Podczas wojny koreańskiej Stany Zjednoczone poważnie rozważały użycie broni atomowej. Politycy debatowali o nuklearnym uderzeniu, a wojskowi proponowali nawet wykorzystanie Koreańczyków jako „królików doświadczalnych”. Gdyby ten plan został zrealizowany, zimna wojna mogła przerodzić się w globalną katastrofę.
Wraz z zakończeniem drugiej wojny światowej Korea, która była kolonią japońską, została podzielona wzdłuż 38. równoleżnika. Północna połowa Półwyspu Koreańskiego trafiła pod okupację ZSRR, a południowa – USA. W 1948 roku, wobec nieporozumień politycznych, każda okupowana część stworzyła własny rząd. Na czele północy stanął Kim Ir Sen, a południem zarządzał Rhee Syng-man. Obaj twierdzili, że tak naprawdę rządzą nie tylko tym terytorium, lecz także całą Koreą.
ZSRR i USA wycofały większość wojsk z tych obszarów odpowiednio w 1948 i 1949 roku. Wzdłuż 38. Równoleżnika dochodziło do starć, ale ich skala była ograniczona. Aż do 25 czerwca 1950 roku, kiedy Północ zaatakowała Południe z pełną mocą. Po dwóch miesiącach Południe było już niemal pokonane, jednak wtedy, pod koniec września, z odsieczą przyszły siły ONZ na czele z USA. Zmieniło to dynamikę wojny, lecz potem w konflikt włączyły się też Chiny, które wsparły Północ.
fot.Naval Historical Center, Department of the Navy, Washington, D.C. / domena publicznaOdzyskanie Seulu przez wojska ONZ we wrześniu 1950 roku
Po tej kolejnej wolcie wojna utknęła w martwym punkcie. 27 lipca 1953 roku podpisano zawieszenie broni. To był koniec rozlewu krwi, ale strony nie zawarły traktatu pokojowego i formalnie pozostają w stanie wojny do dziś. Wraz z zakończeniem walk utworzono Koreańską Strefę Zdemilitaryzowaną – wielki pas o długości 248 kilometrów i szerokości 4 kilometrów, rozcinający Półwysep Koreański i mający zapobiegać jakimkolwiek kontaktom – nawet wzrokowym – pomiędzy żołnierzami obu stron oraz zminimalizować ryzyko incydentów, które mogłyby się stać zarzewiem kolejnego konfliktu.
W trakcie wojny na Północ zrzucono 635 tysięcy ton bomb. Do dzisiaj Korea Północna pozostaje jednym z krajów, na które spadło najwięcej bomb w historii – oprócz Wietnamu Południowego (4 miliony ton bomb), Laosu (2 miliony ton) i Kambodży (500 tysięcy ton).
Amerykanie rozważali, czy nie zrzucić na nią także bomby atomowej. 30 listopada 1950 roku zasugerował to sam prezydent Truman, a niektórzy członkowie Kongresu go poparli. „Najwyższy czas”– powiedział republikański senator Owen Brewster i dodał, że eksplozja nuklearna pozwoli ocalić życie tysięcy amerykańskich żołnierzy.
Przeciwny był m.in. republikański senator Eugene Millikin, który zwracał uwagę, że to najpoważniejsza broń i nie należy jej używać impulsywnie, a inny senator z Partii Republikańskiej Milton Young dodawał: „Taka broń powinna być używana tylko wobec naprawdę ważnych, permanentnych celów. Z faktów, które mamy, nie wynika, żeby to była taka sytuacja”.
Senator Brewster szedł tymczasem w zaparte. Kiedy alarmowano, że użycie bomby w Korei może wywołać stanowczą odpowiedź ZSRR, w tym atak na Waszyngton, odparł buńczucznie: „Możemy już teraz doprowadzić do ostatecznej konfrontacji”.
W raporcie sporządzonym po operacji Buster-Jangle podpułkownik o nazwisku Holstrum z Korpusu Inżynieryjnego Armii Stanów Zjednoczonych zaproponował tymczasem, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, można by zrzucić bombę atomową na Północ i zakończyć konflikt.
Po drugie, w pobliżu miejsca wybuchu mogliby wylądować amerykańscy spadochroniarze, których zadaniem byłoby pojmanie tylu jeńców, ile się da. Następnie zostaliby oni przesłuchani w celu sprawdzenia, jaki wpływ wywarła na nich eksplozja. Tym samym wojsko dostałoby odpowiedź na nurtujące je pytanie: jak blisko strefy zero mogą przebywać żołnierze? Zrobiłoby się z Koreańczyków króliki doświadczalne i po sprawie.
Użycie bomby w Korei sprowadziłoby świat na nieznane tory. Co prawda bomby atomowe zrzucono wcześniej na Japonię, ale teraz okoliczności były inne. Po jednej stronie konfliktu stały Zachód i USA, a po drugiej komuniści nie tylko z Korei Północnej, lecz także z ZSRR i Chin.
Do tego Związek Radziecki, inaczej niż w 1945 roku, też posiadał już broń nuklearną i miał za sobą pierwsze testy.
Nie wiadomo było, jak Sowieci zareagowaliby na tak śmiały ruch Stanów Zjednoczonych. Dlatego niektórzy sprzymierzeńcy USA byli przerażeni, kiedy Truman nie wykluczył użycia bomby w Korei, bo nawet gdyby w odpowiedzi Związek Radziecki nie zrzucił bomby atomowej na Waszyngton, uznawszy to za misję samobójczą, mógłby podjąć działania względem sojuszników USA w Europie. Amerykanie wiedzieli, czym to grozi.
fot. Rowe, Abbie National Park Service / domena publiczna Truman w 1949
Prezydent Truman otrzymał przecież raport NSC-68 w kwietniu 1950 roku, a więc kilka miesięcy przed sugestią o użyciu bomby w Korei. W dokumencie stwierdzono, że Związek Radziecki i jego sojusznicy byliby w stanie podbić większość kontynentu europejskiego, wyłączając może jedynie Półwysep Iberyjski i Skandynawię. Wymagałoby to zapewne wysłania żołnierzy USA na Stary Kontynent. A to ostatnie, czego chcieli Amerykanie.
„Stany Zjednoczone nie mają zamiaru wysyłać wielkich oddziałów wojska do Europy i toczyć z nimi [Sowietami] brutalnej walki, rzucać ludzi przeciwko ludziom. Napoleon i Hitler popełnili już ten błąd” – mówił generał George C. Kenney, dowódca Strategicznych Sił Powietrznych.

Tekst jest fragmentem książki Łukasza Dynowskiego Atomowi. Testy nuklearne na ludziach, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2026.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.