłowionych miastach jak Manchester
Aby skorzystać z usług ludzkich budzików, należało uprzednio ich opłacić. W literaturze pojawiają się konkretne ceny za taką usługę, która miała wynosić kilka pensów od klienta za tydzień budzenia. Na przykład w Manchesterze połowy XIX wieku pojawia się kwota 2 pensów na tydzień. Cena zależała chociażby od godziny, o której chcielibyśmy zostać obudzeni. Jeżeli potrzebowalibyśmy wstać wcześniej niż o godzinie 6:00, mogliśmy się spodziewać opłaty rzędu 6 pensów. A zimą bywało, że ceny trzeba było pomnożyć i przez 4.
A czy dało się z tego „wyżyć”? Okazuje się, że tak. Niektórzy „pukacze” robili nawet na tym dobry interes. Przykładowo Mary Filleroft z Manchesteru zarobiła tyle, że była w stanie zająć się udzielaniem pożyczek. Z kolei zgodnie z informacjami prasowymi z roku 1898 budziciel z Leeds osiągnął taki sukces finansowy, że założył całą sieć przedsiębiorstw zajmujących się budzeniem ludzi, ulokowanych nie tylko w Leeds, ale i Lancashire.
Przeczytaj także: Z kołyski do… fabryki lub kopalni. Najniebezpieczniejsze zawody wykonywane dawniej przez dzieci
Pierwsza zasada: nie budzić za darmo
Budzący mieli swoje zasady. Większość z nich starała się przyjmować zlecenia z tej samej części miasta, tak aby być w stanie obudzić wszystkich klientów w rozsądnym czasie. Niektórzy ryzykowali jednak akceptację zleceń z większego obszaru, co nierzadko kończyło się dla nich sprintem od klienta do klienta. Nie zawsze jednak zależało to od nich samych. Nie tylko bowiem pracownicy zamawiali usługi ludzi-budzików, ale i fabryki czy instytucje publiczne, które chciały mieć pewność, że zatrudnieni dotrą na czas do pracy.
Ilu zaś mieszkańców budził jeden pukacz każdego dnia? W odniesieniu do Leeds i Manchesteru roku 1877 gazety wspominały, że liczba ta mieściła się w przedziale od 80 do 100 osób.
fot.Nationaal Archief / fair use„Pukacze” dbali też o to, żeby niechcący nie obudzić kogoś przypadkowego
„Pukacze” dbali też o to, żeby niechcący nie obudzić kogoś przypadkowego. Nie żeby aż tak przejmowali się snem osób postronnych. Po prostu możliwe jest, że na tyle cenili swoje usługi, że starannie dbali o to, żeby nie obudzić kogoś za darmo. Obudzony miał zostać dany klient i nikt poza nim, i dlatego też z czasem odeszli od stosowania gwizdków. Co zatem używali w swojej pracy? Metody celowane – dosłownie i w przenośni.
Posługiwali się długimi nierzadko bambusowymi kijami czy wędkami z zaczepionymi metalowymi drutami, patykami lub ośćmi, którymi stukali w szyby okien. Inną metodą było strzelanie w szyby przy pomocy dmuchawek. Nie odchodzili przy tym od danego adresu tak długo, aż uzyskali pewność, że ich klient już nie śpi.
Przeczytaj także: Początek rewolucji przemysłowej
Zawód podwyższonego ryzyka
Przedstawicielami tej profesji byli zazwyczaj starsi mężczyźni i kobiety. Czasami wykonywały ją również dzieci. Była to też idealna praca dla nocnych marków. Zdarzyć się mogło, że do pensji w ten sposób dorabiał sobie konstabl. W końcu obudzić parę osób przy okazji obchodu dzielnicy to nie problem. Zresztą nierzadko budziciele okazywali się cenni dla policji – w godzinach, w których pracowali, stawali się oczami i uszami obserwującymi miasto.
fot.Grafika poglądowa / wygenerowana przez AIPosługiwali się długimi nierzadko bambusowymi kijami czy wędkami z zaczepionymi metalowymi drutami, patykami lub ośćmi, którymi stukali w szyby okien. Inną metodą było strzelanie w szyby przy pomocy dmuchawek.
