Marek Aureliusz pisał o braterstwie wszystkich ludzi, nawet tych, których nazywał wrogami. Jednocześnie dowodził armią, która tysiącami zabijała Sarmatów na lodzie Dunaju. Jak pogodzić stoicką filozofię z realiami brutalnej wojny? Ta kampania pokazuje dramatyczne napięcie między ideą a rzeczywistością.
Bitwa na lodzie: Rzymski fortel nad Dunajem
Marek spoglądał na zamarzniętą powierzchnię Dunaju, mając u boku dwóch najwyższych rangą dowódców, Pompejanusa i Pertynaksa. Cesarz zacisnął dłonie na cuglach, obserwując kohortę legionistów, ścigającą sarmacki oddział po lodzie. Rzymianie nauczyli się czekać, aż uczestniczący w łupieżczych wyprawach jeźdźcy wroga będą w drodze powrotnej. „Z tyloma niewolnikami i łupami — wyjaśnił Pompejanus — są równie powolni jak piechota”. Marek dobrze o tym wiedział. „I będą najbardziej bezbronni podczas przeprawy przez rzekę — mruknął Pertynaks — więc nasi legioniści ich otoczą i zamkną w kotle”.
Ale Sarmaci również zmienili taktykę. Ukryli ciężką jazdę w lasach po drugiej stronie rzeki, by zaatakować z zaskoczenia maszerujących po lodzie Rzymian. Gdy centurioni wydawali rozkaz do sformowania czworoboku (standardowego szyku przeciwko szarżom jazdy), legioniści tworzyli cztery ściany z połączonych tarcz, chroniąc wewnątrz chorążego (signifer) i lżej uzbrojonych żołnierzy.
Ta taktyka sprawdzała się zwykle, gdy atakowali jeźdźcy wroga, ale Sarmaci odkryli, że szarżując z impetem przez lód i odpowiednio mocno wbijając lance w mur tarcz, byli w stanie przewracać legionistów. Rzymianie zaczynali ślizgać się na lodzie i powstawał chaos. Marek musiał słyszeć, jak jego centurioni ryczą: „Utrzymać szyk!”, gdy ciężkozbrojni sarmaccy lansjerzy zaczynali zmasowaną szarżę.
fot.Cristiano64 / CC BY-SA 3.0 / wikipediaDziałania w latach 171–175 n.e.
Po pokonaniu plemion germańskich Marek chciał wracać do domu, ale wybuchła nowa wojna z ich sarmackimi sąsiadami. Około 173 roku przeniósł zatem swoją bazę operacyjną dalej na południe, podążając wzdłuż łuku Dunaju, i ulokował się w Sirmium (na terenie dzisiejszej Serbii). Kasjusz Dion opisuje będącą punktem zwrotnym tej wojny wielką bitwę, do której doszło prawdopodobnie zimą tego roku. Oddziały Marka opracowały nową taktykę przeciwdziałania sarmackim atakom: legioniści formowali jak zwykle obronny czworobok, ale żołnierze znajdujący się wewnątrz niego kładli tarcze na lodzie i utrzymywali je w miejscu, a ich towarzysze z zewnątrz opierali na nich jedną piętę, aby móc pewnie stać Ten fortel pozwalał im odpierać szarże ciężkozbrojnych lansjerów nawet na lodzie i śniegu.
Gdy wrodzy jeźdźcy byli wciąż oszołomieni po nieudanej szarży, Rzymianie mogli otwierać mur swoich tarcz, by harcownicy mogli wybiegać na zewnątrz i chwytać wodze koni, ciągnąc je w bok i powodując, że zaczynały się ślizgać i upadać. Sarmaci byli groźnymi kawalerzystami, ale nie dorównywali Rzymianom w walce wręcz, więc zamarznięta powierzchnia rzeki wkrótce spłynęła krwią, gdy wśród wrogów, z których większość została zrzucona z koni, powstał totalny chaos. Ślizgając się po lodzie i krwi, niezdolni ani do walki, ani do ucieczki, ginęli tysiącami.
fot.Classical Numismatic Group, Inc. https://www.cngcoins.com / CC BY-SA 2.5Triumf nad Sarmatami na monecie Marka Aureliusza z 177 r.
