Rzymscy senatorowie próbowali negocjacji, wysyłano kolejnych posłów, a nawet kapłanów. Wszystko na nic. Koriolan, dawny bohater Rzymu, stał teraz na czele wrogiej armii i pałał żądzą zemsty na mieście, które skazało go na wygnanie. Gdy zawiedli najpotężniejsi mężczyźni Republiki, do obozu wroga ruszyły rzymskie kobiety. Wśród nich były dwie osoby, których Koriolan nie mógł tak łatwo odprawić – jego matka i żona
O KROK OD Z AGŁ ADY
Tekst stanowi fragment książki Łukasza Schreibera „Kobiety Republiki Rzymskiej 509–80 p.n.e.”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Prześwity, 2026
Młoda Republika została zmuszona, by stoczyć wojnę o przeżycie. Jej pozycja i władza senatu kwestionowane były z zewnątrz, ale też wewnętrznie, gdyż wciąż pozostawała duża grupa sympatyków wygnanego króla. Relacje Liwiusza i innych annalistów sugerują, że rokrocznie konieczna była rekrutacja armii, która musiała bronić wolności narodu. Rzym zmuszano bowiem do nieustannej walki o utrzymanie swoich stosunkowo skromnych zdobyczy terytorialnych. Miastem wstrząsały również polityczne spory. Pierwsze lata Republiki to czas, w którym miały się kształtować takie instytucje jak trybunat plebejski – nie bez wzajemnych pretensji i awantur w kurii i na Forum.
Senat, działając przez najważniejszych urzędników państwa, podejmował liczne inicjatywy, by tchnąć w Rzymian poczucie jedności i dumy. Być może to właśnie rozpalanie płomienia patriotyzmu w sercach obywateli już od najmłodszych lat pozwoliło Rzymowi w ciągu kolejnych dekad wznieść się ponad inne narody. Wymownym świadectwem tej siły jest historia przytoczona przez Dionizjusza z Halikarnasu, związana z rozejmem zawartym z Latynami w pierwszych latach V wieku. Konsulowie uchwalili wówczas prawo, które pozwalało kobietom rzymskim poślubionym Latynom – i odwrotnie – powrócić do rodzinnego miasta. Synowie mieli pozostać przy ojcach, a niezamężne córki przy matkach. Jak głosi opowieść, przytłaczająca większość Rzymianek porzuciła swych mężów, by wrócić do ukochanego Miasta, podczas gdy jedynie garstka Latynek zdecydowała się opuścić rzymskich małżonków.
Nawet jeśli dziejopisarz ubarwia tę relację, historia ta maluje poruszający obraz wspaniałej miłości rzymskich kobiet do ojczyzny – miłości, w którą Rzymianie gorąco pragnęli wierzyć. W tych kobietach, gotowych poświęcić więzi małżeńskie dla chwały Wiecznego Miasta, odbija się duch młodej Republiki, pulsujący wiarą w jej przeznaczenie.
fot.Maduixa / domena publicznaOsady wolskie oznaczono kolorem czerwonym
Wśród najbarwniejszych postaci początków Republiki wyróżnia się Gn. Marcjusz Koriolan – człowiek, którego życie splatało się z chwałą i sprzecznościami. Wychowany wyłącznie przez matkę, Weturię, po wczesnej śmierci ojca, Koriolan pielęgnował głęboką więź z rodzicielką, która nie osłabła nawet w dorosłym życiu. Gdy założył własną rodzinę, wybrał dom wielopokoleniowy, w którym głos matki wciąż rozbrzmiewał z szacunkiem. Sławę przyniosło mu jednak nie przywiązanie do bliskich, lecz wojenne triumfy i surowość, która graniczyła z nieustępliwością. W obyciu szorstki – by ująć to oględnie – a w istocie nieznośnie arogancki, spoglądał z wyższością na tych, których uważał za gorszych, czyli niżej urodzonych.
Dla nikogo nie miał ciepłego słowa, a jego chłód zdawał się rzeźbić mur między nim a światem. A jednak ten wybitny mąż, obdarzony przenikliwą inteligencją, paradoksalną skromnością w pewnych chwilach i odwagą, która ocierała się o brawurę, przyćmiewał innych. Sława jego imienia rosła niczym sztandar na polu bitwy, a wraz z nią plotki i legendy o trudnym charakterze senatora.