Żeby pracować w tym zawodzie, naprawdę trzeba było mieć zdrowie. Rytm dobowy ludzi-budzików był bowiem dość… męczący, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Można byłoby go porównać do kogoś pracującego na nocną zmianę. W literaturze zaś pojawiają się stwierdzenia, że ich tryb życia był wręcz wampiryczny. Oto bowiem przesypiali zdecydowaną większość dnia, by obudzić się wieczorem i po kilku godzinach ruszyć do pracy. Rozpoczynali ją nawet o 3:00 nad ranem. Niestety, taki tryb życia nie pozostawał bez wpływu na ich zdrowie.
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej niewygód, jakie znosić musieli budziciele. Wypadki wśród nich zdarzały się nader często. Można było upaść i wylądować w pełnej wody dziurze, przemoczyć ubranie i nabawić się zapalenia płuc. We mgle i/lub smogu można było nie zauważyć pobliskiego kanału i utonąć, o samym negatywnym wpływie smogu na zdrowie już nie wspominając. Jako że ludzie-budziki pojawiali się na ulicach w czasie niskiej widoczności, mogli stać się ofiarą wypadku komunikacyjnego.
Kiedy mechaniczne budziki zstąpiły pod strzechy
Do kiedy istniał ten nietypowy zawód? Pierwsze budziki zaczęły się szerzej pojawiać w drugiej połowie XIX wieku, ale oczywiście nie spowodowało to natychmiastowego zaniku profesji pukaczy. Przy okazji: pierwszy budzik, w którym można było nastawić godzinę budzenia, został opatentowany w 1876 roku, a jego twórcą był Seth E. Thomas. Faktem jednak jest, że istniały one wcześniej – już w połowie XIX wieku ruszyła ich produkcja, aczkolwiek były wtedy dość drogie. Zbyt drogie dla robotników, którzy zarabiali wtedy maksymalnie 20 szylingów tygodniowo. I zbyt zawodne. Swoją drogą to paradoks, że pracowników produkujących budziki zapewne budzili pukacze.
fot.commons.wikimedia.org / domena publicznaBudziki były zbyt drogie dla robotników
Jednak ludzie wciąż korzystali z usług innych ludzi, żeby wstać na czas do pracy. Tego typu profesjonalistów można było spotkać jeszcze do lat 30. XX wieku. Okres ten był w kontekście istnienia tej profesji swego rodzaju punktem zwrotnym. Oto bowiem w latach 20. cena dostępnych na rynku budzików stała się na tyle przystępna, że mieszkańców zaczęło być na nie stać. Po drugie zaś, na budzikach tych nareszcie można było polegać jak na przysłowiowym Zawiszy.
Niezwykle sporadycznie na budzicieli można było się jeszcze natknąć po II wojnie światowej. Wydaje się, że ostatnią wzmianką o przedstawicielu tego zawodu był nekrolog z roku 1959, w którym wspomniano, że zmarły prowadził tę działalność w Clitheroe do roku 1952. W jednej z książek można znaleźć wzmiankę o tym, że sporadycznie można ich było jeszcze spotkać do lat 70., i wydaje się, że do tego momentu ostatni przeszli już na emeryturę. I tak historia zatoczyła koło: postęp technologiczny stworzył zawód, jak i też uczynił go niepotrzebnym.
Bibliografia
- Datta, Knocker Ups: A Social History of Waking Up in Victorian Britain’s Industrial Towns, „Journal of Victorian Culture”, no 3/vol. 25/2020.
- Elliott, Really!?, Strategic Books Publishing and Rights Co., Singapore 2021.
- Peeples, The Inner Clock, Riverhead Books, New York 2024.
- Stirling, We did that?, Mango Publishing Group, Coral Gables 2020.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.