Polski olbrzym zapomniany przez historię. Eugeniusz Taraciński mierzył ponad 220 cm wzrostu i żył w XX wieku, a jego losy zaskakują!
Cudze chwalicie – swego nie znacie. To powiedzenie pasowałoby jak ulał nie tylko do miejsc, ale i do ludzi. Z pewnością część z Was słyszała o rekordzistach wzrostu z Turcji czy Chin. Tymczasem jeszcze w II połowie XX wieku żył Polak – olbrzym, którego wzrost znacznie przekraczał 2 metry.
Od małego rósł jak na drożdżach
Eugeniusz Taraciński urodził się w 1928 roku w Herawcu koło Kamionki Strumiłowej – jak sam napisał w autobiograficznej książce, której nigdy nie ukończył. Ci, którzy go znali, wspominali, że napisał zaledwie 8 stron, ich treść zaś pozostawiała trochę do życzenia. Co chwilę informował czytelnika o jakimś fakcie, o którym napisze później. Wróćmy jednak do chronologii.
Nie wiadomo, jak dużym był niemowlakiem, ale rosnąć zaczął dość szybko. Kiedy szykował się do pierwszej komunii, ojciec musiał mu kupić garnitur, który normalnie zakupiłby dorosły mężczyzna. A wraz z upływem kolejnych lat Eugeniusz Taraciński rosnąć nie przestawał. Genetycznie nic nie wskazywało na taką skłonność u niego. Rodzeństwa miał sporo (dzięki swojemu wzrostowi był w stanie objąć całą rodzinę), ale wzrost tak jego sióstr, jak i braci był raczej przeciętny lub wręcz niski. Ostatecznie osiągnął ponad 220 cm – źródła podają, że miał mieć nawet od 226 do 228 cm wzrostu.
Kiedy skończyła się II wojna światowa, Eugeniusz Taraciński i jego rodzina znaleźli się najpierw w Sanoku, a następnie w Bystrzycy pod Oławą. Za sobą miał jedynie kilka klas szkoły, zaczął zatem szukać pracy. Na początku znalazł ją w miejscowym nadleśnictwie. Niestety wyręby odbiły się na kondycji jego kręgosłupa. Pracował później w Jelczańskich Zakładach Samochodowych, a konkretnie w lakierni. Jego wzrost okazał się tutaj atutem, bo – jak się okazało – mógł malować bez drabiny.
Sportowiec „po warunkach”, ale kariery nie zrobił
Ze względu na warunki fizyczne nic dziwnego, że w międzyczasie zainteresował się nim świat sportu. Jego zdolności zależały tu od dyscypliny, aczkolwiek sam jakoś wybitnie się do uprawiania sportu nie garnął. Z gier zespołowych piłka nożna szła mu najsłabiej, nieco lepiej siatkówka. W trakcie gry w nią nie poruszał się co prawda wybitnie sprawnie po boisku, ale za to świetnie trafiał podane piłki. Można było go zobaczyć grającego w siatkówkę na bystrzyckim boisku. Natomiast na poważnie próbowano się nim zająć w kontekście koszykówki. Co zaś się tyczy jego kontaktów z profesjonalistami: najpierw trafił do siatkarskiej Gwardii Wrocław, a potem do Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego, czyli późniejszej Legii Warszawa.
fot.Materiał prasowy / https://www.tuolawa.pl/Nie wiadomo, jak dużym był niemowlakiem, ale rosnąć zaczął dość szybko. Kiedy szykował się do pierwszej komunii, ojciec musiał mu kupić garnitur, który normalnie zakupiłby dorosły mężczyzna.
Biegaczem nie był zbyt dobrym, a zatem miałby tylko za zadanie stać w okolicy kosza przeciwnika i przyjmować piłkę od kolegów z drużyny. Brak jest jednak informacji o tym, żeby zrobił karierę w tej dyscyplinie. Ale to właśnie w czasie, kiedy próbowano go przekonać do kariery sportowej, wyszła na jaw przyczyna jego niezwykłego wzrostu. W trakcie badań okazało się, że ma guza przysadki mózgowej. Próbowano go leczyć naświetlaniem lampami, ale rezultaty medyczne były żadne. Stracił jedynie włosy, które potem odrosły już jako siwe.
