Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Stanisław Jankowski „Agaton”. To dzięki niemu Armia Krajowa wodziła Niemców za nos

Stanisław Jankowski, w mundurze podporucznika rezerwy artylerii. Maj 1939 roku.

Stanisław Jankowski w mundurze podporucznika rezerwy artylerii. Maj 1939 roku.

Przed wojną marzył o budowaniu domów. Zamiast tego przypadło mu w udziale tworzenie fikcyjnej rzeczywistości, opakowanej w fałszywe przepustki i pozwolenia. Z ich pomocą oszukiwał Niemców od Warszawy do Paryża. Jak mu się to udawało?

Generał Julius von Hallmann był postacią przedziwną. Specjalista od spraw fortyfikacji, formalnie przypisany do frontu wschodniego, całą swoją karierę spędził podróżując między Warszawą i Paryżem. Tu próbował zwerbować robotników na wschód, tam pomagał w pracach nad fortyfikowaniem wybrzeży Atlantyku.

Czytając jego wspomnienia, można odnieść wrażenie, że równie dużo czasu spędzał na odpoczywaniu. Zaraz po przyjeździe do Paryża stawiał się w komendzie miasta, załatwiał wszystkie formalności, mył i przebierał w hotelu, po czym, jak pisał: „wędrowałem do Halle aux Fruits, kupowałem kobiałkę owoców aktualnych w danym sezonie (…) i szedłem w jakieś zaciszne miejsce, np. nad Sekwanę i jadłem, ile tylko dusza zapragnęła, a żołądek dał radę”.

Musiał znakomicie się bawić. Nikt poza nim nie wiedział, że nie nazywa się von Hallmann, ale Stanisław Leski, „Bradl”. Był kurierem polskiego podziemia. Generała udawał, żeby łatwiej mu się podróżowało. Maskaradę ciągnął do wiosny 1943 roku. Wszystko dzięki swojej odwadze, warszawskiemu krawcowi, który sprawił mu generalski mundur, oraz Stanisławowi Jankowskiemu „Agatonowi”, którego fałszywe dokumenty prowadziły „Bradla” po całej Europie.

Goniąc wojnę

Cztery lata wcześniej Jankowski nie był jeszcze specjalistą od podrabiania dokumentów. Nie myślał też o tym, by zostać cichociemnym – w 1939 roku tego słowa jeszcze nie było. Zamiast tego prowadził spokojne i szczęśliwe życie. Miał żonę, niedawno urodziło mu się dziecko, pracował jako architekt – tak, jak sobie wymarzył.

To właśnie dzięki dokumentom dostarczonym przez "Agatona" Kazimierz Leski mógł podróżować po Europie podając się za generała Juliusa von Hallmanna.

fot.domena publiczna To właśnie dzięki dokumentom dostarczonym przez „Agatona” Kazimierz Leski mógł podróżować po Europie podając się za generała Juliusa von Hallmanna.

W książce „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie” wspominał, że pracował:

u Pniewskiego, gdzie zostałem zaangażowany w do pomocy przy konkursie na projekt budynków Polskiego Radia, po czym profesor zaproponował mi pozostanie w pracowni na stałe. Wiodło nam się znakomicie. Po wygranym konkursie kończyliśmy właśnie projekt wstępny rozgłośni Polskiego Radia. Chodziliśmy dumni jak pawie.

Z każdym mijającym tygodniem lata 1939 roku radość ustępowała jednak miejsca coraz wyraźniejszemu niepokojowi. W końcu w środę 23 sierpnia Jankowski otrzymał wezwanie na mobilizację. Od tego momentu rozpoczęła się jego prawie trzyletnia pogoń za wojną. Najpierw pojechał do Płocka, gdzie stacjonował jego pułk. Tam poinformowano go, że nie jest potrzebny. Wrócił do Warszawy, gdzie udał się do Komendy Miasta. Poprosił o jakiś przydział. Jakikolwiek. Bez skutku.

Chwilę później wybuchła wojna. „Gdy 1 września obudziły mnie syreny, ogłaszające alarm lotniczy dla Warszawy, byłem przekonany, że to ćwiczenia OPL. Syreny alarmowe odzywały się coraz częściej. Szczególnie głośno zawodziła ta ustawiona na dachu na rogu alei Niepodległości i ulicy Wawelskiej” – pisał we wspomnieniach.

