Ciekawostki Historyczne
XIX wiek

Tratwa, która zamieniła się w piekło. Rozbitkowie zaczęli zabijać się i zjadać zmarłych

Wszystko, co mogło pójść źle, rzeczywiście poszło źle. Błędy nawigacyjne, niekompetentne dowództwo i fatalnie przeprowadzona ewakuacja doprowadziły do tragedii, która wkrótce wstrząsnęła całą Francją. A najgorsze miało wydarzyć się dopiero wtedy, gdy fregata „Meduza” została daleko za nimi.

Tekst jest fragmentem książki Joanny Łenyk-Barszcz i Przemysława Barszcza „Arcydzieła sztuki i mroczne tajemnice”, wydanej przez Wydawnictwo Zona Zero.

Ocean Atlantycki, tratwa, na niej grupa ludzi. Nie do końca rozbitków, ale to chyba sprawia, że przypadek Meduzy wywołuje uczucia: niedowierzania – bo nie było uzasadnienia, żeby rozegrało się to właśnie tak; obrzydzenia: bo nie jest nawet niehumanitarny, to za słabe określenie, ale nieludzki; przerażenia: jak we śnie, w którym wzajemnie napędzają się zdarzenia coraz mniej logiczne,  coraz mroczniejsze. W ich przypadku fatum wybierało zawsze najgorszą opcję, aż do pozbawienia zdarzeń nawet śladu logiki – a jednak zdarzenia te następowały jedno po drugim. Historię taką jak tragedia Meduzy trudno byłoby wymyślić nawet osobie o nadzwyczaj bogatej wyobraźni i talencie do tworzenia scenariuszy skrajnie drastycznych i dramatycznych thrillerów. Wszystko, co mogło pójść źle, poszło przerażająco.

To historia o okręcie, morzu i katastrofie, która mogła być incydentem w całej sprawie, a na skutek niekompetencji, podręcznikowo głupich błędów i niezrozumiałej, nieuzasadnionej bezduszności stała się czymś potwornym. Historia katastrofy Meduzy zainspirowała francuskiego malarza Theodore’a Gericaulta do namalowania wielkiego płótna Tratwa Meduzy – ikony francuskiego romantyzmu – który w 1819 roku trafił na Salon Paryski, regularnie organizowaną oficjalną wystawę prac artystycznych (opisywaną szerzej w rozdziale o zagadce śmierci van Gogha), wzbudzając tam poruszenie. I chociaż konsultantami malarza byli dwaj uczestnicy najgorszej części wydarzeń, którym jako jednym z nielicznych udało się przeżyć, chociaż ujęcia poszczególnych postaci przygotowywał, chodząc po szpitalach dla obłąkanych, i chociaż mówiono i pisano o wstrząsającym realizmie, obraz nie oddaje nawet ułamka tego, co się wydarzyło. Wstrząsające do głębi jest to, kiedy uświadomimy sobie, że obraz stanowi świadectwo niewiarygodnych zdarzeń, które miały miejsce naprawdę.

fot.Domena publiczna

” Tratwa Meduzy” Le Radeau de La Méduse – Théodore Géricault

Zasadnicza część horroru rozegrała się na wielkiej tratwie. Choć nie można zapominać, że ofiar w tej historii było więcej, gdyż należy do nich zaliczyć także: cztery lub pięć osób z tratwy, które zmarły po nadejściu ratunku, czternastu spośród siedemnastu marynarzy, którzy zdecydowali się pozostać na pokładzie Meduzy, lecz nie przeżyli, i część spośród pasażerów szalup, którzy dopłynęli wprawdzie do brzegu, lecz zmarli wśród bezwodnych pustkowi.

