W jednym z pałaców na Dolnym Śląsku podczas II wojny światowej niemieccy naukowcy prowadzili tajne badania na potrzeby Luftwaffe. Co działo się w jego piwnicach? Czy eksperymenty przeprowadzano wyłącznie na członkach zespołu badawczego, jak twierdzili po wojnie, czy ich ofiarami padali również więźniowie obozów koncentracyjnych? Historia pałacu w Rząsinach do dziś skrywa wiele niewyjaśnionych zagadek.
Niemieckie wojska podbiły już Polskę i Francję. Hitler nie ma jednak powodów do zadowolenia. Już przegrał bitwę o Wielką Brytanię, ofensywa w ZSRR zaś nie idzie tak szybko, jak zakładał. Potrzebny jest nowy impuls. Coś, co zmieniłoby obraz wojny, przyspieszyło rozstrzygnięcie na korzyść III Rzeszy.
I tu naprzeciw marzeniom Führera wystąpił dowódca niemieckiego lotnictwa Hermann Göring. Przypomniał mu, że przecież od wielu lat trwają w niemieckich zakładach zbrojeniowych prace nad samolotami wysokiego zasięgu. Bo te, które walczyły choćby w bitwie o Wielką Brytanię, wyczerpały już swoje możliwości. Wojnę rozstrzygną nowe, które potrafią wznieść się na pułap 10 tysięcy metrów, a nawet wyżej. Bo ich nie przechwycą maszyny wroga ani nie strąci artyleria przeciwlotnicza. Należy zatem przyspieszyć badania, pierwsze eksperymenty budzą pewne nadzieje.
Ślady po tych badaniach zachowały się do dziś. Niemieccy naukowcy nie zdążyli zniszczyć całej dokumentacji. Odkryte materiały – zdjęcia i korespondencję między instytucjami – wykorzystał potem reżyser Ignacy Szczepański, by nakręcić wstrząsający film Pierwszy kosmonauta.
Na początku 1942 roku do komendanta obozu koncentracyjnego Dachau zgłosił się dr Sigmund Rascher z Instytutu Medycyny Lotniczej w Monachium, współpracującego z Zakładem Badań Lotniczych w Berlinie. Poprosił o udostępnienie dwóch albo trzech „przestępców”. W ten sposób nazistowscy naukowcy nazywali więźniów przebywających w obozie. Rascherowi chodziło o mężczyzn w dobrej kondycji. Ogólnikowo wyjaśnił, że będą potrzebni do badań na temat wytrzymałości ludzkiego organizmu na dużych wysokościach.
5 kwietnia udało się wreszcie przeprowadzić to „badanie”. Jego ofiarą był anonimowy trzydziestosiedmioletni żydowski więzień. Opis eksperymentu jest potworny. Zakład dostarczył do Dachau mobilną komorę ciśnień. Więzień w pasiaku został zawieszony pod sufitem, po czym z pomieszczenia zaczęto wysysać powietrze. Stopniowe obniżanie ciśnienia miało symulować wznoszenie się na dużą wysokość. I tak w czwartej minucie eksperymentu więzień „zaczął się pocić”, a w piątej – drżeć. Między 6 a 10 – stracił przytomność, do 30 minuty jego oddech zwalniał, a po 30 minucie na ustach pojawiła się piana.
Sekcja, którą „badacze” wykonali na więźniu, wykazała, że o ile jego serce wytrzymało eksperyment, o tyle w mózgu dostrzeżono duże zmiany. I teraz najgorsze: to nie była sekcja zwłok. Ludzie dr. Raschera przeprowadzili „badanie” na żyjącym jeszcze człowieku. Ogółem w 1942 roku w Dachau odbyło się 200 takich „lotów na dużą wysokość” – 80 osób ich nie przeżyło. Ci, którzy resztkami sił próbowali złapać ostatni haust powietrza, „wznieśli się” na wysokość… 21 kilometrów.
To są właśnie „pierwsi kosmonauci”. Ofiary nieludzkich eksperymentów prowadzonych na 19 lat przed misją Jurija Gagarina, pierwszego rzeczywistego zdobywcy kosmosu.
fot.Sigmund Rascher - https://collections.ushmm.org/search/catalog/pa1058429 / domena publicznaNieprzytomny więzień obozu koncentracyjnego podczas eksperymentu w warunkach obniżonego ciśnienia. Dachau, 1942 rok.
Przywódcy III Rzeszy zapoznali się z wynikami badań na konferencji naukowej w Norymberdze pod koniec października 1942 roku. Wniosek był jeden. Jeśli Niemcy chcą wojnę wygrać, muszą skonstruować nowy samolot. Maszynę najnowszej generacji. Ta powinna mieć szczelną kabinę, a piloci powinni używać specjalnych kombinezonów, które uchronią ich przez zmianami ciśnienia. Należy podawać im tlen, a także wyposażyć w nowoczesne systemy optyczne.