Ogłoszona następnego dnia powszechna mobilizacja objęła także i jego. Skierowano go do Grodna i dalej, do Wilna. Zanim jednak zdążył wziąć udział w walce, uciekał już na Litwę. Trzy miesiące później trafił do Francji, a po kolejnych sześciu – do Wielkiej Brytanii.

Artykuł został oparty między innymi o książkę "Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie" (Bellona 2019).

Artykuł został oparty między innymi o książkę „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie” (Bellona i Narodowe Centrum Kultury 2019).

Początek pobytu na Wyspach nie zapowiadał żadnych zmian w życiu Jankowskiego. On sam ciągle miał poczucie, że wojna mu ucieka. Aż do grudnia 1940 roku. Wtedy otrzymał propozycję nie do odrzucenia: Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej. Nie był zadowolony. „Ja na Kurs Administracji? Z daleka od baterii, z daleka od wojny, w biurze w Londynie! Cóż ja mam z tym wspólnego? Diabli nadali!” notował po latach.

Szybko okazało się, że za tą nudną nazwą stoi bynajmniej nie nudne zadanie. Zniechęcony rekrut dowiedział się bowiem od pewnego pułkownika, że „Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej jest kryptonimem Szkoły Oficerów Wywiadu, do której został pan wytypowany”. Jankowski miał zostać cichociemnym.

Do trzech lotów sztuka

Kolejne miesiące wypełniły mu setki godzin nauki i treningów. Całość przypominała przyspieszony kurs prowadzenia wojny. Szkolono ich z technik wywiadu, dywersji, wpajano podstawy chemii, łączności i szyfrowania. Ćwiczyli skoki na spadochronie, dżudo oraz poznawali realia okupacyjnej rzeczywistości, niezbędne do tego, żeby po znalezieniu się już w kraju byli w stanie w nim przeżyć. Ich ostateczni egzaminatorzy, oficerowie gestapo i Abwehry, nie odpuszczali najmniejszych nawet pomyłek.

Ale i samo szkolenie przebiegało w taki sposób, aby jak najbardziej dać im w kość. Jak notował Jankowski:

Umiejętności spadania na ziemię uczyła nas bardzo złośliwa huśtawka. Niby zwyczajna, jakby nigdy nic. Gdy adept usiadł na niej pierwszy raz i dobrze się rozbujał, przypominały mu się dziecięce lata. Stojący obok instruktor rozmawia z nami na obojętny temat. Drobny ruch ręką i niespodziewanie odpięty delikwent ląduje w najmniej oczekiwanej pozycji.

Cichociemni przechodzili intensywny trening sprawnościowy. Zdjęcie poglądowe.

fot.domena publiczna Cichociemni przechodzili intensywny trening sprawnościowy. Zdjęcie poglądowe.

Wszystko po to, żeby to jedno najważniejsze lądowanie, w Polsce, nie okazało się końcem ich zadania. Czasem jednak, zanim doszło do skoku, cichociemny musiał się trochę nalatać. Tak stało się w przypadku „Agatona”, którego samolot dwukrotnie zawracano z różnych powodów. Gdy wsiadł na pokład maszyny po raz trzeci, usłyszał od nawigatora, że teraz już dostarczą go na miejsce. Działo się to w nocy z 3 na 4 marca 1942 roku. Lecąc, obserwował zamarznięte brzegi Bałtyku i migające w oddali światełka. Czekał na moment, kiedy usłyszy „Światła! Są!”. To miał być znak, że są nad lądowiskiem.

Skakał jako czwarty. „Tylekroć zastanawiałem się, co będę czuł w chwili skoku. Jakie będą moje pierwsze reakcję? Radość? Ciekawość? Powinienem być wzruszony, a byłem zachwycony”. Lądowanie miał idealne. Na ziemi szybko przejęła ich lokalna placówka AK, która przekazała ich dalej – do Warszawy.

Król fałszerzy

„Agatonowi” po okresie obowiązkowej kwarantanny, będącej kolejnym etapem nauki życia okupacyjnego, polecono zorganizować komórkę przygotowującą fałszywe dokumenty. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Jankowski błyskawicznie osiągnął w swoim nowym fachu absolutne mistrzostwo.