Tratwa, główna scena dramatu, była wielka, mierzyła bowiem dwadzieścia metrów długości i siedem metrów szerokości; na jej śliski, ażurowy, zanurzający się głęboko pod wodę pokład weszło około stu pięćdziesięciu osób. Na jednego człowieka przypadał więc niespełna jeden metr kwadratowy na wpół tonącej konstrukcji. Przeżyło piętnaście osób. Pozostali zginęli w mrożących krew w żyłach okolicznościach, podczas wydarzeń, z których większość była równie bezsensowna i niepotrzebna, co skrajnie okrutna – nawet dla ludzi, którzy przetrwali rewolucję francuską i wojny napoleońskie.

Zdecydowanej większości nie udało się przeżyć rejsu tratwą Meduzy. To historia, w które nie głód i pragnienie ani nie przeciążona tratwa grają główną rolę. Najgorsza nie była nawet seria ataków zombie, chociaż dochodziło do scen bardzo bliskich nie tylko słownikowej, ale wręcz medycznej definicji tego terminu. To bezduszność i bezwzględność, które spuściły z łańcucha bardzo mroczne siły.

Wróćmy na pokład Meduzy, kiedy – jak zostało to powiedziane – o poranku 17 czerwca 1816 roku przy wietrze północnym i świeżej bryzie wypływała na czele wyprawy z portu na wyspie Aix z zamiarem dotarcia do senegalskiego Saint-Louis. 21 lub 22 czerwca, jak wiemy ze spisanych później zeznań i wspomnień ocalałych członków załogi, minęli hiszpański przylądek Fisterra. Wybrzeże Hiszpanii ma w tym rejonie kształt mocno urozmaicony skalistymi cyplami i głęboko wcinającymi się, wąskimi zatokami. Według miejscowej legendy głębokie zatoki to ślady palców Boga, który w tym miejscu nabrał garść ziemi, by ulepić hiszpańską Galicję. Nazwa Fisterra lub Finisterre nawiązuje do czasów, kiedy tam kończył się znany świat i zaczynał nieskończony ocean.

W tym rejonie doszło do wypadku: podczas podziwiania delfinów za burtę wypadł piętnastoletni marynarz. Chociaż był niezłym pływakiem, zanim zawrócono rozpędzony żaglowiec i spuszczono szalupę, zniknął w morzu, a w każdym razie nie udało się go odnaleźć. Już wtedy też okazało się, że La Loire i Argus są wolniejsze od Echa i Meduzy, która zapewne poganiana przez gubernatora Schmaltza płynęła z maksymalną prędkością.

Z początkowych dni wiadomo też, że okręty minęły Maderę. Tamtejsze piękne nadmorskie zabudowania wśród sadów pomarańczowych i cytrynowych przechodzących powyżej w winnice i gaje figowców według zapisków przypominały amfiteatr ze wspaniałym widokiem na ocean.

fot.Jean-Jérôme Baugean / domena publiczna

„La Méduse” widoczna na pierwszym planie.

W Santa Cruz na Teneryfie zawinięto do portu, żeby zakupić owoce i kamienie do filtrowania wody wykonane z tamtejszej porowatej, wulkanicznej skały. Marynarze wypatrywali śniegu lub wypływającej lawy na najwyższym szczycie wyspy, wznoszącym się na 3718 metrów nad poziom morza Pico del Teide – był jednak schowany we mgle. 29 czerwca w nocy pod pokładem Meduzy na skutek zaniedbania piekarza wybuchł pożar. Powtórzyło się to następnego dnia; marynarze musieli wyrzucić piec i zbudować nowy.

1 lipca o godzinie dziesiątej rano Meduza minęła zwrotnik Raka. Z tej okazji urządzono tradycyjną uroczystość i chrzest. Niedługo potem załoga zauważyła skały; woda się wypłyciła, widać było dno, ciemne od wodorostów. Jeden z pasażerów, Valentin, który znał te wody, zaniepokojony mówił, że utrzymanie kursu grozi rozbiciem jednostki. Zaczęły się też problemy w komunikacji: między okrętami – najpierw oficer wachtowy Meduzy nie wiadomo dlaczego nie reagował na sygnały z Echa (być może ostrzegawcze), a później w ogóle utracono kontakt; jak również problemy w komunikacji na pokładzie – doszło do nieporozumień pomiędzy kapitanem a oficerami.