W tych burzliwych latach Gn. Marcjusz Koriolan stał się tarczą Rzymu, niczym Klaudiusz Marcellus w czasach średniej Republiki czy Pompejusz Wielki u jej zmierzchu. Jego błyskotliwe triumfy na polach bitew zdawały się predestynować go do roli bohatera ludu, a po krwawej batalii, zwieńczonej zdobyciem Korioli – warownego serca Wolsków – posypały się na niego zaszczyty, jakich niewielu dostąpiło. On jednak, wierny swej surowej naturze, większość z nich odrzucił z wyniosłą skromnością. Jako dowódca, na czele garstki żołnierzy, odparł miażdżący atak głównych sił wroga, po czym, z odwagą graniczącą z szaleństwem, poprowadził swoich ludzi do zwycięskiego szturmu na miasto. Na wieczną pamiątkę tych czynów otrzymał nowy człon imienia – odtąd świat pozdrawiał go jako Koriolana.
Na fali wojennych triumfów Gn. Marcjusz Koriolan postanowił sięgnąć po najwyższy urząd w państwie – konsulat. Z dumą, która graniczyła z pychą, uznał jednak, że nie będzie się zniżał do pospolitych zabiegów o popularność. Nie ściskał dłoni wyborcom, nie błagał o ich poparcie. Odsłonił co prawda blizny wojenne, które, niczym mapa jego odwagi, wyryły się w pamięci zebranych, lecz nie przestał przy tym okazywać wyższości, rzucając kąśliwe uwagi wobec tłumu. Nie dziwi, że w wyborach przepadł – porażka ta stała się jego osobistą tragedią.
Możliwe, że upokorzenie uczyniło go jeszcze bardziej nieugiętym, podsycając jego wzgardę dla mas. Głód trawiący Rzym i rosnące przepaście pomiędzy obywatelami były przecież niezaprzeczalną rzeczywistością, której nie mógł ignorować.
Prawdziwa burza rozpętała się jednak wokół szczęśliwych wydarzeń: łupieżczej wyprawy pod wodzą Koriolana na Ancjum oraz, co ważniejsze, triumfalnej misji handlowej na Sycylii, która sprowadziła do Rzymu zbawcze zboże. Koriolan, z właściwą sobie bezkompromisowością, orzekł, że senat może sprzedawać ziarno po niskiej cenie, jak oczekiwano, ale pod warunkiem, że lud zrezygnuje z wyboru trybunów plebejskich – filaru swej politycznej siły. Te słowa wywołały furię wśród Rzymian spoza elity. Domagano się głowy wojennego bohatera, który nie krył swoich poglądów i nie zamierzał za nie przepraszać. Ostatecznie, dzięki wstawiennictwu patrycjuszy, uniknął kary śmierci, a jego losem stało się wygnanie, gorzkie jak popioły dawnych zwycięstw.
Gn. Marcjusz Koriolan przyjął wyrok z godnością męża stanu, maskując burzę, która szalała w jego duszy. Pożegnał matkę, Weturię, i żonę, Wolumnię, po czym opuścił Rzym wśród triumfalnych okrzyków tłumu i cichych westchnień nielicznych senatorów, którzy wciąż darzyli go szacunkiem. Lud otrzymał swe zboże i zachował prawo wyboru trybunów plebejskich, a znienawidzony bohater odchodził w niesławie, pozostawiając Miasto w złudnej radości. Wszystko zdawało się zmierzać ku pomyślnemu finałowi – lecz tylko pozornie. W sercu Koriolana wrzało pragnienie zemsty, gorzkie i nieposkromione. Zastanawiał się jedynie, jak je urzeczywistnić. Ostatecznie skierował kroki ku największemu wrogowi Rzymu – Wolskom, do miasta Ancjum, gdzie w progu domu Attiusza Tulliusza, pierwszego z ich obywateli, szukał sprzymierzeńca dla swej krzywdy.
Niedługo potem do Rzymu dotarły hiobowe wieści: potężna armia Wolsków wtargnęła do Lacjum, a na jej czele maszerował Gn. Marcjusz Koriolan – niegdyś tarcza Miasta, teraz miecz zwrócony przeciw niemu. Źródła rysują wydarzenia w mglistym świetle, lecz można wnosić, że legiony poniosły klęskę w szeregu potyczek. Strwożeni Rzymianie, nie chcąc wystawiać wielkiej armii i kusić losu pod murami Miasta, wybrali drogę dyplomacji. Gdy wojska Wolsków stanęły zaledwie kilka kilometrów od Rzymu, wysłano poselstwo. Koriolan przyjął swoich przyjaciół, dawnych sprzymierzeńców, lecz postawił warunki, które raniły jak ostrze: wszystkie terytoria Wolsków miały być zwrócone. Druga delegacja, złożona z najznamienitszych senatorów, spotkała się z podobnym upokorzeniem. W akcie desperacji patres posłali trzecią misję – tym razem powszechnie szanowanych kapłanów. Ci jednak wrócili z obozu wroga z pustymi rękoma: Koriolan odmówił im nawet audiencji, jakby jego serce, niegdyś bijące dla Rzymu, stało się głazem.
