Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

„Wyrzygaj, by zjeść, jedz, by wyrzygać!” – jak NAPRAWDĘ ucztowali starożytni Rzymianie?

Wokół uczt rzymskich narosło wiele mitów

Dwadzieścia dań (w tym panierowany w złocie groszek i dziczyzna faszerowana żywym ptactwem), morze wina, a całość okraszona sosem ze sfermentowanych rybich wnętrzności. Trudno się dziwić, że Rzymianie podczas swoich słynnych uczt musieli od czasu do czasu udać się na stronę. Ale czy na pewno tak było?

„W jadalni stały szerokie łoża biesiadne (kline), ustawione dłuższymi bokami z trzech stron dookoła prostokątnej przestrzeni (…). Wyściełane były materacami i poduszkami, a każde łoże pomieścić mogło trzech, ułożonych w pozycji półleżącej biesiadników. Pośrodku stał albo jeden duży, niski stół, albo przed każdym biesiadnikiem umieszczano małe stoliki. (…). Kubki, pucharki i czarki do picia wina były wystawione, a służba musiała się uwijać aby je napełniać” – opisuje klasyczną ucztę w rzymskim domu Ewa Bugaj.

Inspiracją do napisania artykułu była najnowsza powieść Roberta Fabbriego z bestsellerowego cyklu poświęconego Wespezjanowi, wydana nakładem wydawnictwa Rebis Wespazjan. Rzymskie Furie

Zachowane źródła pisane, ale także malowidła ścienne i płaskorzeźby przedstawiają niezwykły obraz biesiad w Cesarstwie Rzymskim. Na ich podstawie przyjęło się uważać, że mieszkańcy imperium lubowali się w napychaniu brzuchów ponad miarę, pijaństwie przekraczającym granice przyzwoitości oraz ogólnej kulinarnej rozpuście. Prym w obżarstwie wiedli przy tym oczywiście najbogatsi. Na ile jednak takie wyobrażenie jest w ogóle prawdziwe?

Niekończąca się biesiada

Jak mogły wyglądać takie uroczyste kolacje, na których gromadziła się rzymska śmietanka towarzyska? Tak przedstawia je Robert Fabbri w inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami powieści Wespezjan. Rzymskie furie, najnowszym tomie bestsellerowego cyklu opowiadającego o losach jednego z najpotężniejszych władców imperium:

Mało kto lubił uczty Nerona; każda zdawała się ciągnąć w nieskończoność – i ta również nie była wyjątkiem. Nie chodziło o niezliczone dania, zawsze doskonale zaprezentowane i uroczyście obnoszone przez dziesiątki skąpo – jeśli w ogóle – odzianych niewolników płci obojga, albo i bezpłciowych.

Przyczyną nie była też konwersacja, nudnie ugrzeczniona, sporadyczna i wyzuta z humoru; ani też rozrywka, sprowadzająca się do powtarzalnych serii ód w ulubionym stylu cesarza (…). Nawet wulgarność skali biesiady – trzydzieści trzyosobowych sof i tyleż niskich stołów, ustawionych w podkowę wokół artysty – byłaby do wybaczenia.

Bohaterom Fabbriego w cieszeniu się z wystawnych uczt przeszkadzało głównie to, że cesarz zwoływał gości zbyt często i… pod przymusem (nie bez znaczenia był też paraliżujący lęk przed nowymi pomysłami nieobliczalnego władcy). W rzeczywistości jednak wydaje się, że Rzymianie raczej ochoczo stawiali się na zaproszenie do udziału w kolejnym festiwalu obżarstwa i rozpusty (zresztą nie tylko tej kulinarnej).

Podano do stołu

Mniej i bardziej konwencjonalne rozrywki towarzyszące biesiadom odłóżmy jednak na bok. Najważniejszym elementem spotkań było bowiem jedzenie. Czym napełniali brzuchy patrycjusze podczas ciągnących się godzinami obiadów?