Mniej więcej w tym czasie Marek po raz siódmy odebrał oficjalny salut od dowódców jako „imperator”, co oznacza, że Jazygowie ponieśli dotkliwą klęskę — być może właśnie w tej bitwie na zamarzniętym Dunaju. Ich wódz Banadaspus próbował prosić o pokój, ale Marek odmówił. Sarmaci wspomogli bunt Kwadów, więc nie można już było im ufać. Celem Marka było prawdopodobnie odebranie ich bezwarunkowej kapitulacji. Inni wodzowie dowiedzieli się, że Banadaspus próbował negocjować z Rzymem, oskarżyli go o zdradę i zastąpili bardziej wojowniczym przywódcą imieniem Zanticus.
Filozof w obliczu wroga
W jednym z najbardziej znanych fragmentów Rozmyślań Marek opisuje, jak każdego ranka przygotowuje się do przyjmowania filozoficznej postawy wobec niewdzięcznych, aroganckich i podstępnych ludzi. Mówi sobie, że są oni po prostu zagubieni, bo nie mają pojęcia o tym, co jest dobre. Co więcej, ci, którzy go krzywdzą, są w gruncie rzeczy jego bliskimi — nie w sensie rodzinnym („nasienia”) czy nawet rasowym („krwi”), lecz dlatego, że dzielą z całą ludzkością zdolność rozumowania, co tworzy jeszcze bardziej fundamentalną więź.
Przekonuje też siebie, że zamierzeniem Natury było to, aby ludzie współpracowali, a nie walczyli, i że irracjonalne byłoby odczuwanie nienawiści czy gniewu wobec wrogów, a nawet odwracanie się od nich w poczuciu frustracji. Marek pisał te słowa na pierwszej linii frontu zaciekłej wojny, spędzając poranki na spotkaniach z wysłannikami wrogich wodzów. To niezwykłe, że nazywał „wrogów”, z którymi walczył, swoimi braćmi.
Pokój na warunkach Rzymu i los pokonanych
Po dwóch latach kampanii Rzymianie byli bliscy pokonania Sarmatów. Cesarzowa Faustyna przybyła do Sirmium, by dołączyć do męża, który nadał jej tytuł Mater Castrorum, „Matki Obozu”. (Możliwe, że została wezwana, bo w Rzymie pojawiły się plotki o jej rzekomej niewierności, ale sam fakt, że się pojawiła, świadczy z pewnością o tym, że Marek oczekiwał rychłego zwycięstwa). Zanticus przybył osobiście, by zaproponować warunki kapitulacji, ale Marek je odrzucił. Jazygowie podobno przetrzymywali w niewoli ponad sto tysięcy Rzymian, „nawet po tym, jak wielu zostało sprzedanych, zmarło lub uciekło”. Jeśli przyjmiemy to za prawdę, w wojnie musiała brać udział ogromna — nawet jak na nasze czasy — liczba żołnierzy. Marek chciał walczyć dalej, między innymi właśnie dlatego, że bardzo wielu rzymskich jeńców przetrzymywanych za liniami wroga nie zostałoby uwolnionych, jeśli Jazygowie nie poddaliby się bezwarunkowo.