W Mieście wrzało jak w ulu, a wzajemne oskarżenia rozbrzmiewały niczym burza nad Kapitolem. Patrycjusze z goryczą zarzucali ludowi, że to jego zawziętość pchnęła Rzym w otchłań nieszczęścia, skazując na wygnanie tak wybitnego obywatela jak Gn. Marcjusza Koriolana. Trybuni, w imieniu ludu, ripostowali z równą zajadłością, przypominając, że gdyby Koriolana strącono ze Skały Tarpejskiej, Miasto nie drżałoby dziś przed jego zemstą. Co więcej, w stronę patrycjuszy padały podszyte nieufnością pomówienia o zdradę – podobno Wolskowie oszczędzali ich rozległe posiadłości. Senat parł ku wojnie, gotów stawić czoła wrogowi, lecz lud, znużony widmem kolejnego poboru i rozlewu krwi, pragnął za wszelką cenę uniknąć zbrojnego starcia.
W tej chwili zwątpienia to kobiety, jak nieraz w historii Rzymu, miały odegrać rolę rozstrzygającą. Wprawdzie większość z nich pogrążyła się w lamentach, zapełniając świątynie darami i wznosząc błagalne ręce ku niebu, by wybawić Miasto z beznadziejnego położenia. Niektóre jednak, zamiast oddawać się rozpaczy, wybrały działanie. Ze śmiałym planem wystąpiła Waleria, siostra (czy może córka?) znamienitego P. Waleriusza Publikoli, która poprowadziła elitę rzymskich matron do domu Koriolana. Zastały tam Weturię i Wolumnię, pogrążone w smutku, rozrywane sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony, po latach milczenia, dowiedziały się, że ukochany syn i mąż żyje i ma się dobrze; z drugiej, ich serca krwawiły na wieść, że Koriolan prowadzi bezlitosną wojnę przeciw własnemu narodowi. Waleria, pragnąc przekonać je do ryzykownego planu – wspólnej misji do obozu Wolsków – stanęła przed zadaniem niemal herkulesowym. Dionizjusz z Halikarnasu, jako jedyny, oddaje atmosferę tamtych rozmów, ukazując nie tylko dramat Weturii i Wolumnii, ale i bezprecedensową rozterkę senatu. Posłanie kobiet tam, gdzie zawiedli najodważniejsi i najroztropniejsi mężowie, było krokiem bez precedensu. Po burzliwej naradzie patrycjusze, nie widząc lepszej drogi, dali zgodę na tę desperacką próbę, zapewniając eskortę i transport aż do bram Miasta.
Czwarte poselstwo do obozu Wolsków składało się wyłącznie z kobiet – widowisko równie rzadkie, co poruszające. Wielkie matrony, wśród nich najznamienitsze i najzamożniejsze Rzymianki, wkroczyły bezbronnie w serce wrogiego obozu, odkładając na bok dumę i honor, by błagać o los Miasta. Lecz Gn. Marcjusz Koriolan, zatwardziały w swej zemście, odmówił im spotkania. Dopiero wieść, że wśród niewiast znajdują się jego matka, Weturia, i żona, Wolumnia, wstrząsnęła nim, przywołując cień dawnych uczuć. Zakłopotany stanął przed nimi z drżeniem serca, które jeszcze pamiętało miłość i dług wobec rodzicielki. Weturia, kobieta, której Koriolan zawdzięczał tak wiele i którą darzył niezachwianą czcią, nie pozwoliła jednak na czułe powitanie. Zamiast tego, z surowością matki i powagą rzymskiej matrony, wygłosiła mowę, której żar i mądrość Liwiusz uchwycił z literacką pasją, czyniąc ją świadectwem siły kobiet w obliczu upadku:
Zanim dam ci się uścisnąć, niech wiem, czy przyszłam do wroga, czy do syna, czy jestem w twym obozie jako branka wojenna, czy jako matka! Do tego doprowadziło mnie długie życie i nieszczęsna starość, żebym patrzyła na ciebie najpierw jako na wygnańca, a następnie jak na wroga? Czy mogłeś pustoszyć tę ziemię, która cię zrodziła i wykarmiła? Czy nie uspokoił się twój gniew, gdy wchodziłeś w ten kraj, choć przyszedłeś z zamiarami wrogimi i groźnymi? A gdy przed oczyma twymi stanął Rzym, nie przyszło ci na myśl: W obrębie tych murów jest mój dom, moje bóstwa domowe, matka, żona i dzieci? A więc gdybym cię nie była wydała na świat, Rzym nie byłby teraz oblegany! Gdybym syna nie miała, umarłabym wolna, w wolnej ojczyźnie! Lecz ja już nie mogę znieść ani większej twojej hańby, ani większego nieszczęścia własnego, i chociaż jestem tak nieszczęśliwa, długo już taką nie będę. Patrz na tych, których – jeśli dalej jeszcze posuniesz się – czeka albo przedwczesna śmierć, albo długa niewola.