Bogactwo menu zależało wyłącznie od fantazji – i bogactwa gospodarza. Podczas co bardziej wystawnych uczt na talerzach gości lądowały pawie jaja, pieczone bociany, fasolka obtoczona w bursztynie oraz „panierowany” złotem groszek. Nieodłącznym elementem było garum – pikantny sos przyrządzany ze sfermentowanych rybich głów i wnętrzności. Petroniusz w swojej słynnej satyrze Uczta Trymalchiona pisał również m.in. o pieczeni z dzika faszerowanego… żywymi ptakami! Przed zdumionych gości wniesiona została też:

kura z rozpostartymi w koło skrzydłami, jak to bywa u kwok wysiadujących jaja. Zaraz też przystąpili do niej dwaj słudzy i przy hałaśliwej muzyce zaczęli grzebać w słomie wydobywając stamtąd pawie jaja i rozdając je biesiadnikom.
Na ten moment widowiska zwrócił uwagę Trymalchion i powiedział: »Przyjaciele, pod kurę kazałem podłożyć pawie jaja. I niech mnie Herkules, ale boję się, że już się zaległy« (…). Ale gdym posłyszał, jak stary bywalec powiedział: »Tu musi być coś dobrego« – przeszukałem skorupkę ręką i znalazłem w niej tłuściutką muchołówkę w pieprzonym żółtku.

Prawdziwie rozpustne uczty dotyczyły tylko cesarzy

Oczywiście dzieło Petroniusza ma charakter prześmiewczy, lecz autor czerpał przecież inspiracje z prawdziwych biesiad. A te były nie mniej wystawne. Jak relacjonuje Ewa Bugaj: „cesarz Heliogabal, panujący w latach 218–222 po Chr. ponoć urządzał uczty składające się z dwudziestu kilku dań, z których każde utrzymane było w tym samym kolorze – wydawano więc uczty różowe, szmaragdowe itp. Biesiadnik, który przedstawił przepis na nieznaną dotąd potrawę, otrzymywał od władcy cenny podarunek”.

W winie prawda

Oczywiście do tego ogromu rozmaitych potraw nie mogło zabraknąć odpowiedniego dodatku w postaci wina. Zasadniczo rzymskie wina były słodkie i ciężkie, lecz – wbrew pozorom – biesiadnicy nie upijali się do nieprzytomności jeszcze przed daniem głównym, gdyż nigdy nie spożywano ich niezmieszanych (i nigdy bez dobrego towarzystwa). Ewa Bugaj opisuje:

Podczas obiadu lub pijącego przyjęcia (commissafio), które mogło nastąpić po obiedzie, arbiter elegantiae, mistrz ceremonii, ustalał proporcje wedle których mieszano wino z wodą, ponadto ile pucharków owego trunku można było spożyć, jak również sposób samego picia.

Pito albo w koło, zaczynając od gościa siedzącego najwyżej (a summo), albo kolejno, co oznaczało, ze każdy napełniał opróżniony przez siebie puchar i podawał go sąsiadowi z życzeniami, albo wreszcie mistrz ceremonii wybierał jednego z obecnych, za którego zdrowie każdy pił tyle razy, ile było liter w jego trzech imionach (tria nomina).

Niewątpliwie zdarzało się, że ten czy ów patrycjusz po takiej uczcie kolejny ranek witał z solidnym kacem, lecz opowieści o regularnym, cowieczornym opychaniu się i piciu na umór przez bogatych Rzymian można włożyć między bajki. Takie zachowania były domeną niemal wyłącznie cezarów.

To władców dotyczyła zresztą w głównej mierze słynna porada „vomunt ut edant, edunt ut vomant!” („wyrzygaj, by zjeść, jedz, by wyrzygać”). Podczas szczególnie obfitych obiadów w wiadomym celu na stronę udawali się m.in. Neron (który pomagał sobie nie tylko wywoływaniem wymiotów za pomocą ptasiego pióra, ale i lewatywami), Witeliusz (jadający ponoć wszystko i wszędzie, napychający się pomiędzy posiłkami w co podlejszych spelunkach i bezwstydnie bekający po każdym daniu) czy Klaudiusz. Ten ostatni wydał nawet specjalny edykt, na mocy którego przy stole – oraz podczas obrad Senatu – można było głośno puszczać wiatry.

