Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

„Oczy mu się świeciły na myśl o złocie” – jak funkcjonariusze bezpieki rozkradali niemieckie skarby

fot.polska-org.pl Panorama Sędziszowej

Pewnego dnia inspektor Teslar zameldował swoim przełożonym, że „obywatel szwajcarski – stały mieszkaniec Dusznik Zdroju – Kessler Karol proponuje wskazanie miejsca, w którym są ukryte dwa obrazy Rembrandta, oszacowane przed wojną na 800 tys. Reichs Marek”. Jednak już miesiąc później w raporcie pisał, że w domu wskazanym przez Kesslera po zerwaniu podłogi niczego odnaleźć się nie udało.

Sensacyjnie brzmiało także zgłoszenie Waldemara Wasiukiewicza:

„Niniejszym zgłaszam następujące spostrzeżenia i fakty odnośnie do terenu góry Willenberg (…). Na podstawie własnych obserwacji, wywiadów u Niemców i miejscowej ludności stwierdziłem stałe poszukiwania, dokonywane przez osoby prywatne, wartościowych obiektów – przedmiotów ukrytych przez okrążone wojska niemieckie w okolicy tej góry. Osobiście badałem dwa otwarte wejścia do sztolni u podnóża góry, poza tym natknąłem się na dwa zamaskowane usypiskiem wejścia, przypuszczam, że wjazdy dla samochodów. Miejscowa ludność niechętnie udziela jakichkolwiek informacji związanych z tym obiektem, ponieważ na własną rękę robi poszukiwania.

Z luźnych niedopowiedzi pewnym jest, że w podziemiach góry ukryty jest ambulans pocztowy oraz parę samochodów ciężarowych z cennym ładunkiem, prócz tego przypuszczać należy, że znajdują się tam inne ciekawe obiekty. Trafienie do wymienionych wejść jest dla nieobeznanego z terenem prawie wykluczone, z wyjątkiem jednego usypiska, które jest widoczne z głównej szosy. Wejście to prawdopodobnie zostało wysadzone i przypuszczać należy, że jest zaminowane i to odstrasza prywatne osoby przed odkopywaniem podziemnego korytarza”.

Natychmiast zająć się tą sprawą!

Szef PPT przeczytał dokument i dostał wypieków na twarzy. Od razu odręcznie napisał na nim: „Natychmiast zająć się tą sprawą!”. Przydzielono ją inspektorowi Michałowi Wolskiemu, który już następnego dnia wyruszył do Świerzawy, a stamtąd do Sędziszowej:

11 czerwca 1949 roku udałem się z Inspektorem Głównym, inżynierem Kowalskim oraz ze zgłaszającym obiekt – Waldemarem Wasiukiewiczem do Wielisławki celem wprowadzenia mnie w sprawę i zapoznania z terenem. Obywatel Wasiukiewcz pokazał nam dwa wejścia do wnętrza góry Willenberg. Znajdują się one na zboczu góry, tuż nad potokiem przepływającym u podnóża góry. Są trudno dostępne i prawie że niewidoczne. Dla nieznającego tych wejść są wręcz niemożliwe do odnalezienia.

Artykuł stanowi fragment książki Zaginione złoto Hitlera Wydawnictwa Znak Horyzont, która 25 marca ukazała się na rynku

Jednym korytarzem wchodziłem do wnętrza na odległość około 45 metrów, aż do zawaliska. Chodnik jest kuty w kamieniu, wysokość nie jest jednakowa, w każdym razie lekko schylonym można swobodnie iść. Według mojego zdania w skale tego rodzaju nie mogło powstać takie zawalisko samo przez się, szczególnie że korytarz nie jest szeroki. Można przypuszczać, iż zawalisko zrobiono sztucznie przez wysadzenie. Prócz tych dwóch wejść obywatel Wasiukiewcz zaprowadził nas do ciekawego miejsca za stodołą. Tuż za nią w zboczu góry znajduje się usypisko drobnego kamienia maskowane przy pomocy wyraźnie ściętych młodych świerków (…) (puśćmy nieco wodze fantazji) otwierając jedne i drugie wrota stodoły, przez bramę jakby w postaci stodoły wjeżdżamy do wnętrza góry. Na miejscu, po zastanowieniu się nad sytuacją, takie rozwiązanie samo przychodzi na myśl.

