Lędzianie mieli pecha. Żyli na terenach, stanowiących pogranicze Polski i Rusi, a na ich ziemie czyhali trzej mocni gracze – Węgrzy, Rusowie i Czesi.
Część handlarzy, którzy w Pradze czy w Krakowie kupowali niewolników, jechała z nimi nie na zachód, lecz na wschód. Zostawiwszy daleko za plecami Wawel, wkraczali na ziemię plemienia Lędzian. Słowo „plemię” trzeba traktować umownie, równie dobrze można użyć słowa „państwo”, jednak Lędzianom nie udało się przetrwać na mapie politycznej. Książęta z Pragi, Gniezna i Kijowa okazali się silniejsi.
Na pograniczu Polski i Rusi
Lędzianie mieli o tyle pecha, że o ich ziemie walczyli nie tylko średniowieczni wojowie, ale też badacze. W 1962 roku znawca tematu Stefan Maria Kuczyński trafnie podsumował dorobek swoich kolegów po fachu:
Składało się tak w dotychczasowej historiografii, że ilekroć pióro historyków polskich, rosyjskich, ukraińskich lub nawet czeskich rozpoczynało opis wczesnośredniowiecznych dziejów ziem pasa pogranicznego między Polską i Rusią, tylekroć niemal zawsze obiektywny spokój tych uczonych przeradzał się w mniej lub więcej zdecydowaną chęć zakreślenia dla swej narodowości granic jak najdalej posuniętych w kierunku wschodnim lub zachodnim.
Lędzianie żyli na terenach, które stały się później szeroko rozumianym pograniczem Polski i Rusi. W IX wieku mieszkali nad Sanem i Dniestrem, ale później udało im się podporządkować Bużan znad Bugu oraz Wołynian znad Styru i Horynia. Dokonał tego zapewne książę Lędzian, którego imię przepadło na wieki. Możliwe, że ludy te zjednoczyły się w obliczu zewnętrznego zagrożenia, bo na ich ziemie czyhali trzej mocni gracze. Pierwszym byli Madziarzy, ale ze znakiem zapytania. Historycy zdani są w tym wypadku na archeologów, którzy są zgodni co do tego, że Węgrzy stacjonowali w okolicach Przemyśla, i niezgodni w kwestii datowania tego faktu.
W każdym razie wedle jednej z interpretacji pod koniec IX wieku lub na początku X wieku grupa Madziarów pilnowała szlaku handlowego łączącego Ruś Kijowską z terenami naddunajskimi oraz pobierała trybut od Lędzian. Śladem tych kontaktów może być słowo „lengyel”, którym dzisiaj Węgrzy określają Polaków. Później zapewne jednak wyczuli, że lepiej obłowią się na zachodzie Europy – a może zostali po prostu wyparci przez Rusów.
Układ z Rusami
Drugim graczem czyhającym na Lędzian byli właśnie Rusowie, czyli Skandynawowie, którzy przejęli kontrolę nad sporą częścią Europy Wschodniej. Usadowiwszy się w Kijowie, zaczęli budować strukturę polityczną zwaną dziś przez historyków Rusią Kijowską. Podporządkowywali sobie okoliczne słowiańskie plemiona – aż pewnego dnia zażądali trybutu od Lędzian.
Przypuszczalnie nastąpiło to między 914 a 940 rokiem, a władcą, który wysłał posłów w tej sprawie, był Ingwar, w polskiej historiografii znany lepiej jako Igor. Lędzianie zgodzili się uiszczać trybut. Z racji położenia na zachodnich peryferiach państwa Rusów ominął ich uciążliwy obowiązek poludja, czyli stołowania w miesiącach zimowych księcia, jego krewnych czy wojowników. Goszczenie przez kilkanaście tygodni bandy wikingów w wielu aspektach nie różniło się od zwykłego najazdu.
Były też jasne strony układu z Igorem: Rusowie nie polowali na niewolników na ziemi Lędzian (a wiadomo, że łapali Słowian i sprzedawali ich na wschodnie rynki), mogli chronić ich przed najazdami Pieczyngów, koczowniczego ludu żyjącego na stepach czarnomorskich, wreszcie zapewniali cenne kontakty handlowe. Każdej zimy Lędzianie, podobnie jak inne słowiańskie plemiona związane z Rusami, wyciosywali dłubanki, łódki z jednego pnia, które Grecy nazywali monoksylami. Kiedy robiło się cieplej i lód topniał, spuszczali je rzekami aż do Dniepru. Wyciągali je w samym Kijowie, gdzie kończyli prace stolarskie i sprzedawali Rusom.
Czytaj też: Nałożnice, wojowie i kastraci. Słowiańscy niewolnicy w krajach arabskich
Brutalny najazd na Konstantynopol
Z pewnością niektórzy Lędzianie towarzyszyli Rusom w podróżach handlowych do Konstantynopola i wracali w rodzinne strony, opowiadając o wspaniałym mieście nad Bosforem. Aż nadeszła wiosna 941 roku, inna niż poprzednie. Tym razem wikingowie z okolic Kijowa nie interesowali się handlem, lecz szukali wspólników, z którymi mogliby zaatakować stolicę Cesarstwa Bizantyńskiego.