Kolejnym problemem, przed którym stanęła niemiecka nauka, była adaptacja oczu do widzenia w ciemności. Okazało się bowiem, że u większości pilotów przy nawet chwilowym niedoborze tlenu i w warunkach podciśnienia szwankuje wzrok. Kilka chwil takiego „oślepienia” powodowało utratę kontroli w powietrzu. Zadanie rozwiązania problemu otrzymał nadzorujący eksperymenty Raschera prof. Hubertus Strughold, szef Instytutu Badawczego Medycyny Lotniczej. Prace ruszyły z miejsca, ale już wkrótce było jasne, że nie można ich prowadzić ani w Berlinie, ani w dotychczasowych zakładach zbrojeniowych. Te przecież stawały się celem alianckich bombardowań.
Prof. Strughold i jego zespół otrzymali zatem polecenie, by przenieść się w bezpieczne miejsce na Śląsku. Gdy 20 lat później do profesora dotarł polski dziennikarz Krzysztof Kąkolewski, Strughold sprawę bagatelizował i nie mógł sobie przypomnieć, dokąd się ostatecznie udał. Ale to, czego nie zdradził, ujawnili potem jego pracownicy.
Do swojej dyspozycji specjalny zespół otrzymał bowiem pałac Welkersdorf, czyli właśnie Rząsiny. I to tu Strughold miał dokończyć swoje badania. Jak się okazuje, nie tylko nad wzrokiem.
fot.www.palace-zamki.pl – Praca własna / CC BY-SA 3.0 plPałac w Rząsinach
Szczegóły programu ujawnił niedawno historyk Szymon Wrzesiński. Zakres prac został znacznie poszerzony. Badacze mieli prowadzić testy w komorze i „szafie” niskociśnieniowej, a także usprawnić specjalny kombinezon. Mieli również udoskonalać aparaty oddechowe. A także testować dietę pilotów, badać ich adaptację na dużych wysokościach oraz percepcję przestrzenną i widzenie w nocy. Tajny raport, do którego Wrzesiński dotarł, mówił też o badaniu reakcji na gwałtowne przyspieszenia, wznoszenia i obniżanie lotów. Do tego dochodził problem anoksji, czyli niedoboru tlenu podczas szybkich i gwałtownych ekwilibrystyk.
W opublikowanej w 1995 roku autobiografii profesor zoologii Hansjochem Autrum, jeden z członków zespołu, przyznał, że pałac w Welkersdorfie nadawał się do badań wyśmienicie. „Miał mury o grubości jednego metra. Profesor miał na pierwszym piętrze swój gabinet. W dawnej winiarni urządził laboratorium, a drugie pomieszczenie piwniczne wykorzystał do mierzenia adaptacji oka w ciemności. Miało małe okienko i było łatwe do zaciemnienia” – napisał. Przyznał również, że gdy zespół Strugholda pojawił się w Rząsinach, żyła jeszcze Ella Luiza. A ponieważ ta zmarła w czerwcu 1943 roku, między bajki można włożyć powojenną opowieść profesora Strugholda o tym, że naukowcy pracowali tu dopiero od wiosny 1944 roku.
fot. Hansjochem Autrum – Photo published by Hansjochem Autrum, himself. / domena publicznaHansjochem Autrum
Eksperymenty medyczne w Rząsinach trwały co najmniej przez dwa lata!
Nocne widzenia naukowców
Schodzimy do pałacowej piwnicy. Wyczuwam, że pani Małgorzata Tausz nie lubi mówić o tej mrocznej przeszłości. Jak twierdzi, niewiele wie i tak naprawdę zastanawia ją jedno. Czy profesor Strughold i jego zespół prowadzili eksperymenty na sobie, jak sami zeznawali po wojnie, czy ofiarami badań mógł być ktoś jeszcze?
– Kto w takim razie? – pytam.
Pani Małgorzata milczy przez chwilę, po czym mówi:
– Choćby więźniowie obozu Gross-Rosen, to niecałe 100 kilometrów stąd.
Piwnica w Rząsinach składa się z dwóch dużych pomieszczeń. Jedno to nieużywany magazyn na wino, który obecnie pełni rolę muzeum. Są tu charakterystyczne (i puste dziś) półki na butelki i mnóstwo przedmiotów odkrytych podczas wykopalisk.
W drugim pomieszczeniu uwagę przykuwa gruby kabel. Jak twierdzi pani Małgorzata, to stary przewód wysokiego napięcia. Jest obcięty tuż przy oknie. Podobno kiedyś prowadził do transformatora – jakieś 100 metrów od pałacu. I właśnie o tym pomieszczeniu wspominał prof. Autrum. Już po przeprowadzce z Berlina właśnie tu dostarczył pierwszy na świecie wzmacniacz prądu stałego dużej mocy.