Trzecim również ciekawym miejscem jest olbrzymie usypisko na zboczy góry od strony szosy. Na stromej, nagiej ścianie znać wyraźnie część starą, nieobsuniętą i część nowszą nad usypiskiem, która obsunęła się w sposób naturalny lub – co jest bardziej prawdopodobne – sztuczny. Oglądając charakterystyczne pęknięcia skały, a nawet przesunięcie się całych, olbrzymich partii skalnych w dół, zwracając uwagę na kształt niektórych bloków skalnych z boku usypiska, automatycznie przychodzi na myśl możliwość istnienia wejścia do wnętrza góry w tym miejscu.

Na szczycie góry znajdują się budynki, dzisiaj zniszczone, które mają się znajdować na gruzach starego zamku. Wśród budynków zwróciliśmy uwagę na zagłębienie okolone gruzami, dość regularne, zasypane ziemią i śmieciami. Z zamku mogło być zejście do dolnych korytarzy a owo znalezione przez nas regularne zagłębienie mogło być wylotem szybu.

Obywatel Wasiukiewicz zwrócił uwagę na ciekawy szczegół: znalezione przez nas zagłębienie znajduje się akurat nad linią prostą łączącą usypisko przy stodole z usypiskiem przy nagiej ścianie od strony szosy. Wniosku nie sprawdzałem, ale jest prawdopodobnie bardzo trafny. Biorąc pod uwagę wyniki dotychczasowego rozpoznania oraz bezustanne poszukiwania prowadzone przez ludność miejscową należy stwierdzić, iż mamy do czynienia z bardzo ciekawym obiektem. Koniecznym jest przeprowadzenie dokładnej penetracji i wywiadu.

W międzyczasie sprawą zajął się też Urząd Bezpieczeństwa Publicznego ze Złotoryi, który został poproszony przez PPT o pomoc w zbadaniu sprawy. Funkcjonariusze UB zaczęli przesłuchiwać i inwigilować mieszkańców Sędziszowej. A Wolski w kolejnych tygodniach do Sędziszowej wyjeżdżał jeszcze kilkakrotnie. W sprawozdaniu pisał:

W okolicach wzgórza Willenberg spotkałem harcerzy–kwatermistrzów dużego obozu harcerskiej Służby Polsce. W tajemnicy powiedzieli mi o skarbach ukrytych w górze Willenberg. Usiłowałem dowiedzieć się konkretnie, od kogo uzyskali te rewelacyjne dla mnie niby wiadomości. Odpowiedzieli mi na to: – A tutaj słyszeliśmy, mówią o tym!

W czasie zbierania wiadomości o dziejach góry przy końcu wojny, rozmawiałem z ludźmi, którzy mieli jakoby najpewniejsze wiadomości od Niemców. Po raz drugi przekonałem się o wrogiej wręcz postawie okolicznej ludności, względem każdego, kto zbytnio interesuje się wzgórzem Willenberg. Harcerze przebywający na obozie mogliby stanowić dla PPT doskonałą pomoc w zdobywaniu wiadomości. Należałoby wejść z nimi w kontakt i pokierować całą akcją wywiadowczą. Ze strony harcerzy nie powinna spotkać nas żadna trudność w postaci fałszu lub nieszczerości.

Funkcjonariusze UB wzywali na przesłuchania kolejne osoby. Zaczęli od sołtysa Florczaka i kierownika miejscowego młyna – Mazura. Ci donieśli im, że przecież we wsi pozostało jeszcze kilkoro Niemców, którzy muszą coś wiedzieć.

fot.polska-org.pl Pocztówka z końca XIX wieku, po lewej stronie wzgórze Willenberg

Przypytał ich też Wolski z PPT, ale niczego nowego w zasadzie mu nie powiedzieli. Także harcerze spotkani przez niego ponownie w sierpniu od miejscowych żadnych sensacji nie wyciągnęli. Ale jeden ze świadków ponownie rozpalił w inspektorze nadzieję.

„Przesłuchiwany: Klose Herbert. Urodzony 7 października 1919 r. (…)” – przeczytałem nagłówek jednego z dokumentów sporządzonych przez Wolskiego.
„Cholera!” – krzyknąłem na cały głos, tak że aż u sąsiadów zaszczekał pies. „Przecież to MÓJ Klose! To wtedy ta historia się zaczęła – cztery lata przed tym, jak Klose trafił w ręce wrocławskiego UB, między innymi Jaromina!”.