Była to inwazja o wyjątkowym rozmachu. Ponad tysiąc lekkich statków ruszyło w dół Dniepru. Ominąwszy zdradliwe porohy, wikingowie zatrzymali się na wyspie św. Grzegorza, dziś zwanej Chortycą, gdzie pod ogromnym dębem złożyli ofiary bogom. Jedni wbijali wokół drzewa strzały, inni kładli chleb i mięso. Rzucano też losy, czy zostawić nieśmiertelnym żywe koguty, czy może je zabić i zjeść.
Potem flota wypłynęła na Morze Czarne. Gdy dotarła do północnych wybrzeży Azji Mniejszej, zaczęło się piekło. Najeźdźcy kradli, palili i nie mieli litości dla jeńców. Siekali ich na kawałki, ustawiali jako tarcze i strzelali do nich, związywali ręce w tył i wbijali żelazne gwoździe w ciemię. Już byli na przedmieściach Konstantynopola. Bizantyńczycy zdołali ściągnąć wojsko i w otwartej bitwie pokonali Rusów. Ci wprawdzie nocą wsiedli na łodzie i próbowali uciec, ale dopadło ich piętnaście galer, które poczęstowały najeźdźców „greckim ogniem” – piekielną mieszanką nafty, wapna palonego i innych substancji. Płonący żywcem Rusowie wyskakiwali z okrętów, jednak ogień nie chciał gasnąć nawet w wodzie. Co więcej, ciężkie zbroje pociągnęły wielu wikingów na dno.
Trzy lata później, w 944 roku, Rusowie i Bizantyńczycy zawarli traktat pokojowy, gdzie wśród ruskich książąt pojawia się niejaki Wołodisław, przypuszczalnie władca Lędzian. Inaczej mówiąc, jest bardzo prawdopodobne, że w ataku na stolicę Cesarstwa Bizantyńskiego obok wikingów brali udział mieszkańcy dzisiejszego Podkarpacia, a ramię w ramię z tymi wszystkimi Ragnarami, Swenami czy Ivarami walczyły swojskie Władki.
Krwawa zemsta Olgi Kijowskiej
W 945 roku kniaź Igor przesadził ze zbieraniem danin. Wpadł ze swoją drużyną na ziemie wschodniosłowiańskiego plemienia Drewlan bardziej jak najeźdźca niż pan i władca. Obłowiwszy się, wyruszyli w drogę powrotną do Kijowa. Chciwemu kniaziowi było jednak mało i w niewielkiej eskorcie wrócił okradać biednych Drewlan. Nie posłuchał ich apelu o zaprzestanie procederu. W takiej sytuacji zwierzyna przerodziła się w myśliwego. Drewlanie wymordowali ludzi kniazia, a samego Igora przywiązali za nogi do dwóch przygiętych drzew i rozdarli.
Igor pozostawił tylko kilkuletniego syna Światosława, więc rządy objęła księżna wdowa Olga, krwawo mszcząc się za śmierć męża (zaczęła od zakopania żywcem posłów Drewlan, a skończyła na spaleniu ich najważniejszego grodu). Prawdopodobnie w czasie jej regencji Lędzianie przestali płacić trybut Rusom, co jednak nie oznaczało pełnej niezależności. Ziemie leżące na atrakcyjnym szlaku handlowym skusiły trzeciego gracza w tym regionie – Czechów.
Czeska kuratela
Przypuszczalnie po 950 roku czeski książę Bolesław Okrutny wymusił na Lędzianach płacenie trybutu. W każdym razie tereny na wschodzie, aż po Bug i Styr, przez jakiś czas uchodziły ze strefę wpływów Pragi, a przez dłuższy czas pamiętano o wspólnej granicy Czech i Rusi.
Chciwym okiem na ziemie Lędzian patrzyli też Lestek i Siemomysł, którzy chcieli awansować z dostawców niewolników na kontrolerów szlaku handlowego. Może próbowali wejść w sojusz z Lędzianami, by wyciągnąć ich spod czeskiej kurateli? Istnieje hipoteza – oparta na lichych podstawach, ale to inna sprawa – że Siemomysł ożenił się z córką lędziańskiego księcia Wołodisława. Jednak ambitni książęta z Gniezna niekoniecznie musieli wchodzić w konflikt z Czechami i Rusami, by zmienić swoją pozycję biznesową. Mieli jeszcze w obwodzie drugi wielki szlak handlowy, pod który mogli się podłączyć. Należało „tylko” przejąć kontrolę nad Wolinem.
Polecamy video: Najstarsze miasta na terenach Polski
Źródło:
Tekst stanowi fragment najnowszej książki Michela Morysa-Twarowskiego „Barbarica. Tysiąc lat zapomnianej historii ziem polskich” (Znak Horyzont 2023).
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.