Po co?
Urządzenie to miało kluczowe znaczenie dla badania adaptacji wzroku w ciemności.
Jak wiadomo, człowiek widzi dzięki źrenicom. Te rozszerzają się na tyle, że potrafią zwiększyć ilość potrzebnego do widzenia światła aż szesnastokrotnie. To w porównaniu do zwierząt polujących w nocy niewiele, ale człowiekowi daje to możliwość adaptacji w ciemności, na jako takim poziomie, już po 45 minutach.
Tak naprawdę widzimy dzięki komórkom. W oku są ich dwa rodzaje. Dzięki stożkowym dostrzegamy kolory i rozróżniamy szczegóły, ale możemy to robić tylko przy dużej ilości światła. Jeśli go brakuje, do pracy ruszają komórki pręcikowe. Te z kolei widzą jedynie w barwach czarno-białych i mają słabą rozdzielczość optyczną. Aby widzieć w nocy przy małej ilości światła (widzenie skotopowe), komórki potrzebują rodopsyny. Jest to barwnik, który w jasnym świetle ulega rozpadowi na retinal i opsynę. W ciemności proces ten się odwraca, a rodopsyna regeneruje się dzięki różnym enzymom i witaminie A.
Cała ta wiedza to nie żadna czarna magia. To nauka znana już badaczom w okresie wojny. Dlatego pierwsze próby poprawy widzenia u pilotów w nocy, a także ich reakcji na oślepianie przez reflektor, polegały na podawaniu witaminy A.
Właśnie o takiej praktyce opowiadał po wojnie prof. Autrum. Przyznał, że on i koledzy spożywali w Rząsinach witaminę w dużych ilościach, a potem ruszali na nocne wycieczki. Podobno maszerowali po okolicy w absolutnych ciemnościach (panowało przymusowe zaciemnienie), by w pewnym momencie dać się zaskoczyć pirotechnikom, którzy odpalali świetlne ładunki. Zaskoczeni i oślepieni mieli stosownie reagować.
Takie eksperymenty do niczego nie doprowadziły. Efekty zaczęły przynosić dopiero próby na specjalnie skonstruowanych soczewkach. Jak pisał Autrum, badaczom udało się przewiercić szkła kontaktowe i podpiąć je do prądu za pomocą wilgotnych nici z wełny.
Jeden z takich eksperymentów omal nie zakończył się skandalem. Akurat tego dnia Rząsiny wizytował jakiś kreisleiter NSDAP. Aby zaprezentować mu działanie „wzmocnionych” soczewek, Autrum założył je swojej pracownicy. Po uruchomieniu przetwornika napięcia nastąpił jednak huk, potem błysk, a gdy w pomieszczeniu zapaliło się światło, gość ujrzał stojącą kobietę, z której oczu zwisały przewody. „Kreisleiter nie był człowiekiem o silnych nerwach, dlatego też szybko opuścił laboratorium” – napisał Autrum w autobiografii.
Prof. Strughold również wszystko obracał w żart.
Pytany przez Kąkolewskiego wyparł się badań na więźniach. Kilka razy powtórzył, że królikami doświadczalnymi byli tylko sami naukowcy. „Mnie zajmowały też zagadnienia drgań, jakie mogą wystąpić podczas lotów. Wiedziałem, że będą miały kluczowe znaczenie. W podziemiach pałacu próbowałem badań imitujących lot w rakiecie. Badałem swoje reakcje… Pamiętam, że wszystko drżało, wibrowało, aż niebezpiecznie. Po pewnym czasie traciło się panowanie nad sterem…”– opowiadał.
O jaki ster mu chodziło i o jaką rakietę – Kąkolewski nie dopytał.
Dziennikarz nie wyciągnął także żadnej informacji o radzieckich jeńcach, którzy podobno byli w Rząsinach.
Cokolwiek znajdowało się w pałacu, zostało albo zdemontowane przez Niemców, albo przejęte przez Armię Czerwoną. Sam profesor z kolei trafił po wojnie do USA. Najpierw pracował w ośrodku badawczym Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, potem w NASA. Dziś nazywany jest ojcem amerykańskiej medycyny kosmicznej. Także żaden inny z pracujących w Rząsinach naukowców nie stanął nigdy przed sądem. Nikomu nie udowodniono udziału w eksperymentach medycznych ani zbrodni przeciw ludzkości.
Do czego zatem służyły namalowane na pałacowym poddaszu samolociki – nie wiadomo. Zastanawiać może to, że w całym pomieszczeniu jest ich tylko kilka. Czyżby niemieccy naukowcy testowali w Rząsinach prototyp noktowizora?
Jeśli tak, był to niewielki wkład małego śląskiego pałacu w dzieje światowej nauki.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.