Inspektor PPT relacjonował przesłuchanie:

Uprzedzony o odpowiedzialności za złożenie zeznań niezgodnych z prawdą (art. 140 i 141 Kodeksu Karnego) Klose zeznaje co następuje. Do wnętrza góry Willenberg było przed wojną duże, swobodne wejście, zamykane kratą. Przyjeżdżało sporo wycieczek, które zwiedzały groty we wnętrzu góry. Klucz do kraty znajdował się w magistracie w Schoenau (Świerzawie). Wejście znajdowało się na nagiej, kamienistej ścianie od strony szosy. Dziś nie mogę określić ściśle miejsca, gdzie to wejście się znajdowało. Miało wymiar mniej więcej pięć metrów wysokości i cztery metry szerokości. Ostatni raz widziałem je oraz byłem w środku w sierpniu 1938 r. (…) W środku góry byliśmy około dwóch godzin, chcieliśmy przejść na drugą stronę, ale wyszliśmy na szczyt do restauracji. Jestem pewny, że wejście zostało zawalone przez wojsko niemieckie w 1945 r.

Poszukiwania

We wrześniu na zboczach Wielisławki ruszyły więc intensywne poszukiwania, w który brali udział m.in. inżynierowie z pobliskiej kopalni miedzi „Lena”, ale wkrótce potem dyrektor generalny PPT kazał je przerwać – bo i tu niczego nie znaleziono. To o nich opowiadał zapewne później Klose Dumańskiemu podczas przesłuchania we wrocławskim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, kiedy wspominał, że „państwo już na górze szukało”. Inspektorzy PPT do Sędziszowej wrócić już nie zdołali. Firma została rozwiązana w 1951 r.

Wówczas sprawą Klosego i skarbów Willenbergu kontynuował samodzielnie Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, a nadzorował ją Władysław Jaromin z Wrocławia. To właśnie jego raporty trafiały najpierw na biurka pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a po jego likwidacji najpierw do działającego przy Radzie Ministrów Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, a kiedy utworzono Służbę Bezpieczeństwa, do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Skarbami – zaginionym niemieckim złotem i ukradzionymi podczas wojny dziełami sztuki – mieli się wkrótce zająć odpowiednio przeszkoleni funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, której komendanci od 1956 r. sprawiali także nadzór nad Służbą Bezpieczeństwa. W większości byli to po prostu dawni ubecy, w tym m.in. Jaromin.

Dla stworzenia warunków, aby organa MSW mogły służyć wiernie polskim masom pracującym i skutecznie ochraniać nasze państwo ludowe przed wrogą działalnością międzynarodowej i rodzimej reakcji, koniecznym jest, aby szeregi Służby Bezpieczeństwa składały się z pracowników ideowo zahartowanych i dojrzałych politycznie, o dużym doświadczeniu życiowym i głębokim szacunku dla ludzi pracy. (…) Witam was serdecznie w szeregach funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dawaliście nieraz dowody oddania sprawie socjalizmu i ofiarności w walce z wrogami władzy ludowej, naszego państwa i narodu. (…) Walczcie skutecznie ze szpiegami, dywersantami, terrorystami i innymi wrogami Polski Ludowej.

– napisał w specjalnym rozkazie Władysław Wicha, minister spraw wewnętrznych.

Opowieści z Sędziszowej o skarbach ukrytych w sztolniach góry Wielisławki spisane przez inspektora Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych oraz funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa ze Złotoryi i Wrocławia, protokoły przesłuchań Herberta Klosego z 1953 r. oraz akta dotyczące próby zwerbowania go przez UB do współpracy trafiły teraz na biurka oficerów Milicji Obywatelskiej, a z nich wprost do Warszawy, do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych właśnie. Tam zainteresował się nimi m.in. Ryszard Matejewski, od lat związany z bezpieką, najpierw w Gdańsku, później w Warszawie.

Pełnił on funkcje wicedyrektora Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, szefa departamentu II MSW, czyli kontrwywiadu, a od 1965 r. dyrektora generalnego do spraw SB w resorcie. W końcu został wiceministrem i generałem. Co można o nim jeszcze powiedzieć? Że oczy zawsze mu się świeciły na myśl o złocie. W kraju przecież wciąż było bardzo biednie. Teraz miał możliwość zajęcia się ich poszukiwaniem. A że władza deprawuje, wiemy doskonale z historii i literatury. Matejewski też uległ pokusie. Pragnął złota i biżuterii ze wszystkich możliwych źródeł. Nie pogardziłby niemieckimi skarbami.

Kradzione złoto

Od lat 60. do 1971 r. grupa rabunkowa funkcjonariuszy MSW pod wodzą Matejewskiego przeprowadziła na Zachodzie tajną operację i nielegalnie pozyskiwała dewizy i złoto – kradli, dokonywali rozbojów z bronią w ręku, zastraszali, a może i dopuszczali się straszniejszych zbrodni. Tak pozyskane pieniądze miały być rzekomo później przeznaczone na rutynową działalność operacyjną wywiadu i kontrwywiadu. Biżuterię, dolary, marki niemieckie i funty szterlingi przestępcy z resortu sprzedawali jednak także na własny użytek. Żeby kupić telewizor, kawę i szynkę w puszce w peweksie czy bosko pachnący, jedyny w swoim rodzaju puder cacharel dla żony.