Zabójcza miłość do jedzenia

Kłopoty trawienne nie były jednak jedynym skutkiem ubocznym zamiłowania rzymskich elit do biesiadowania. Jednego z największych smakoszy Cesarstwa miłość do jedzenia doprowadziła do… samobójstwa. Autor pierwszej rzymskiej książki kucharskiej O sztuce kulinarnej ksiąg dziesięć, odebrał sobie życie po tym, jak w wyniku zbyt częstego zapraszania gości zbankrutował. Seneka Młodszy – nie bez złośliwości – relacjonował:

Oto kiedy już sto milionów sestercji przepuścił na kuchnię (…), obliczył, że mu pozostaje dziesięć milionów sestercji. Jakby więc musiał żyć w ostatniej nędzy i głodzie, rozporządzając sumą dziesięciu milionów sestercji, trucizną zakończył życie.

Seneka w ogóle zresztą krytycznie podchodził do rozpasania kulinarnego swoich rodaków. Jak gorzko zauważył w swoich Listach „Nie dziw się, że choroby są tak niezliczone: policz kucharzy”.

Inspiracją do napisania artykułu była najnowsza powieść Roberta Fabbriego z bestsellerowego cyklu poświęconego Wespezjanowi, wydana nakładem wydawnictwa Rebis Wespazjan. Rzymskie Furie

W rzeczywistości jednak sytuacja nie była chyba aż tak dramatyczna. Mało kto mógł sobie pozwolić na spędzanie popołudni i wieczorów na pijatykach i opychaniu się bez miary.

Kolacje przeciętnie zamożnych Rzymian trwały zazwyczaj około godziny lub dwóch, lecz choć stanowiły najważniejszy posiłek w ciągu dnia (na śniadania złożone z chleba, serów, owoców i mleka nie zawsze był czas), to serwowane potrawy były na ogół bardzo proste. Ewa Bugaj wylicza: „w dobrych domostwach składały się po prostu z ziół, warzyw, ryb i mięsa, jajek, sera i owoców, podawanych w rozsądnych proporcjach”. Co nie zmienia faktu, że to właśnie mieszkańcom Imperium udało się wynieść gotowanie do rangi sztuki.

Inspiracja:

Inspiracją do napisania artykułu była najnowsza powieść Roberta Fabbriego z bestsellerowego cyklu poświęconego Wespezjanowi, wydana nakładem wydawnictwa Rebis Wespezjan. Rzymskie furie.

Bibliografia:

  1. E. Bugaj, Starożytni Rzymianie i ich uczty, „Szkice Humanistyczne”, UAM 2010.
  2. J. Carcopino, Życie codzienne w Rzymie w okresie rozkwitu cesarstwa, PIW 1960.
  3. Petroniusz, Satyryki, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968.
  4. Seneka Młodszy, Listy moralne do Lucyliusza, PWN 2010.
  5. L. Winniczuk, Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu, PWN 2006.

Czy wiesz, że ...

... w bitwie pod Kannami po przegranej stronie poległo aż 47 tysięcy żołnierzy piechoty i 2,7 tysiąca kawalerzystów? Kolejne 19 tysięcy ludzi dostało się do niewoli. Życie stracił nawet jeden z rzymskich konsulów, Paulus. Przy tej skali klęski straty Kartaginy – 8 tysięcy dusz – wydają się niewielkie.

...rzymskiemu wodzowi przysługiwało prawo do triumfu tylko, jeśli jego armia zabiła w bitwie co najmniej 5000 wrogów?

...jeden ze starożytnych cesarzy rzymskich, Heliogabal, uprawiał z kochankami analingus? Był to dość specyficzny rodzaj analnych pieszczot polegający na stymulacji obszaru odbytu ustami. Tym samym gorszył on nie tylko dwór, ale wszystkich poddanych.

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.