W nocy wydawało się, że Meduza mija Przylądek Biały, więc zgodnie ze wskazówkami nawigacyjnymi przyjęto kurs na południowy zachód, żeby uniknąć niebezpiecznych wód. Nie wiadomo do końca, dlaczego nawigowaniem zajmował się wówczas Richefort, określany czasem jako były oficer, a czasem jako pasażer, filozof i członek Towarzystwa Zielonego Przylądka. Jakkolwiek go nazywać, na pewno nie oznaczało to, że posiada właściwe kwalifikacje, ani nie wyjaśniało, dlaczego kapitan zezwolił mu pełnić tak ważną funkcję.

Przypuszczalnie to Richefort doprowadził do zboczenia z kursu, wziął bowiem chmurę za wspomniany Przylądek Biały. Wówczas kapitan, lekceważąc ostrzeżenia oficerów – i zapewne chcąc zadowolić gubernatora Schmaltza – kazał podnosić więcej żagli. W efekcie uratowanie okrętu stało się niemożliwe i każdy na pokładzie widział już, że dojdzie do kolizji. 2 lipca o godzinie piętnastej piętnaście Meduza utknęła na skale i zaczęła nabierać wody.

Rozpoczęły się próby uwolnienia okrętu. Próbowano go odciążyć, jednak nie wyrzucono najcięższego, czyli dział. Pozostały też zapasy mąki – taką decyzję podjął gubernator chcący zasilić nią magazyny kolonii. Przy wciąż zbyt dużym obciążeniu kotwice, którymi próbowano sprowadzić Meduzę z rafy, nie trzymały się piaszczystego dna. Zmarnowano więc realną szansę na ściągnięcie okrętu ze skał i dopłynięcie do brzegu – być może było to możliwe na samym początku, gdy do ładowni wdarło się jeszcze niedużo wody.

fot.Unspecified – Histoire de la Marine française Claude Farrère 1954

Opuszczenie wraku „Méduse” przez rozbitków.

Rankiem 5 lipca poziom wody w ładowni wynosił dwa metry i siedemdziesiąt centymetrów, a pompy nie dawały już rady powstrzymywać przyboru. Ruszyła więc ewakuacja do szalup i na tratwę zbudowaną z części okrętu. W panice i tumulcie utracono większość zapasów wody, wina i sucharów. Duża część pasażerów Meduzy w zamieszaniu i w obliczu niebezpieczeństwa upiła się. Siedemnastu ludzi nie chciało się ewakuować ze strachu i pod wpływem upojenia winem. Zostali na okręcie – gdy po pięćdziesięciu dwóch dniach ich odnaleziono, żyło jeszcze trzech.

Jako pierwszych na tratwę przeniesiono żołnierzy, zapewne żeby najpierw pozbyć się najbardziej awanturujących się. Gwałtowny spór dotyczył zakazu zabierania ze sobą najcięższych muszkietów i ładownic – i tak wzięli jednak sporo broni białej, pistoletów i karabinów. Już na samym początku, kiedy na tratwie znalazło się pięćdziesiąt osób, zanurzyła się na siedemdziesiąt centymetrów. Wyrzucono więc beczki z mąką. Ostatecznie na tratwę wsiadło aż sto czterdzieści siedem lub sto pięćdziesiąt osób, w tym jedna kobieta. Na długiej na dwadzieścia i szerokiej na siedem metrów konstrukcji rozbitkowie dysponowali mniej niż jednym metrem kwadratowym na osobę i byli zanurzeni do pasa. Łodzie z lepszym towarzystwem, w tym z kapitanem, który opuścił pokład bardzo szybko, jeszcze przed końcem ewakuacji, wciąż miały wolne miejsca. Mogły się do nich przesiąść osoby z tratwy, zmniejszając tam ścisk i zanurzenie – de Chaumareys nie podjął jednak takiej decyzji.