Bo przecież w sklepach nic nie można było dostać, a z Zachodu to już wcale. Ale – jak to w życiu bywa – sprawa się wydała! Bo ci, którzy zarabiali na procederze najmniej, zaczęli donosić na kolegów. W dodatku coraz więcej osób o niej wiedziało, a w MSW działał ponoć nawet sklepik, w którym można było kupić czy to złoty pierścionek, czy to naszyjnik lub zegarek – wszystko skradzione komuś na Zachodzie.

Departament I MSW korzystał za granicą z usług grupy osób zaangażowanych w krajach zachodnich w działalność kryminalną. Osoby ww. dysponowały wartościami dewizowymi uzyskiwanymi w wyniku nielegalnych manipulacji (oszustwa). Od grupy tej Departament uzyskał określone wartości dewizowe (biżuteria złota, kamienie szlachetne itd.– wartości ok. 20 mln zł) przekazując je na rzecz Skarbu Państwa.

– napisał w tajnej notatce do premiera Piotra Jaroszewicza, dyrektora jednego z departamentów MSW.
Kiedy zaczęło robić się gorąco, część skarbów oficerowie MSW ukryli na swoich działkach rekreacyjnych nad Zalewem Zegrzyńskim, dlatego też sprawie nadano kryptonim „Zalew”.

Artykuł stanowi fragment książki Zaginione złoto Hitlera Wydawnictwa Znak Horyzont, która 25 marca ukazała się na rynku

Aresztowano 36 osób, skazano kilka, w tym Ryszarda Matejewskiego – na 12 lat pozbawienia wolności. W ich domach śledczy znaleźli 82 kilogramy złota, ponad 150 tys. dolarów amerykańskich oraz 5 mln złotych. Całość o wartości 40 mln złotych.

Artykuł stanowi fragment książki Zaginione złoto Hitlera Wydawnictwa Znak Horyzont, która 25 marca ukazała się na rynku

Czy wiesz, że ...

...część ofensywy Tet przygotował niewielki, jedenastoosobowy oddział, złożony z młodych dziewcząt? Przyczyniły się one do sprawnego zajęcia miasta Hue 31 stycznia 1968 roku - w bitwie walczyły zresztą aż do końca!

...Aleksander Kwaśniewski, zwiedzając destylarnię w Erewaniu, dał się namówić na wystąpienie w roli... odważnika. A że wyglądał akurat wyjątkowo dobrze, okazało się, że zanim udało się go zrównoważyć, na szali trzeba było położyć dobre sześć kartonów dwudziestoletniego koniaku.

...Adolf Eichmann pierwsze powojenne lata spędził na północy Niemiec, gdzie pracował najpierw jako drwal, a później - jako hodowca kur? Sprzedawał jajka nawet mieszkającym w okolicy Żydom... nad czym bardzo ubolewał.

... żona rządzącego Rwandą dyktatora Juvénala Habyarimana, choć próbowała wszystkim wmówić, że jest kurą domową, w rzeczywistości rządziła krajem. Była u steru władzy także wtedy, gdy rozpoczęło się ludobójstwo. Nie miała zamiru go powstrzymywać.

Komentarze (5)

  1. BM Odpowiedz

    Ten artykuł przedstawia Niemców jako pokrzywdzonych i ofiary, więc chciałbym to wyprostować. Niemcy podczas wojny i okupacji Polski kradli wszystko co się dało. Złoto brali między innymi z biżuterii i złotych zębów ludzi, których mordowali w obozach. Mówiąc obrazowo, jeden bandyta ukradł drugiemu bandycie to, co tamten ukradł niewinnym ludziom, których napadł. Jedynymi pokrzywdzonymi i ofiarami są tutaj Polska i Polacy.

  2. Prawda historyczna Odpowiedz

    Większość nazistowskiego złota to trafiło do ich kumpli w Watykanie za co między innymi Klechowizna wywoziła swych przyjaciół z SS i Gestapo do Ameryki Południowej

  3. KOLES Odpowiedz

    TO PRAWDA I DO DZISIAJ KOMUCHY KRADŁY MILJARDY ZŁOTY BEZOTPOWIEDZIALNOSCI,BEZ KOMISJI ŚLEDCZYCH.
    ZROBIONO TYLKO KILKA KOMISJI NA MILJONY ZŁ A MILJARDY WCIEŁO DO DZISIAJ BEZKONSEKWENCJI

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.