Epidemia, która wybuchła w II wieku n.e., zabiła miliony i sparaliżowała Imperium Rzymskie. Marek Aureliusz, filozof na tronie, musiał zmierzyć się nie tylko z wojną, lecz także z niewidzialnym przeciwnikiem — zarazą, która zmieniła oblicze świata.
Każdy wykształcony Rzymianin znał początek Iliady, epopei Homera o wojnie trojańskiej. Apollo, mszcząc się za znieważenie jednego ze swoich kapłanów, okrutnie ukarał greckie wojska: „(…) zstąpił gniewny z nieba z łukiem swoim, z kołczanem; na ramionach strzały w bystrym biegu strasznymi szczęki przerażały. Idzie jak noc posępny; siadł z dala, łuk spina”. Żołnierze jeden po drugim padali ofiarą tajemniczej choroby, a ich ciała płonęły całymi dniami na stosach wzdłuż plaży. Apollo, bóg uzdrawiania, był także bogiem zarazy.
Marek Aureliusz był w obliczu „własnej” zarazy równie bezradny. Pierwszy wybuch epidemii dotknął Rzym w 166 roku, wkrótce po tym, jak cesarze skończyli świętować swój triumf. Tego dnia ulice wypełniły się wiwatującymi tłumami, które starały się zobaczyć zakutych w kajdany Partów. Potęga Rzymu została potwierdzona, lud ogarnęła radość, a cesarze byli błogosławieni — chwila ta okazała się jednak nader ulotna.
Niewidzialna armia u bram imperium
Już wkrótce niewidzialna armia miała wkroczyć do całego imperium i zacząć oblegać wszystkie miasta, miasteczka i wsie. Coraz więcej ludzi zapadało na przerażającą chorobę, jakby bóg Apollo postanowił ukarać cesarzy — ale za co? A wrogowie czyhali na granicach Rzymu, gotowi do ataku. Achilles biadał w Iliadzie, że obozujących na plażach Troi Greków „i wojna okrutna, i mór niszczy”, a teraz w obliczu identycznego podwójnego zagrożenia stanął Marek.
Wśród pierwszych ofiar znalazło się wielu lekarzy, którzy zarażali się od będących pod ich opieką pacjentów. Marek rozmyślał potem nad ironicznym aspektem tej sytuacji: „Ilu to lekarzy umarło, którzy nieraz brwi swe ściągali nad chorymi!”. Galen, jeden z najsłynniejszych medyków starożytności, był w Rzymie, gdy wybuchła epidemia. Tak się przeraził, że natychmiast uciekł do względnie bezpiecznego Pergamonu, swojego rodzinnego miasta w Azji Mniejszej. Miał szczęście, bo okazał się odporny na chorobę, dzięki czemu mógł dokładnie badać jej ofiary. Stał się wiodącym w całym imperium ekspertem od tego, co późniejsi autorzy nazywali czasem „zarazą Galena”, choć dziś znamy ją raczej jako „zarazę Antoninów” — od dynastii Antoninów, do której należał Marek.
fot.Quinet / CC BY-SA 4.0 / wikipedia Starożytna tablica ufundowana przez weteranów i legionistów upamiętniająca ich towarzyszy broni, którzy zmarli w czasie zarazy
Retrospektywne diagnozy bywają zwykle wyjątkowo niepewne, ale najpowszechniej akceptowana współczesna hipoteza głosi, że za zarazę Antoninów odpowiada jakaś odmiana wirusa ospy. Choroba rozprzestrzeniała się wszędzie tam, gdzie duże grupy ludzi żyły w bliskim sąsiedztwie. Najbardziej ucierpiały duże miasta i obozy legionów imperium. Wydaje się, że nawroty epidemii pojawiały się z przerwami aż do śmierci Marka, a być może nawet wiele lat później, przy czym wskaźniki śmiertelności zawsze gwałtownie rosły w miesiącach zimowych.
Medycyna bezsilna wobec zarazy
Typowymi objawami były wymioty i cuchnący oddech — ofiary dosłownie śmierdziały zarazą. Pacjenci Galena cierpieli też na wewnętrzne owrzodzenia, silne bóle żołądka i biegunkę. Gdy ich kał stawał się czarny i cuchnący za sprawą krwotoku wewnętrznego, umierali zwykle po kilku dniach. Dotyczyło to mniej więcej jednej czwartej zarażonych; u ocalałych choroba trwała zwykle od dwóch do trzech tygodni. Ci, którzy przeżywali, stawali się zwykle odporni na ponowne zarażenia. Jeśli rzeczywiście była to choroba podobna do ospy, niektórzy mogli mieć widoczne blizny lub trwałe deformacje kończyn. Zdarzały się także przypadki częściowej ślepoty.