Zaczynał skromnie – od lokalu na poddaszu na Krakowskim Przedmieściu i jednej łączniczki. Przez te pierwsze tygodnie nudził się. Dopiero z czasem „dostawałem blankiety i wzory najprostszych dokumentów. Robota stawała się bardziej samodzielna i ciekawsza”. Prawdziwą jego dumą stały się legitymacje kolejowe Ostbahnu, bardzo popularne i pożądane w konspiracji, bo ułatwiające podróże pociągami oraz chroniące przed łapankami. Szybko dorzucił do tego metryki urodzenia. Zazwyczaj spoza Warszawy – bo te trudniej było sprawdzić.

Fałszywy dokument wykonany w pracowni „Agaton”.

fot.Archiwum rodzinne St. Jankowskiego/materiały prasowe Fałszywy dokument wykonany w pracowni „Agaton”.

„Podpisywałem proboszczów rozlicznych prowincjonalnych parafii, a nawet – obawiam się – że przysporzyłem im kilku świętych patronów, komponując okrągłe pieczęci”, wspominał, dodając, że najwięcej kłopotu sprawiało mu wpisywanie łacińskich tekstów. Na kursie cichociemnych nie uczono go języka Tacyta i Cezara, a ze szkoły pamiętał tylko kilka sentencji. Jak zyskiwał pewność, że nie popełnia błędów? „Chodziłem na korektę do zaprzyjaźnionego księdza w kościele Św. Anny. Pomagał mi chętnie i z góry obiecał rozgrzeszenie za wszystkie fałszerstwa” – relacjonował.

Tygodnie i miesiące mijały, a zespół „Agatona” stawał się coraz większy i coraz lepszy. W końcu nie było dokumentu, którego nie byliby w stanie podrobić. Od tych najpowszechniejszych, jak kennkarty, ausweisy, zaświadczenia z urzędu pracy, przepustki nocne czy kartki żywnościowe, po papiery podróżne.

Te ostatnie wystawiano indywidualnie dla każdego kuriera, w zależności od trasy czy posiadanych umiejętności i znajomości języków. Jankowski „wytwarzał” pracowników organizacji Todt, urzędników firmy produkującej konserwy dla Wehrmachtu, a nawet agentów niemieckiej firmy handlowej. Gdy trzeba było, produkował fałszywe dokumenty również na rynek… francuski.

Najlepszym świadectwem jakości pracy stworzonej przez niego komórki stały się jednak „oryginalne” dokumenty. Jak pisał:

Ogromna ilość wymaganych dokumentów, mających utrudnić nam poruszanie się, a Niemcom ułatwić kontrolę, obróciła się (…) przeciw okupantom. Powstała papierkowa dżungla, w której (…) przestali się orientować nawet Niemcy.

Artykuł został oparty między innymi o książkę "Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie" (Bellona 2019).

Artykuł został oparty między innymi o książkę „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie” (Bellona i Narodowe Centrum Kultury 2019).

Wykorzystując ten chaos, „Agaton” produkował papiery całkowicie fikcyjne. Drukowano je na oryginalnym papierze ze znakami wodnymi, nienagannymi pieczęciami i podpisami, i opatrzano adnotacjami „ściśle tajne” albo „poufne”. Nie można ich było zepsuć, bo nie było do czego ich porównać. „Przy niemieckim szacunku dla dokumentów i pieczęci – szafa grała znakomicie”.

Jankowski już nie tylko odtwarzał rzeczywistość, ale także tworzył własną.

Żegnaj Warszawo. Witaj Warszawo

Chroniąc innych, nie mógł jednocześnie obronić swoich najbliższych. Latem 1942 roku jego żona i teściowa zostały aresztowane przez gestapo. Wysłano je do Auschwitz, gdzie zmarły jeszcze przed końcem roku. W tym samym czasie dla swojej córki, która nie pamiętała go sprzed 1 września 1939 roku, był tylko „wujkiem”. Bał się powiedzieć jej, kim jest naprawdę, żeby przypadkowo się nie wygadała. Tajemnica konspiracyjna była najważniejsza.

Najbliżej odkrycia przed nią prawdy był 1 sierpnia 1944 roku, tuż przed godziną W. Ale zrezygnował. Nie wiedział, czy przeżyje, a nie chciał narażać dziecka na stratę drugiego rodzica. A miał niejedną okazję do tego, aby zginąć. Walki na Woli, Stawkach i Starym Mieście co chwila przynosiły szansę na śmierć. Jakby tego było mało, razem z trzema swoimi ludźmi został wyznaczony do nawiązania łączności między Starówką, a Żoliborzem. Przechodząc wśród niemieckich stanowisk cudem uniknęli śmierci.