Dowodzenie tratwą objął aspirant, czyli oficer w trakcie szkolenia, o nazwisku Coudin. Ponieważ jeszcze przed wypłynięciem z Francji poważnie poranił nogę, mógł zrezygnować z tego obowiązku, zajmując miejsce w jednej z szalup. Odmówił, przyjmując dowodzenie. Ból, jaki sprawiła noga zalana słoną morską wodą, doprowadzał go niemal do utraty przytomności.

W założeniu łodzie miały holować tratwę. Tak było z początku. Wydaje się, że zadanie mogło się powieść, bo stosunkowo szybko przepłynięto w ten sposób dwie ligi morskie, czyli około dziesięciu kilometrów z mniej więcej pięćdziesięciu kilometrów dzielących ich od wybrzeża. Wówczas jednak liny odczepiono, porzucając tratwę. Później, podczas procesu, gubernator utrzymywał, że lina z jego łodzi pękła. Było to jednak kłamstwo po prostu sto pięćdziesiąt osób na tratwie zostało uznanych za balast.

fot.Patrick Despoix – CC BY-SA 4.0

Replika Tratwa Meduzy na dziedzińcu Musée de la Marine w Rochefort.

Podczas pierwszej strasznej nocy ludzie z tratwy, których na duchu podtrzymywały na zmianę modlitwa i chęć zemsty, jeszcze łudzili się, że łodzie po nich zawrócą. Tak się jednak nie stało. Okazało się też, że nie mają żadnych instrumentów nawigacyjnych: oficerowie, którzy powinni wejść na tratwę, lecz wsiedli do łodzi, twierdzili, że tratwa została w nie wyposażona, a do masztu jest przymocowany kompas. Jedynym kompasem, jaki znaleziono, był niedziałający egzemplarz w kieszeni jednego z członków załogi; przyrząd zresztą szybko wpadł do wody. Odtąd rozbitkowie byli zdani tylko na słońce – zresztą niewiele to zmieniało, bo drewniana konstrukcja, na której próbowali się ratować, i tak była praktycznie niesterowna.

Jedyny prowiant stanowiła jedenastokilogramowa paczka sucharów zamienionych w papkę, kiedy wpadły do oceanu rzucone w ostatniej chwili na tratwę podczas ewakuacji. Te nędzne resztki zjedzono ugniecione z winem. W ciągu kolejnych dni i nocy dochodziło do najgorszych scen. Wielu pasażerów tratwy zostało zmytych przez morze, inni potopili się sami. Z zapasów pozostało wino, którego spożycie tylko pogarszało sytuację. Jednej nocy, kiedy zerwał się sztorm, doszło do walki. Czy można wyobrazić sobie całkowitą ciemność, przestwór oceanu oraz tłum ludzi, który za oparcie dla stop ma oślizgłe belki tratwy targanej wichrem i raz po raz przykrywanej ścianą wody?

Żołnierze i marynarze przekonani, że zaraz zginą, otwarli kolejne beczki z winem. Morska woda połączona z alkoholem, a także głód wprowadziły ich w stan, w którym stracili ludzkie uczucia. Rzucili się na pozostałych około dwudziestu oficerów i pasażerów będących w zdecydowanej mniejszości. Pierwszy atak przeprowadzony był przy użyciu broni białej i kolb karabinów, które zalane wodą mogły służyć tylko jako maczugi. Jednocześnie atakujący zaczęli rąbać tratwę i ciąć liny – ich celem nie było zwycięstwo czy przejęcie jednostki; jedyne, do czego dążyli, to śmierć własna i pozostałych.

