By zajść w ciążę, sięgała po najbardziej odrażające specyfiki epoki, w tym sproszkowane ropuchy, węże i jaszczurki. Ludgarda, młoda żona przyszłego króla Polski, przez dziesięć lat bezskutecznie próbowała dać mężowi dziedzica. Gdy to się nie udawało, Przemysł II odsunął ją od siebie i odesłał do Gniezna.
Księżna, która zniknęła ze źródeł
Gdy w 1273 roku Ludgarda przybyła do Poznania jako żona Przemysła II, wszystko zdawało się dobrze wróżyć. Książę poślubił ją z miłości, co w epoce politycznych mariaży było rzadkością, a związek umacniał cenny sojusz z władcami Pomorza Zachodniego. Wkrótce jednak po młodej księżnej słuch niemal zaginął.
O dalszych losach Ludgardy źródła konsekwentnie milczą, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Jej imię pojawia się tylko jeden jedyny raz, w dokumencie z 1279 roku, gdzie wśród świadków wymieniono podkomorzego jej dworu. To milczenie samo w sobie wiele mówi o pozycji, jaką zajmowała na dworze męża.
Nie wiadomo praktycznie nic o pożyciu książęcej pary. Pewne jest jedynie to, że małżeństwo pozostało bezdzietne, a winą za ten stan rzeczy obarczano księżną.
fot.Polona / domena publicznaPrzemysł II i Ludgarda na grafice Antoniego Oleszczyńskiego przerysowanej z manuskryptu znajdującego się w zbiorach Biblioteki Załuskich
Z faktu, że nie doczekała się potomstwa, wyciągano wniosek o jej bezpłodności. Co istotne, samego Przemysła nie sposób było o nią podejrzewać, bo z drugiego małżeństwa doczekał się później córki.
Brzemię, którego nie udźwignęła
By zrozumieć dramat Ludgardy, trzeba pamiętać, jaką rolę przypisywano kobiecie w średniowieczu. Jej nadrzędnym zadaniem było wydanie na świat potomstwa, przede wszystkim syna, któremu w rodach panujących przekazywano władzę. Córkami również nie pogardzano, bo można je było korzystnie wydać za mąż i scementować sojusze.
Najbardziej jednak wyczekiwano narodzin następcy tronu. Kobieta, która nie dała mężowi dziecka, stawała się w oczach epoki w zasadzie bezużyteczna. Jej jedyną wartością pozostawało wówczas wiano wniesione do małżeństwa. Zdarzało się, że władca oddalał niepłodną żonę i wiązał się z inną, mającą obdarzyć go upragnionym dziedzicem.
fot.Jan Matejko / domena publicznaPrzemysł II
W przypadku Przemysła stawka była wyjątkowo wysoka. Był on ostatnim przedstawicielem wielkopolskiej linii Piastów, której groziło wymarcie.
Brak męskiego potomka oznaczał nie tylko kres rodu, ale też osłabienie jego pozycji w księstwie, zwłaszcza po tym, jak w 1279 roku przejął całą Wielkopolskę po zmarłym stryju. Bezpłodność Ludgardy stawała się więc problemem politycznym pierwszej wagi.
Sproszkowane gady na płodność
Bezdzietność musiała ciążyć Ludgardzie coraz bardziej. Lata mijały, a ona wciąż nie zachodziła w ciążę. Na tym tle z pewnością dochodziło do napięć między małżonkami, a świadkami nieporozumień bywali zapewne dworzanie, chętnie plotkujący o całej sytuacji. W średniowieczu bezpłodność tłumaczono często karą Bożą, co dodatkowo pogłębiało udrękę księżnej.
Zdesperowana kobieta imała się zapewne najróżniejszych sposobów. Niewykluczone, że sięgała po tajemnicze medykamenty, których w owych czasach nie brakowało.
Receptury ówczesnych lekarzy potrafiły budzić grozę. Mikołaj z Polski, nadworny medyk księcia krakowskiego Leszka Czarnego, na bezpłodność zalecał jedzenie sproszkowanych i wysuszonych płazów oraz gadów, czyli węży, jaszczurek i żab.
fot.Diego Delso / CC BY-SA 4.0Południowa część zamku królewskiego w Poznaniu
Według tego medyka, jeśli komuś takie specyfiki nie smakowały, mógł sproszkowanymi wężami nakarmić kury, a następnie je zjeść i osiągnąć ten sam efekt. W jednym z traktatów Mikołaj radził wziąć kilka ropuch, włożyć je do nowego garnka uszczelnionego gliną, a potem suszyć przy ogniu tak długo, aż dało się je rozetrzeć na proszek.
Trudno powiedzieć, czy Ludgarda rzeczywiście sięgała po tak odrażające mikstury, lecz w jej rozpaczliwym położeniu było to całkiem prawdopodobne.
Odtrącona i odesłana do Gniezna
Ani dziwne specyfiki, ani żarliwe modlitwy nie przyniosły efektu. Co gorsza, Przemysł nie tylko nie wspierał młodej żony w tych trudnych chwilach, ale dokładał jej kolejnych cierpień. Historycy podejrzewają, że odsunął ją od siebie i zakazał udziału w publicznych uroczystościach.
Dowodzono nawet, że książę wstydził się Ludgardy i nie znosił jej widoku, który wprawiał go w złość. Z czasem rozdrażniony władca odesłał ją do Gniezna, sam pozostając w Poznaniu. Doszło w ten sposób do faktycznej separacji, która pozostawiła księżną w całkowitym osamotnieniu.
Mimo to Przemysł nie zdecydował się na rozwód. Stanowisko Kościoła w tej sprawie było jednoznaczne, a książę nie chciał narażać się duchowieństwu, którego poparcie było mu potrzebne.
fot.Zuber & MariuszR – Polska za W Lokietka (1275-1300). / CC BY-SA 3.0Polska za czasów Przemysła II w 1295
Unieważnienie małżeństwa groziło też utratą sojuszników na Pomorzu Zachodnim, stanowiących filar jego polityki wobec Brandenburgii. Łatwiej było po cichu odsunąć niewygodną żonę, niż stracić cennych sprzymierzeńców, bo względy polityczne znaczyły wówczas znacznie więcej niż sprawy osobiste.
Ze zdaniem samej Ludgardy nikt się nie liczył. Cierpiała ze świadomością, że mąż przestał ją kochać, a wszystkie jej starania spełzły na niczym. Odtrącona i osamotniona smutniała i nikła w oczach, spędzając dni w zgryzocie.
Z czasem mogła popaść w głęboką melancholię, z którą nie wiadomo, czy potrafiła sobie poradzić. Jej cierpienie miało się wkrótce zakończyć w sposób, który dał początek jednej z najgłośniejszych zagadek kryminalnych średniowiecznej Polski.
Źródła

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.