Zaraza rozprzestrzeniała się najprawdopodobniej drogą kropelkową — poprzez kaszel i kichanie. Galen opisywał, że po początkowych objawach grypopodobnych w dziewiątym lub dziesiątym dniu stan jego pacjentów zaczynał się pogarszać. Pojawiał się lekki kaszel, który nasilał się w miarę postępu infekcji. Potem, ze względu na owrzodzenie tchawicy, chorzy zaczynali odkrztuszać krew, a gdy infekcja rozprzestrzeniała się na krtań, często tracili także zdolność mówienia. Na ich ciele pojawiała się przerażająca wysypka, mająca zwykle postać skupisk nabrzmiałych krost, które często ciemniały, gdy krzepła w nich krew, pokrywając skórę szorstkimi strupami. Gojąc się, pozostawiały one po sobie odrażające blizny.
W całym imperium zmarły wtedy miliony ludzi. Zaraza rozprzestrzeniała się wszędzie, „zanieczyszczając wszystko zarazą i śmiercią, od granic Persji aż po Ren i Galię”. Orozjusz, historyk z V wieku, twierdzi, że po jej przejściu wyludniały się całe połacie kraju: „Wszędzie domy wiejskie, pola i miasta pozostały bez rolników i mieszkańców, a po wszystkim zostały tylko ruiny i lasy”. Tych, którzy przeżyli i stali się odporni, proszono o opiekę nad kolejnymi ofiarami lub pomoc w grzebaniu zmarłych. W czasie najpoważniejszych wybuchów epidemii zwłoki wywożono z miasta pełnymi wozami. Jedną z podstawowych metod mających ograniczać rozprzestrzenianie się choroby było palenie zwłok. Marek zarządził przyznanie państwowych funduszy na pogrzeby ubogich. Zatwierdził także surowe nowe przepisy regulujące pochówki. Zakazał na przykład budowania w wiejskich posiadłościach naziemnych grobowców, zapewne w obawie przed tym, że rozkładające się ciała mogłyby zanieczyszczać powietrze zarazkami.
fot.Tataryn77 – Praca własna / CC0Imperium Rzymskie w roku 180 n.e.
Gdy pojawiły się pierwsze owrzodzenia tchawicy, lekarze trafnie wywnioskowali, że chorzy zarażają się przez powietrze. Desperacko próbowano je oczyszczać, paląc lecznicze kadzidła. Było to naturalnie nieskuteczne. Zarażone miasta i obozy wojskowe wypełniały dym i ciężki zapach mirry. W miarę rozwoju pandemii atmosfera w cesarstwie coraz bardziej się zmieniała — zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Marek obserwował, jak nieustające zagrożenie chorobą staje się elementem jego codziennego życia.
Między religią a rozumem
Lekarze byli wobec okropieństw zarazy bezsilni, więc masy zaczęły zwracać się ku religii i przesądom. Ostatnią nadzieją zdawało się być przebłaganie bogów. W Iliadzie nękająca greckie wojska pod Troją zaraza ustąpiła dopiero wtedy, gdy złożono odpowiednie ofiary Apollinowi. Marek, jako pontifex maximus, sprowadził kapłanów z całego imperium, by odprawiali różne tajemne i egzotyczne rytuały oczyszczające. Brał udział w tych ceremoniach, ale prywatnie przyjmował bardziej filozoficzną postawę, zachowując sceptycyzm wobec wszelkiej maści cudotwórców. Szanował mity i rytuały, ale uznawał je za symbole, akceptując stoicką interpretację tego rodzaju misteriów jako hołdów dla różnorodnych aspektów uniwersalnej boskiej Natury.
Marek napisał Rozmyślania w czasie zarazy, ale wspomina o niej wprost tylko raz. Zepsucie otaczającego nas powietrza przez zarazę, mówi, blednie w porównaniu z zepsuciem dusz ludzkich przez występek — i mógłby chyba dodać, że te dwa zjawiska często idą w parze. Istotnie, religijni oszuści zaczęli już żerować na zdesperowanych i łatwowiernych. Jeden z szarlatanów planował zwerbować grupę fanatyków, aby splądrowali Rzym.
Regularnie wygłaszał mowy, siedząc na gałęzi dzikiego figowca na Polu Marsowym i prorokując, że świat zostanie wkrótce pochłonięty przez ogień z niebios. Pewnego dnia, chcąc przekonać swoich wyznawców, że potrafi zamienić ich w ptaki, które unikną zarazy i nadchodzącej apokalipsy, zeskoczył z drzewa, niezdarnie wypuszczając bociana ukrytego w fałdach swoich szat. Nikt nie dał się jednak nabrać, więc postawiono go przed sądem, ale Marek przebiegle ułaskawił go w zamian za publiczne przyznanie się do winy.
