Gdyby ta akcja się powiodła, losy powstania mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej. Tylko czy w ogóle istniały ku temu warunki? Wojskowi byli niechętni, uczestnicy – w większości cywile bez doświadczenia. Z drugiej strony Belwederu tamtego dnia niemal nikt nie pilnował. Jak więc można było tak bardzo pokpić tę sprawę?
Wielki książę Konstanty: poszukiwany żywy lub martwy
Pierwotnie o rozpoczęciu powstania jeszcze 18 października zadecydowali członkowie sprzysiężenia pod wodzą Piotra Wysockiego. Część członków opowiadała się nawet za przyspieszeniem działań. Wśród nich możemy odnaleźć m.in. Ludwika Nabielaka, który zresztą dowodził spiskowcami przeprowadzającymi atak na Belweder. Oczywistym celem początkowych działań zbrojnych miał stać się wielki książę Konstanty. Trzeba go było zabić lub uwięzić. Szczególnie to drugie uważano za korzystne, ponieważ dzięki temu w większym stopniu „z pozycji siły” można byłoby negocjować z jego bratem – carem Mikołajem I.
fot.Niezidentyfikowany malarz – muzeum.ostroleka.pl / domena publicznaWielki książę Konstanty Pawłowicz Romanow, wbrew Konstytucji faktyczny namiestnik Królestwa i wódz naczelny Wojska Polskiego do 1830 roku
Początkowy plan zakładał porwanie księcia w trakcie parady na Placu Saskim. Plan ten jednak uległ zmianie. Oczy skierowano bowiem na Belweder, do którego zamierzano wtargnąć. To tam rezydował wówczas wielki książę. Sam Konstanty dowiedział się w międzyczasie o spisku i wystosował list, w którym nakazywał aresztowanie jego członków. Spiskowcy dowiedzieli się o istnieniu tego pisma 27 listopada. Trzeba było zacząć działać.
Ustalono termin wybuchu powstania, nazwanego później listopadowym, na 29 listopada 1830 roku. Jednym z pierwszych celów – z powodów wspomnianych powyżej – miał stać się Belweder. Wiele rzeczy poszło tutaj jednak nie tak.
Konstantemu nie wypadało nie czuć się (zbyt) pewnie
Być może gdyby do wykonania tego niezwykle ważnego zadania wyznaczono więcej kompetentnych osób albo po prostu więcej ludzi, akcja ta by się powiodła. A to dlatego, że Konstanty nie przykładał należytej wagi do swojego bezpieczeństwa, i to z różnych powodów. Przede wszystkim jednak nie przeczuwał, że ktoś mógłby poważyć się na atak na niego samego. Do tego stopnia, że po Warszawie miał w zwyczaju chadzać bez obstawy.
Miał jednak ku temu jeszcze jeden powód. Przypomnijmy, że jego brat, Mikołaj I, w 1829 roku koronował się – o zgrozo dla nas – na króla Polski. Konstanty starał się zapewne po części wygrać z nim walkę o umysły Polaków. Mogło mu zatem zależeć na tym, by być postrzeganym lepiej, a separowanie się obstawą od społeczeństwa Królestwa Polskiego mogłoby zostać źle odebrane.
Powstaje więc pytanie, czy skutkiem takiej postawy Konstantego było również to, że jego straż była praktycznie szczątkowa. Zaledwie kilku żołnierzy-inwalidów pełniących służbę w budkach wartowniczych. Niestety powstańcy tych słabości nie wykorzystali.
Przeczytaj także: „Oni nawet nie wiedzą, jak bardzo ich kochałem”. Dlaczego wielki książę Konstanty płakał, uciekając z Polski po wybuchu powstania listopadowego?
Przysięga na wierność carowi to wciąż przysięga
Przede wszystkim spiskowców, którzy mieli wziąć Konstantego na celownik, było zbyt mało. I byli zbyt słabo wyszkoleni. W zdecydowanej większości byli to po prostu cywile. Jak to możliwe, skoro w pierwotnym sprzysiężeniu znalazło się łącznie około 180 osób, w tym wielu wojskowych?
Otóż właśnie ci wojskowi bynajmniej nie palili się do wykonania tego konkretnego zadania. Przyczyny były dość niecodzienne, acz w pewien sposób honorowe. Ówcześni polscy wojskowi byli równocześnie oficerami armii rosyjskiej. Polska jako w pełni suwerenny byt wówczas nie istniała.

Ppor. Piotr Wysocki 29 listopada 1830 r., litografia na podstawie rysunku Jana Nepomucena Żylińskiego.
Członkowie sprzysiężenia uznali więc, że nie będą brali udziału w ataku, którego celem miał być brat cara. Jak mówiono, „nie chcieli skalać się królobójstwem”, czyli zabiciem wielkiego księcia Konstantego. W efekcie na Belweder ruszyć musieli pełni zapału i patriotyzmu młodzi, lecz niedoświadczeni ludzie, którym brakowało wyszkolenia, także w obsłudze broni. Humorystycznie (lub może nie?) komentowano, że mało który z nich potrafił odróżnić kolbę od lufy karabinu. A przed takimi ludźmi postawiono zadanie pojmania lub zabicia wielkiego księcia.