Przeczytaj także: Stefan Bibrowski – człowiek lew
Wielkoluda trudy życia dnia codziennego
Niełatwo się żyło bystrzyckiemu olbrzymowi na co dzień. Praktycznie nie znajdował żadnych towarów, które byłyby na niego i dla niego dobre. Wszystko musiał mieć, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, spersonalizowane. Tamtejszy szewc pamiętał go doskonale, ponieważ – jak wspominał – tylko raz w życiu robi się buty w rozmiarze 54–56. Miały one 40 cm długości. Z kolei stolarz wykonał dla niego odpowiednio duży fotel, jak i łóżko.
Rower również miał powiększony, na późniejszym zaś etapie życia w zakładach w Jelczu przerobili mu wózek inwalidzki wyposażony w silnik tak, aby był w stanie na nim usiąść. Problemy miał także z zaopatrzeniem w ubrania. Jego bratowa wysłała w tej sprawie listy do „Wólczanki”. I spotkały się one z pozytywnym przyjęciem. Wykonali dla niego po dwie pary podkoszulek, kalesonów i jeszcze dołożyli rękawiczki. W końcu zamówienie było naprawdę „duże”. Wiadomo też, że miał porządny, szyty na miarę garnitur.
Dobrotliwy olbrzym o legendarnej sile
W kontekście wspomnianej wcześniej Oławy warto wspomnieć o jednej z anegdot, która o nim krążyła (a było ich wiele): otóż pewnego dnia zawitał do sklepu i wszedł do niego w momencie, gdy ekspedientka była odwrócona. Podszedł więc spokojnie do lady i czekał. Kiedy zaś ekspedientka odwróciła się w jego stronę, wystraszona kategorycznie nakazała mu, by zszedł z lady!
fot.mat. prasowe Jelczańskich Zakładów Samochodowych / domena publicznaPracował później w Jelczańskich Zakładach Samochodowych, a konkretnie w lakierni.
Ponoć był również niewiarygodnie silny, co nie było bez znaczenia, kiedy trzeba było uspokoić jakąś awanturę. W barze wystarczyło krzyknąć, że idzie się po Gienia, aby z mety zapanował spokój. A to dlatego, że – jak wspominał były mieszkaniec Bystrzycy Waldemar Dawidowicz – „czasami pijaków z knajpy wynosił po jednym w każdej ręce. Silny był pieruńsko, ale to był złoty człowiek”. Co do tych ostatnich słów: wspominano go również jako opanowanego i raczej flegmatycznego.
Jego siła przydawała mu się zresztą i w pracy. Chociażby w lesie. Ten sam mieszkaniec Bystrzycy, tak o tym mówił: „Pracował w lesie z moim ojcem, a jak kiedyś traktor się zakopał, to on sam jeden go wyciągnął”.
Przeczytaj także: Isaac W. Spraque. Żywy szkielet
Padł ofiarą dyskryminacji i niesmacznych propozycji
Zdarzały mu się jednak i sytuacje tak prawdziwe, jak i przykre. Przykładowo związane z kościołem, do którego regularnie chodził na msze. Lubił wchodzić na miejsce, gdzie znajdował się chór. Ale żeby się tam dostać, musiał wejść po schodach. Często, kiedy je przemierzał, wierni milkli, ponieważ schody były drewniane, a deski pod nim wręcz trzeszczały. W końcu jednak podczas czytania ogłoszeń parafialnych tamtejszy ksiądz bez ceregieli stwierdził: „Schody się uginają i może być nieszczęście. Niech ten człowiek już tam nie chodzi”.