Według Historia Augusta na tym etapie Marek „pragnął uczynić prowincją Markomanię, a także Sarmację” i był bliski tego celu. Jeśli tak było, został jednak zmuszony do porzucenia tego zamiaru — i kampanii na północy — bo pojawił się nieoczekiwany kryzys na Wschodzie. Jazygom naprędce — na mocy porozumienia podpisanego bez zgody Senatu — przyznano te same warunki co Kwadom i Markomanom, więc prawdopodobnie stali się klientami Rzymu. Mieli jednak trzymać się z dala od granicy na Dunaju, bo Rzymianie nadal uznawali ich za bandytów. Marek skwapliwie zgodził się także na uwolnienie dziesiątek tysięcy jeńców schwytanych podczas najazdów oraz na „dar” w postaci ośmiu tysięcy sarmackich jeźdźców, z których utworzył elitarną jednostkę kawalerii. (Pięciuset z nich zostało potem wysłanych do odległej Brytanii). Marek po raz ósmy odebrał oficjalny salut od dowódców jako „imperator”, a nieco później przyjął tytuł Sarmaticusa, pogromcy Sarmatów, co oznaczało koniec wojny. Utrzymywanie pokoju także niosło jednak ze sobą trudne wyzwania.
Przede wszystkim nie było gwarancji, że pokonani wrogowie dotrzymają uzgodnionych warunków. Kwadowie niedawno złamali rozejm, mając nadzieję, że zaskoczą Rzymian. Wysyłanie do domu schwytanych w bitwach wojowników nie miało sensu, bo zwykle „wracali do obiegu”. Rzymianie nie mieli obozów jenieckich, więc pojmani wrogowie byli często sprzedawani jako niewolnicy, ale nie ma wzmianek o tym, by Marek postępował w taki sposób. Wiemy, że „skrupulatnie przestrzegał sprawiedliwości” i wysyłał jeńców z wielu pomniejszych plemion do walki na odległych frontach lub — gdy się do tego nie nadawali — przyznawał im ziemię w prowincjach, czy nawet w północnej Italii.
Rodzinom wojowników, którzy dołączali do rzymskich oddziałów pomocniczych, oferowano nawet ochronę w granicach imperium (choć możliwe jest także to, że stawali się wtedy po prostu zakładnikami). Zmuszanie pokonanych wrogów do przekuwania mieczy na lemiesze było jednym ze sposobów na ich demilitaryzowanie i ułatwiało odbudowę regionów wyludnionych przez zarazę.
Masowa imigracja rodziła jednak kolejne problemy. Podczas wojny markomańskiej, prawdopodobnie po buncie Kwadów, germańscy osadnicy z Rawenny w północnej Italii zbuntowali się i próbowali przejąć kontrolę nad miastem. Buntownicy mogli być weteranami, którzy wrócili do swoich rodzin. Po ich wygnaniu Marek nigdy więcej nie osiedlał cudzoziemców w północnej Italii, choć nadal robił to w innych częściach imperium. Markowi udało się z pewnym powodzeniem przesiedlić wiele tysięcy członków germańskich plemion, ale Sarmaci stanowili problem ze względu na koczowniczy tryb życia. Byli dumnymi konnymi wojownikami, ale ze względu na liczebność nie mogli znaleźć sobie stałego miejsca w imperium. Ich najazdy na prowincjonalne miasta powodowały ogromne straty, a Marek nie był w stanie ich przesiedlić. Pojawia się pytanie, dlaczego nie sprzedał wszystkich schwytanych germańskich i sarmackich wrogów handlarzom niewolników. Cóż, prawdopodobnie dlatego, że stoicy podchodzili do niewolnictwa w specyficzny sposób.
Stoicka krytyka niewolnictwa
Rozmyślania zawierają wiele odniesień do czegoś, co można byłoby nazwać niewolnictwem wewnętrznym. Chodzi o to, czego doświadczają wszyscy ludzie padający ofiarą irracjonalnych pragnień i emocji. Wcześni greccy stoicy, którzy lubowali się w paradoksach, twierdzili, że prawdziwa wolność polega na tym, by nie oddawać się tego rodzaju niezdrowym „namiętnościom”. Mędrzec może być wolny, nawet jeśli fizycznie jest zakuty w kajdany, a wszyscy źli ludzie są niewolnikami, nawet jeśli mają niemal nieograniczoną władzę. Marek uznaje za niewolników Aleksandra Wielkiego, Pompejusza i Juliusza Cezara. Pisze, że ci ludzie niszczyli całe miasta, że „wiele dziesiątek tysięcy jeźdźców i pieszych w boju wybili” w bitwach, ale nie byli mądrzy, więc za wszelką cenę dążyli do bogactwa i chwały. Ich życie było w tym ujęciu tragedią, którą sami pisali.