Mało nas do ujęcia księcia
Kolejny problem był natury liczebnej. Konkretnie – niedobór ludzi do wykonania tego zadania. Część tych, którzy zadeklarowali udział, nie stawiła się w ogóle w momencie zbiórki. Spodziewano się około 50 osób – przybyło 30. Ukryli się w zaroślach lasku łazienkowskiego. Część opuściła miejsce zbiórki jeszcze przed rozpoczęciem akcji, być może sądząc, że została ona odwołana. Na miejscu zostało kilkunastu najwytrwalszych.
W efekcie na Belweder, by się doń wedrzeć, ruszyło – w zależności od przekazu – od niespełna 10 ludzi do około 20. Wśród nich było kilku podchorążych, lecz w zdecydowanej większości byli to cywile. Zostali podzieleni na dwie grupy. Jedna z nich od strony ogrodów otoczyła pałac. Obezwładniła także szyldwacha. Oddała również strzały, które stały się w tej sytuacji sygnałem do „szturmu” na Belweder. Zawsze był to środek pewniejszy niż podpalenie browaru, co miało być ogólnym sygnałem do rozpoczęcia powstania, a który to pożar udało się zbyt szybko ugasić. Druga grupa, krzycząc „śmierć tyranowi”, wdarła się do pałacu.
fot.Wojciech Kossak / domena publicznaStarcie belwederczyków z kirasjerami rosyjskimi na moście w Łazienkach 29 listopada 1830
Wartownicy-inwalidzi, o których była już mowa powyżej, zostali rozbrojeni przez podchorążych, którzy pozostali na zewnątrz w charakterze osłony. I tu w całej rozciągłości dał znać o sobie brak przygotowania. Wtargnąwszy do budynku Belwederu cywile nie wykazali się profesjonalizmem. Wywołali trochę zamieszania, coś potłukli, poprzewracali meble. Jako że służba próbowała stawić opór, trzy osoby zostały przez powstańców zranione. Po drodze pchnięty bagnetem został nawet ówczesny wiceprezydent Warszawy Mateusz Lubowidzki, który oczekiwał na spotkanie z wielkim księciem Konstantym.
Przeczytaj także: Emilia Plater. Kim była i co osiągnęła?
Nie ten właściciel nosa. A nawet nie ten nos
Na dziedzińcu spiskowcy wzięli generała Aleksieja Gendre’a za wielkiego księcia – jak sugeruje Norbert Kasparek, ze względu na podobny, perkaty nos – i postanowili go zadźgać bagnetami. W kontekście generała była to pewnego rodzaju ironia, ponieważ wcześniej zrobił wiele, by wydostać się z matni. Słysząc harmider i strzały, wbiegł na strych, by następnie wyskoczyć na ganek, z którego przedostał się na dziedziniec. I tam właśnie dopadli go podchorążowie.
Po tym, jak jeden z nich pchnął go dwukrotnie bagnetem, rozległy się okrzyki: „Już krótki nos nie żyje!”.
Na tym w zasadzie zakończyła się cała akcja, która trwała łącznie od 5 do 7 minut. Uczestnicy tej niezwykle nieudanej operacji biegiem udali się następnie pod pomnik Jana Sobieskiego, gdzie spotkać się mieli z innymi podchorążymi. Zostali następnie na łamach prasy nazwani belwederczykami, a w artykułach pojawiły się nawet ich nazwiska oraz podobizny. W ten sposób, w dłuższej perspektywie, wyświadczono im niedźwiedzią przysługę, ponieważ po upadku powstania rosyjskie władze bez większego wysiłku dysponowały gotowymi listami sprawców.
Zabili go i uciekł
Jak to się więc stało, że belwederczycy nie dopadli księcia Konstantego? Zadecydowało o tym kilka czynników. W momencie ataku na Belweder Konstanty spał, jak to zwykle miał o tej porze w zwyczaju, w pokoju na piętrze. Uratowanie skóry zawdzięczał swojemu kamerdynerowi nazwiskiem Friese, który obudził go, a następnie zaprowadził do pokoju pod strychem. Inny z kamerdynerów, o swojsko brzmiącym nazwisku Kochanowski, pomógł mu się ubrać.
Już ubrany książę Konstanty udał się do pokoju swojej żony, księżnej łowickiej Joanny. I tam, nie niepokojony przez belwederczyków, chował się aż do momentu, gdy spiskowcy opuścili Belweder, choć według części autorów zamierzał jedynie upewnić się, że jego żona jest bezpieczna. W kontekście tamtych wydarzeń wspominana jest także informacja, jakoby Konstanty miał opuścić Belweder w kobiecym przebraniu. Jest to jednak tylko legenda, mająca na celu przedstawienie go w jak najgorszym świetle.
W każdym razie z akcji belwederczyków wyszedł cało. Możemy więc jedynie gdybać, jak potoczyłyby się losy powstania listopadowego, gdyby spiskowcy zdecydowali się jednak przespacerować po pokojach Belwederu.
Bibliografia
- M. Borucki, Historia Polski do 2009 roku, Mada, Warszawa 2009.
- N. Kasparek (wywiad) [w:] M. Maciorowski, Powstańcy. Marzyciele i realiści. Historia na nowo opowiedziana, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
- W. Zajewski (red.), Powstanie Listopadowe 1830-1831. Dzieje wewnętrzne. Militaria. Europa wobec powstania, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1990.
- M. Zgórniak, Polska w czasach walk o niepodległość (1815 – 1864), Fogra Oficyna Wydawnicza, Kraków 2001.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.