Innym razem spotkał się z dyskryminacją akurat w tym miejscu i środowisku, gdzie – jak mogłoby się wydawać – jego wzrost byłby akurat na miejscu. Otóż we Wrocławiu, w Piwnicy Świdnickiej, każdego roku odbywał się Bal Wysokich i Eugeniusz Taraciński na nim bywał. Obiecywano mu nawet transport. Tak samo stało się w roku, kiedy nagrodą dla najwyższego miało być pianino. Ktoś miał po niego przyjechać, nie organizował zatem sobie żadnego transportu. Ale ze strony organizatorów, pomimo obietnic, nikt się nie pojawił. Więcej na tym balu już go nigdy ponownie nie ujrzano.
fot.Materiały prasowe / https://www.tuolawa.pl/Pracował między innymi w Jelczańskich Zakładach Samochodowych, a konkretnie w lakierni. Jego wzrost okazał się tutaj atutem, bo – jak się okazało – mógł malować bez drabiny.
Niestety w swoim życiu stykał się też z dość… nietaktownymi propozycjami. Raz zaproponowano mu angaż w cyrku, ale z oburzeniem odrzucił tę ofertę. Podobnie zachował się, gdy warszawscy – jak piszą na łamach „Naszego Rymanowa” – „naukowcy” chcieli zapłacić 150 000 zł jego rodzinie za to, że udostępniłaby im jego ciało po śmierci. Za dziwaczny można też uznać pomysł warszawskich działaczy sportowych, którzy podobno chcieli go zapoznać z niższą tylko o 2 cm Węgierką. Sugerowali wręcz, że mógłby się z nią ożenić i mogliby mieć dzieci.
Przeczytaj także: Julia Pastrana – Kobieta Małpa
Ze swoim „darem” borykał się do samego końca
Niestety z biegiem lat Eugeniusz Taraciński zaczął podupadać na zdrowiu. Często był zabierany do szpitala, w końcu zaś otrzymał skierowanie do sanatorium. Na miejscu stał się sensacją, z którą każdy chciał zrobić sobie zdjęcie. Z początku niechętny temu Taraciński w końcu się przyzwyczaił, a nawet zawarł nieoficjalną umowę z miejscowym fotografem, który odtąd dzielił się z nim zyskami. Mocno przeżył śmierć matki. Pod koniec życia zamieszkał w hotelu robotniczym w Jelczu. Nigdy nie stracił zdolności do przemieszczania się o własnych siłach. Finansowo w pewnym stopniu wspierała go gmina, ale pewnego dnia jego bratowa zdecydowała się napisać w jego sprawie do samego Józefa Cyrankiewicza. I ten zdecydował się przyznać mu rentę wyjątkową.
fot.Materiał prasowy / https://www.tuolawa.pl/Eugeniusz Taraciński w szpitalu
Eugeniusz Tarasiński zmarł w 1978 roku, przeżywszy tylko 50 lat. I nawet w tych okolicznościach jego wzrost dał o sobie znać. Problemem okazało się znalezienie zakładu, który wykonałby trumnę, która miała mieć 2,5 metra. W końcu podjął się tego Jelcz. Nagrobek jednak postawiono mu standardowy, ponieważ zdaniem przedsiębiorstwa pogrzebowego trzeba byłoby wykonać specjalne formy, co i odpowiednio by kosztowało. Został pochowany na cmentarzu w Bystrzycy. I jak do tej pory nie narodził się taki Polak, który by go „przewyższył”.
Bibliografia
- Jerzy Kamiński, Wielkolud z Bystrzycy, „Gazeta Powiatowa – Wiadomości Oławskie” dostęp 22.12.2025
- Na tropach wielkoluda, „Nasz Rymanów”, nr 10/2014.
- Nieznane zdjęcia słynnego Gienia z Bystrzycy, www.tuolawa.pl dostęp: 22.12.2025.
KOMENTARZE (1)
Mam taką uwagę żeby redaktor przestał używać „zaś” w swoich artykułach , bo to jest nie strawne i wstyd dla piszącego.