Marek, pisząc o tym, że „farsa, wojna, lęk, odrętwienie, służalstwo dzień po dniu zetrą z ciebie owe święte pewniki i prawdy, któreś utworzył na podstawie filozofii i które szanujesz”, wydaje się mieć na myśli niewolnictwo fizyczne. Współcześni czytelnicy bywają często zaskoczeni, gdy dowiadują się, że instytucję niewolnictwa uznawali za niesprawiedliwą nawet niektórzy starożytni myśliciele. W Nowym Testamencie nie ma o tym mowy, ale czołowi myśliciele stoicyzmu uważali posiadanie niewolników — zarówno pojmanych na wojnie, jak i kupowanych — za moralnie naganne. Fragmenty podobnej argumentacji można także znaleźć w późniejszych tekstach stoickich, w tym w Rozmyślaniach. Najbardziej dobitnie wybrzmiewa ona w dwóch mowach O niewoli i wolności, napisanych przez współczesnego Epiktetowi filozofa Diona Chryzostoma.
Dion, choć był sofistą, studiował pod okiem słynnego nauczyciela stoika Muzoniusza Rufusa, łącząc później stoicyzm z cynizmem i platonizmem. Niewolnictwo było jego zdaniem niesprawiedliwe z jednej prostej przyczyny. Jak większość stoików odróżniał niewolników jeńców od takich, którzy byli kupowani. Wielu ludzi w czasach starożytnych uważało, że pewne „barbarzyńskie” rasy są niewolnikami z natury. Dion twierdził zaś, że wszyscy ludzie rodzą się wolni, więc niewolnictwo jest kradzieżą czegoś przynależnego Naturze. A kradzież jako taka jest aktem niesprawiedliwym — nieetycznym, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Wielu niewolników rodziło się w niewoli, bo ich rodzice czy inni przodkowie zostali kiedyś schwytani.
Wszyscy kupowani niewolnicy byli tym samym albo schwytanymi, albo pochodzili od schwytanych wcześniej. Niewolnictwo opierało się zatem na pierwotnej niesprawiedliwości, gdy „człowiek brał jeńca na wojnie lub nawet podczas rozboju”. „W konsekwencji, jeśli ten sposób zdobywania własności, od którego wszystkie inne biorą swój początek, nie jest sprawiedliwy, prawdopodobnie żaden inny też nie jest, a termin »niewolnik« w rzeczywistości nie odpowiada prawdzie”. Innymi słowy, nie można mówić, że ktoś nazywany niewolnikiem jest własnością innej osoby, ponieważ wcześniej został skradziony. Kupowanie skradzionych ludzi, tak jak skradzionych towarów, tworzy „niesprawiedliwą” formę poddaństwa, a zatem instytucja niewolnictwa jest niemoralna.
fot.Bibi Saint-Pol / doemna publiczna / wikipediaPopiersie Marka Aureliusza
W Rozmyślaniach Marek tylko raz wymienia wroga, z którym walczy. To, co pisze, przypomina argumenty przeciw niewolnictwu znane z pism wczesnych stoików i Diona Chryzostoma: osoba, która szczyci się schwytaniem Sarmatów, jakby polowała na zające i dziki lub łowiła ryby w sieć, ma charakter zbója. Ludzie rodzą się wolni, a zniewolenie oznacza kradzież popełnioną przeciwko Naturze. Kradzież jest niesprawiedliwa, więc tylko bandyta mógłby się tym szczycić. Cesarz z pewnością posiadał niewolników, choć wzmianki o nich pojawiają się rzadko. Filozoficzne wykształcenie Marka najwyraźniej skłaniało go jednak do kwestionowania etyki niewolnictwa i mogło nawet wpływać na jego działania.