Patrol plutonu „Agaton”. Na czele Stanisław Jankowski. Pierwsze dni sierpnia 1944.

fot.Stefan Bałuk/domena publiczna Patrol plutonu „Agaton”. Na czele Stanisław Jankowski. Pierwsze dni sierpnia 1944.

Prawdziwym wyzwaniem okazało się jednak co innego – kanały. Tymi „Agaton” przechodził siedmiokrotnie. Brodząc w cuchnącym szlamie, potykając się o zalegające na dnie przedmioty, obijając głowę o niskie stropy, czy w końcu zmagając się z otaczającą go ciemnością, szukał ratunku dla umierającej Warszawy. Wszystkie podjęte przez niego próby sprowadzenia do miasta odsieczy zakończyły się fiaskiem.

Po upadku powstania warszawskiego poszedł do niewoli jako ostatni adiutant generała Tadeusza Bora-Komorowskiego. Pożegnał Warszawę swojej młodości. Wrócił do niej dopiero po kilku latach. Tym razem jako architekt.

Bibliografia:

  1. Stefan Bałuk, Byłem cichociemnym…, Askon 2007.
  2. Stanisław Jankowski, Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie, Bellona i Narodowe Centrum Kultury 2019.
  3. Andrzej Skalimowski, Sigalin. Towarzysz odbudowy, Wydawnictwo Czarne 2018.

Sprawdź, gdzie kupić „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”:

Czy wiesz, że ...

...do obozów koncentracyjnych trafiały kobiety, których sposób bycia lub ubierania uznano za… zbyt wyzywający? Prewencyjne zwalczanie przestępczości pozwalało policji aresztować obywatelki o „zbyt erotycznym sposobie bycia, wyzywająco ubrane i wykazujące zachowania aspołeczne”.

...krakowski lotnik, podporucznik Jan Kremski, w związku z zestrzeliwaniem wrogich samolotów wespół z kolegami, miał zaliczone łącznie… 4 i 14/15 zwycięstwa pewnego? Do zaszczytnego tytułu asa, który przysługiwał od 5 zwycięstw wzwyż brakło mu tylko 1/15.

...Alfred Rosenberg, jeden z twórców zbrodniczej ideologii III Rzeszy, twierdził, że nie miał pojęcia o tym, co działo się w obozach koncentracyjnych. Gdy miał okazję odwiedzić Dachau, zrezygnował "ze względów estetycznych".

…uciekinier przyłapany na próbie ucieczki z obozu koncentracyjnego był brutalnie bity i ośmieszany. Częstą praktyką było przebieranie go w groteskowy strój błazna. Dawano mu też tabliczkę z kpiącym napisem: „Hurra, hurra ich bin wieder da!” czyli „Hurra, znowu tu jestem!”. 

Komentarze (5)

  1. Bolesław Chrobry Odpowiedz

    Ile odwagi, poświęcenia, miłości i jak wielki patriotyzm w sercu zwykłego człowieka, który od wpływem zagrożenia stał się bohaterem. Dziś uczy się młodzież, że największym aktem patriotyzmu jest segregowanie śmieci i płacenie podatków. Zaiste żyjemy w dziwnych czasach.

    • tommies Odpowiedz

      Pomimo naszego narodowego narzekactwa, trzeba stwierdzic, ze zyjemy we spanialych czasach. Kazdy pracowity czlowiek moze pozwolic sobie na mieszkanie/dom, samochod nie jest juz luksusem, zwiedzamy obce kraje. Do tego problem glodu praktycznie nie istnieje.
      A to jak wychowamy nasze dzieci zalezy od nas. W obecnych czasach przejawem patriotyzmu jest wlasnie placenie podatkow i poszanowanie dla prawa.
      I drobne sprawy w rodzaju wyboru naszych krajowych produktow, nawet jesli obok stoi reklamowany zachodni.
      Na szczescie nie musimy dzisiaj walczyc i ginac za ojczyzne. Po prosu ja szanujmy i dla niej pracujmy.

      • Artur Odpowiedz

        100% racji. Mam jednak nadzieję, jestem przekonany, że w razie takiej potrzeby nie zabraknie odwagi i poświęcenia. Oby taka godzina próby nigdy nie nadeszła!

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.