W końcu opętani delirium napastnicy zostali odparci i zaczęli prosić o łaskę. Jednak jeszcze tej samej nocy zaatakowali znowu. Tym razem po prostu rzucali się na swoje ofiary, próbując je zagryźć. Kiedy walka się zakończyła, część osób spośród broniących się było pogryzionych niemal na śmierć, a większość odniosła poważne rany. To, że przeżył w ogóle ktokolwiek, jest niewiarygodne.

Po czterech dobach liczba ludzi na tratwie spadła z początkowych stu pięćdziesięciu do sześćdziesięciu siedmiu. Niektórzy zdecydowali się na zjadanie zwłok. Po ośmiu dniach postanowiono wrzucać rannych i najsłabszych do morza, żeby najsilniejsi mieli więcej wina dla siebie.

17 lipca, trzynastego dnia od opuszczenia Meduzy, tratwę odnalazł bryg Argus. To właśnie ten moment, kiedy na horyzoncie pojawiają się maleńkie żagle, przedstawia obraz Theodore’a Gericaulta.

Żyło jeszcze piętnastu ludzi, których zabrano na pokład Argusa – pięciu z nich zmarło wkrótce z ran i wyczerpania. Po dłuższym czasie odnaleziono też Meduzę. Na jej pokładzie przy życiu pozostały już tylko trzy osoby.

Nie była to zresztą ekspedycja ratunkowa. Może nikt nie sądził, że jest jeszcze kogo szukać, a może raczej nie chciano, żeby żyli świadkowie poza tymi, którzy wsiedli na szalupy i mogli czuć się współwinni – w każdym razie celem kapitana i gubernatora, którzy wysłali okręt poszukiwawczy, było zabranie z Meduzy pozostawionych tam złota i pieniędzy.

fot.Charles Philibert de Lasteyrie / Według Hippolyte Lecomte – https://www.artic.edu/aic/collections/artwork/13558 / domena publiczna

Bunt na Tratwie Meduzy.

Szalupy dotarły bowiem szczęśliwie do brzegu. Chociaż część załóg przez pewien czas błąkała się po pustkowiach, skutkiem czego parę osób zmarło z pragnienia, nie dotyczyło to kapitana, gubernatora ani innych spośród liczących się ludzi. Akurat ich szalupa dopłynęła do brzegu szybko, bez większych nieprzyjemności, prosto do portu docelowego w Saint-Louis. Należy przypuszczać, że wsiedli do najlepszej, odpowiednio zaopatrzonej łodzi, która akurat była wyposażona w instrumenty nawigacyjne i zapasy, a do tego zabrała tych spośród członków załogi, którzy znali się na żegludze i potrafili sprawnie dopłynąć do lądu we właściwe miejsce.

Wybuchł skandal. Sprawy nie udało się wyciszyć. Przeciwnicy Burbonów na tronie Francji wykorzystali ją jako przykład na to, że powrót monarchii wiąże się z przywracaniem na ważne stanowiska bezużytecznych ludzi, byleby tylko wykazywali się lojalnością. Bezużytecznych, a nawet niebezpiecznych przez swoją niekompetencję i brak zasad, czego przykładem był de Chaumareys.

W jego zresztą przypadku, kiedy zna się prawdziwy przebieg wydarzeń w czasie rewolucji, jego kłamstwa, dążenie do zaszczytów, kariery itp. trudno mówić o lojalności.

Do tego kilka miesięcy po katastrofie wyszła książka, którą napisali członkowie załogi tratwy – chirurg wyprawy Jean Baptiste Henri Savigny oraz geograf i inżynier Alexandre Corréard (za brak autoryzacji pierwszego wydania opisu katastrofy Corréard stracił stanowisko inżyniera kolonii Cayenne, zmienił więc branżę na księgarską i odniósł sukces; jego księgarnia Pod Wrakiem Meduzy stała się miejscem spotkań antyburbońskich).