Marek był, jak się wydaje, wyjątkowo tolerancyjny wobec sekt religijnych. Niektórzy uważają, że prześladował chrześcijan, ale nie ma na to przekonujących dowodów. Po przeanalizowaniu tego rodzaju zarzutów klasycysta C. R. Haines doszedł do wniosku, że: „Marka potępiono jako prześladowcę chrześcijan na podstawie czysto przyczynkowych i zupełnie niewystarczających przesłanek. Ogólne świadectwo współczesnych pisarzy chrześcijańskich przeczy temu przypuszczeniu. Podobnie jak to, co wiemy o jego charakterze”.
Jak wiemy, Marek był de facto współcesarzem przez większą część kadencji Antoninusa, o którym późniejszy komentator chrześcijański napisał: „Wszyscy przyznają, że Antoninus był szlachetny i dobry. Nie uciskał chrześcijan ani innych swoich poddanych. Przeciwnie, okazywał chrześcijanom wielki szacunek i pogłębił cześć, jaką darzył ich Hadrian”.
Dwóch ojców Kościoła nazywa nawet Marka Aureliusza swoim obrońcą. Współczesny mu Tertulian nazywa go „obrońcą” chrześcijan. Ireneusz, biskup Lyonu, pisząc to pod koniec życia Marka, w podobny sposób stwierdza, że Rzymianie zapewniali światu pokój, więc chrześcijanie podróżowali bez obaw, dokądkolwiek się udawali. Pomijając relację o prześladowaniach w Lyonie autorstwa Euzebiusza — spisaną ponad sto lat po tych rzekomych wydarzeniach i zdecydowanie niezbyt wiarygodną — zasadnicze dowody przytaczane przeciwko Markowi dotyczą zwykle procesu i egzekucji chrześcijańskiego apologety Justyna Męczennika. Mogło do niej dojść w trakcie pierwszego wybuchu zarazy, gdy napięcia religijne były szczególnie poważne.
Justyn urodził się w Syropalestynie. Po przyjęciu chrześcijaństwa zaczął wędrować po Wschodzie, głosząc Słowo Boże, po czym udał się do Rzymu, którym rządził ówcześnie Antoninus. Później, gdy na tronie zasiadali Marek i Lucjusz, a prefektem miejskim był Juniusz Rustyk (162–167), Justyn został postawiony przed sądem. Poddani Rzymu mieli okazywać cześć cesarzowi i państwowej religii, składając przed ołtarzami ofiary z wina. Odmowa była traktowana jak bunt. Żydzi byli zwolnieni z takich obrzędów, bo pozwalano im przestrzegać tradycji przodków, natomiast chrześcijanie często odmawiali uznawania zarówno żydowskiej, jak i rzymskiej tradycji.
Polityka religijna była raczej tolerancyjna od czasów Trajana, który doradzał namiestnikowi Bitynii i Pontu, Pliniuszowi Młodszemu, aby nie szukał chrześcijan i o nic ich nie oskarżał. Justyn i sześciu jego zwolenników zostali jednak zadenuncjowani za odmowę przestrzegania rzymskich zwyczajów. Podczas procesu Rustyk zaproponował Justynowi ułaskawienie, jeśli dobrowolnie złoży ofiarę przed sądem. Justyn odmówił, twierdząc, że dla chrześcijanina składanie ofiar przed wizerunkami bożków byłoby przejawem bezbożności. Rustyk powtórzył, że jeśli złoży ofiarę, uniknie śmierci, ale Justyn ponownie odmówił, stwierdzając podobno, że pragnieniem całej siódemki jest męczeństwo: „Jesteśmy przekonani, że jeśli zostaniemy ukarani, będziemy zbawieni”. Sfrustrowany Rustyk nie miał wyjścia i — zgodnie z prawem — skazał ich na śmierć.
fot.Eugène Delacroix / domena publicznaOstatnie słowa Marka Aureliusza, Eugène Delacroix (1844)
Niektórzy współcześni czytelnicy mogą to uznać za prześladowania religijne, ale większość Rzymian uważała inaczej. Justyn przybył do miasta z własnej woli, wiedząc, że prawo wymaga od wszystkich oddawania czci cesarzowi, który był także najwyższym kapłanem państwowej religii. Rustyk dwukrotnie oferował mu możliwość uniknięcia egzekucji, ale Justyn oświadczył przed sądem, że pragnie zostać męczennikiem. Co więcej, proces ten dotyczył zaledwie siedmiu osób, więc nie ma mowy o masowych prześladowaniach, jak często bywa to traktowane. Marek pisze w Rozmyślaniach, że dobrowolne stawianie czoła śmierci bywa mądre i cnotliwe tylko wtedy, gdy wynika z rozsądnego osądu, dodając: „nie przez prosty upór, jak u chrześcijan”, ale „bez maski tragicznej”. Możliwe, że ma w tym miejscu na myśli męczeństwo Justyna.
Tekst jest fragmentem książki: Donalda J. Robertsona, „Marek Aureliusz. Stoicka mądrość władcy”, Wydawnictwo Onepress, Seria: Power. 2026
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.