Prawo wolności”: Cesarskie reformy społeczne
Wydaje się, że Marek szukał alternatyw dla zniewalania schwytanych członków germańskich i sarmackich plemion — jak się przekonaliśmy, przesiedlał ich do imperium lub wcielał do oddziałów pomocniczych. Wygląda na to, że miał wątpliwości co do instytucji niewolnictwa, ale nie mógł po prostu znieść jej dekretem. Gospodarka Rzymu opierała się na pracy niewolników, a zagrożenie status quo mogłoby doprowadzić do wojny domowej. Wiemy, że Marek wierzył w stopniowy postęp polityczny zamiast rewolucji. Ale czy podjął jakieś działania legislacyjne mające na celu poprawę bytu niewolników? Okazuje się, że tak.
W odpowiedzi na pytanie prawne swojego przyjaciela, Aufidiusza Wiktoryna, Marek wydał bardzo istotne orzeczenie, które ułatwiało wyzwalanie niewolników. W zachowanych antologiach prawniczych jest ono określane jako „prawo wolności” i cytowane niemal dwadzieścia razy, najczęściej jako: „Uzyskuje wolność zgodnie z orzeczeniem Ubóstwionego Marka”. Historyk Anthony Birley stwierdza, że mimo „surowych realiów” rzymskiej gospodarki, opartej na pracy niewolniczej, postawa Marka, widoczna nie tylko w często cytowanej opinii dla Wiktoryna, ale także w innych decyzjach, które podejmował wcześniej za swojego panowania, świadczyła o jego głębokim współczuciu dla sytuacji niewolników oraz o tym, że podejmował działania zmierzające do poprawy ich położenia. Inny uczony, Paul Noyen, dokładnie przeanalizował zbiory rzymskich aktów prawnych, identyfikując ponad trzysta odniesień do tekstów autorstwa Marka lub o nim. Ponad połowa z nich dotyczy praw kobiet, dzieci i niewolników.
fot.Barosaurus Lentus / CC BY 3.0 / wikipediaDetal reliefu na Kolumnie Marka Aureliusza w Rzymie, przedstawiający jedną z bitew wojen markomańskich
Marek zdobył się na przykład na dosyć niezwykłe stwierdzenie, że „nie byłoby zgodne z człowieczeństwem opóźnianie wyzwolenia niewolnika dla zysku pieniężnego”. Noyen z pewnością przesadza, uznając te zapisy za dowód na to, że „Marek, wierny swoim stoickim zasadom, dążył do całkowitego zniesienia niewolnictwa”, ale cesarz chyba faktycznie starał się stopniowo poprawiać los niewolników. Zarządził na przykład, że wolność powinien otrzymywać każdy niewolnik zmuszony przez właściciela do złożenia fałszywych zeznań w wyniku tortur. Być może ta postępowa postawa była konsekwencją wiary jego doradców prawnych w stoicką doktrynę prawa naturalnego i zapowiedzią nowoczesnych koncepcji praw człowieka.
Zdrada na Wschodzie i koniec kampanii północnej
Wiosną 175 roku Marek od niemal dekady pracował nad ustabilizowaniem północnej granicy, łącząc działania wojenne z cierpliwą dyplomacją. Wprowadzał kontrowersyjne rozwiązania, skazując wrogów na wygnanie, zamiast ich zabijać, i przesiedlając pojmanych nieprzyjaciół w granice imperium, aby ich pacyfikować. Rozważał nawet przyłączenie Markomanii i Sarmacji do imperium jako nowych prowincji, ale musiał porzucić te ambitne plany, gdy do Sirmium przybył kurier z szokującą wiadomością, że jego najwyższy rangą dowódca na Wschodzie, Awidiusz Kasjusz, wzniecił bunt.
Kasjusz został okrzyknięty cesarzem przez legion egipski w Aleksandrii, który dołączył przypuszczalnie do legionów stacjonujących w jego rodzinnej Syrii. Kasjusza popierało też wielu senatorów i innych wysokich rangą urzędników, więc Marek Aureliusz stanął w obliczu wojny z potężną opozycją w granicach własnego imperium.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.