Karygodnie nieudolne dowodzenie wyprawą, w tym swoją jednostką, podejmowanie nieuzasadnionych, niebezpiecznych decyzji, których motywem była chęć przypodobania się gubernatorowi, utrata łączności z resztą okrętów, ignorowanie informacji o prawdopodobnej katastrofie, a później opuszczenie zagrożonego okrętu na samym początku – co dodatkowo bardzo pogłębiło chaos ewakuacji, następnie porzucenie załogi i pasażerów, pozostawienie bez szans niesterownej, bezwładnej, przeludnionej tratwy na pełnym morzu i skazanie mnóstwa ludzi na okrutną śmierć, brak akcji ratunkowej – nie ma błędu, którego kapitan Chaumareys nie popełniłby, i to w najbardziej jaskrawy, wręcz karykaturalny sposób.

Groziła mu kara śmierci, ale ostatecznie został skazany na trzy lata więzienia. Odsiedział wyrok i na resztę życia zaszył się w zamku odziedziczonym po matce. Po jego śmierci w 1841 roku, ćwierć wieku po katastrofie Meduzy, okazało się, że narobił gigantycznych długów. Zamek został zajęty przez wierzycieli, a syn Chaumareys’a popełnił samobójstwo. Julien-Desire Schmaltz był gubernatorem Senegalu do 1820 roku. Później został konsulem generalnym Francji w Turcji. Pełnił tę funkcję aż do śmierci w Smyrnie w 1827 roku. 4 grudnia 1980 roku ponownie odnaleziono wrak Meduzy. Niektóre metalowe części statku i działa trafiły wówczas do muzeum w Mauretanii.

Tekst jest fragmentem książki Joanny Łenyk-Barszcz i Przemysława Barszcza „Arcydzieła sztuki i mroczne tajemnice”, wydanej przez Wydawnictwo Zona Zero.

Zobacz również

Nowożytność

Skarby Stanisława Augusta Poniatowskiego. Co się stało z kolekcją ostatniego króla Polski?

Jedną z największych pasji króla było kolekcjonerstwo. Podczas swojego panowania zebrał niemal 2,5 tysiąca obrazów – w tym dzieła największych europejskich mistrzów. Chciał umieścić je...

28 września 2025 | Autorzy: Gabriela Bortacka

XIX wiek

Nie tylko Matejko — historia pocztów królów Polski

Obrazy i rysunki ich autorstwa widujecie w naszych artykułach. To dzięki nim możemy sobie wyobrazić, jak mogli wyglądać nasi królowie i książęta. A że nie...

5 września 2025 | Autorzy: Herbert Gnaś

XIX wiek

Józef Chełmoński – biografia

Józef Chełmoński był jednym z tych artystów, którzy potrafili przenieść na płótno prawdziwy rytm życia. W swoich obrazach łączył realizm z wrażliwością obserwatora – od...

9 sierpnia 2025 | Autorzy: Herbert Gnaś

Druga wojna światowa

Takeo Yoshikawa. Szpieg w Pearl Harbor

Takeo Yoshikawa od marca do grudnia 1941 roku dostarczał bardzo dokładne dane o flocie USA na Hawajach, umożliwiając Japończykom atak na Pearl Harbor.

4 czerwca 2025 | Autorzy: Mark Harmon

Nowożytność

Pływający Smok Zygmunta Augusta

W czasach Jagiellonów polska flota wyglądała mizernie. Jak na duże państwo z dostępem do morza nie mieliśmy czym się chwalić. Zygmunt August chciał to zmienić.

31 grudnia 2024 | Autorzy: Herbert Gnaś

Średniowiecze

Hildegarda z Bingen – biografia

W czasach, gdy kobiety nie miały dużo do powiedzenia (a już na pewno nie w Kościele), Hildegarda z Bingen wspięła się na szczyt hierarchii. Jak...

6 grudnia 2024 | Autorzy: Anna Baron-Jaworska

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.