fot.Janowi Erasmusowi Quellinusowi – https://www.bonhams.com/auctions/26203/lot/24/?category=list&length=96&page=1 / domena publicznaMatka Koriolana błaga syna, aby nie oblegał Rzymu. Obraz Jana Erazma Quellinusa
Gn. Marcjusz Koriolan spoglądał na kobiety ze łzami w oczach, a jego wzrok, pełen bólu i wahania, wędrował ku dwom synom, którzy tulili się do Wolumnii, swej matki. Napięcie w obozie Wolsków było niemal namacalne: matrony, prowadzone przez Weturię, stały bezbronne, ale dumne z wyzywającymi spojrzeniami, podczas gdy oficerowie wroga, zdezorientowani, zastanawiali się, dlaczego ich wodz stracił nagle całą swoją determinację. W sercu Koriolana toczyła się burza – miłość do matki i rodziny walczyła z goryczą zdrady i pragnieniem zemsty. W końcu, złamany siłą słów Weturii i obecnością Wolumnii, spuścił wzrok, jakby poddając się ciężarowi ich spojrzenia. W ciszy, która zapadła, wygłosił słowa, które miały przejść do legendy, zapisując się w pamięci Rzymu jako świadectwo mocy kobiet, które w godzinie próby ocaliły Miasto:
Na prośbę tej kobiety, która nosiła mnie w swoim łonie, stłumiłaś i zwyciężyłaś, ojczyzno, mój gniew, chociaż słusznie darzę cię swoją nienawiścią.
Gn. Marcjusz Koriolan, złamany błaganiami matki, zwinął oblężenie, pozostawiając Rzym nietknięty. Jego dalszy los tonie w mroku niepewności: jedni autorzy donoszą o śmierci z rąk Wolsków, inni o życiu w gorzkim rozgoryczeniu, a Cyceron, splatając jego losy z Temistoklesem, obstaje przy samobójczym końcu. Jedno jest pewne – Koriolan nie podjął prób powrotu do rodzinnego Miasta, jakby duma lub wstyd zamknęły mu drogę do domu. Lecz ważniejsze od jego losu było to, że słowa Weturii, wsparte miłością Wolumnii, ugasiły płomień jego nienawiści, ocalając Rzym dla przyszłych pokoleń. Senat, świadom klęski swoich poselstw, z hołdem uznał odwagę kobiet, które dokonały tego, co przerosło męskie starania. Jak relacjonuje Waleriusz Maksymus, wydano wówczas wiekopomne zarządzenie, by mężczyźni ustępowali kobietom miejsca na drodze, głosząc w dokumencie, że „Republika swoje ocalenie zawdzięcza bardziej damskiej sukni niż męskiemu orężowi”.
fot.Gaspare Landi / domena publicznaGaspare Landi, Weturia u stóp Koriolana
Na tym nie poprzestano. Rzymskie matrony otrzymały prawo noszenia ozdob przy uszach, opasek na głowach, a ich szaty mogły odtąd lśnić złotymi lamówkami i purpurą, symbolizując ich niezrównaną zasługę. Najtrwalszym jednak pomnikiem wdzięczności patrycjuszy wobec płci pięknej była decyzja o wzniesieniu Fortuna Muliebris – świątyni i ołtarza ku czci Bogini Fortuny Kobiecej, postawionych w miejscu, gdzie Koriolan uległ błaganiom matki i żony, odstępując od oblężenia.
Prawdziwą nieśmiertelność przyniosła Koriolanowi sztuka. Malarze przez wieki wracali do wizerunku Weturii i Wolumnii – błagających, lecz pełnych majestatycznej dumy – podczas gdy Szekspir w swej tragedii uwiecznił wygnanego wodza-zdrajcę, dając jego historii życie na deskach teatrów świata. Hollywood, za sprawą Ralpha Fiennesa, który wcielił się w tę postać, nadało jej współczesny rys, przypominając o odwiecznym dramacie. Każdy młody Rzymianin, zgłębiając dzieje dumnej Republiki, poznawał nie tylko podboje przodków, lecz także odwagę kobiet, które uchroniły Miasto przed zagładą i hańbą jarzma Wolsków. Dzięki nim pamięć o Marcjuszu Koriolanie – jego synowskiej miłości, arogancji, pogardzie i militarnych talentach – pozostaje żywa, niczym echo wiekopomnego czynu matron, które zmieniły los Rzymu.


KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.