W wigilijną noc 1976 roku w podpołanieckim Zrębinie dokonano zbrodni, o której wiedziała niemal cała wieś. Troje ludzi zginęło z rąk sąsiadów, a kilkudziesięciu świadków przysięgło milczenie. Przez miesiące prawda była ukrywana pod pozorem tragicznego wypadku. Do czasu, aż ktoś się złamał.
Rok 1977. Okolice Zrębina
Leszka Brzdękiewicza odnaleziono martwego w płytkiej, leniwie płynącej rzece Czarnej. Zwłoki zaplątane w trzcinach początkowo wyglądały na przypadkową ofiarę utonięcia. Miejscowi w to nie wierzyli. Woda w miejscu, gdzie znaleziono ciało, sięgała zaledwie do kostek. Było też coś jeszcze. Niedługo przed śmiercią Leszek odważył się przerwać zmowę milczenia i złożył zeznania w prokuraturze. Opowiedział o tym, co naprawdę wydarzyło się w noc wigilijną 1976 roku. Był jednym z zaledwie dwóch mieszkańców wsi, którzy od początku mówili milicji prawdę. Co więcej — wskazali nawet nazwiska sprawców zbrodni.
Koleżeńska odwaga i honor
Drugim z nich był 14-letni Stanisław Strzępek. Chłopiec nie mógł pogodzić się ze śmiercią o dwa lata młodszego kolegi, Mieczysława Kality. W Zrębinie i pobliskim Połańcu makabryczna zbrodnia była tajemnicą poliszynela. Cała wieś trwała w zmowie milczenia, zastraszona „krwawą przysięgą” i groźbami sprawców. Mijały tygodnie i wydawało się, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw.
Mały Staś pękł pierwszy. Pewnego dnia, przechodząc obok domów Jana Sojdy i Józefa Adasia, krzyczał na cały głos:
„Bandyci! Wymordowaliście tylu ludzi! Zabiliście mojego kolegę, Miecia!”
Ten krzyk odbił się echem po okolicy i ostatecznie przełamał zmowę milczenia. Sojda próbował jeszcze przekupić chłopca i jego rodzinę, lecz Strzępkowie odmówili. Choć uchodzili za jednych z najbiedniejszych we wsi, pieniędzy nie przyjęli. Matka nakazała synowi mówić prawdę.
fot.Kamil272 / CC BY-SA 3.0 plKościół św. Marcina w Połańcu, przy którym rozpoczęła się sprawa połaniecka
Wkrótce śledczy ponownie zainteresowali się sprawą, a zatajane dotąd fakty zaczęły wychodzić na światło dzienne. Pod domem Strzępków nocami kręcili się nieznani ludzie. Pukali w okna, próbowali zastraszać rodzinę. Ojciec Stasia pilnował jednak, by syn nie kłamał podczas przesłuchań. Presja okazała się zbyt silna — mężczyzna odebrał sobie życie. Tak wielka była cena odwagi w małej, zastraszonej społeczności.
Przeczytaj także: Afera skórzana PRL
Ostatnia podróż
24 grudnia 1976 roku mieszkańcy Zrębina, wsi położonej koło Połańca w ówczesnym województwie tarnobrzeskim, szykowali się na pasterkę. Do kościoła w Połańcu przywiozły ich dwa wynajęte autobusy PKS-u: stary Autosan i niebieski San. Pasażerów było wielu. Nikt nie przypuszczał, że te święta na zawsze zmienią ich życie.
Podczas pasterki zrealizowano pierwszy etap planu. Osiemnastoletnia Krystyna Łukaszek z domu Kalita, jej 25-letni mąż Stanisław oraz 12-letni brat Mieczysław zostali podstępnie wywabieni z kościoła. Jedna z sąsiadek, działając na polecenie Jana Sojdy, przekazała Krystynie fałszywą wiadomość, że w domu wydarzyło się coś złego i muszą natychmiast wracać. Zaniepokojona trójka wyruszyła pieszo w czterokilometrową drogę powrotną przez zaśnieżone pola.
Nie wiedzieli, że w tym samym czasie Sojda wraz ze szwagrem Józefem Adasiem oraz zięciami, Jerzym Sochą i Stanisławem Kulpińskim, szykowali się do ataku. Grupa podpitych mężczyzn ruszyła ich śladem dwoma autobusami i fiatem 125p.
fot.PAP/Michał SielewiczW trakcie dochodzenia odbyła się wizja lokalna, przeprowadzona w Połańcu i we wsi Zrębin. Nz. sędziowie, oskarżyciele i obrońcy na drodze z Połańca do Zrębina, gdzie oskarżeni po dokonanym morderstwie upozorowali wypadek samochodowy. W skórzanym płaszczu z teczką sędzia główny Marek Maciąg, z prawej w okularach obrońca mec. Jerzy Ostafil.
Na odcinku szosy między Połańcem a Zrębinem rozpoczęła się dramatyczna sekwencja wydarzeń. Samochód prowadzony przez Jerzego Sochę nadjechał od tyłu i uderzył w idącego poboczem Mieczysława. Krystyna i Stanisław rzucili się, by ratować ranne dziecko. Wtedy dopadli ich uzbrojeni w ciężkie klucze do wymiany kół Sojda i Adaś. Bili młode małżeństwo z furią, nie zważając na to, że kobieta była w piątym miesiącu ciąży.
Gdy ofiary leżały już bezwładnie, sprawcy postanowili dobić chłopca. Socha wsiadł do fiata i najechał samochodem na 12-latka, odbierając mu życie.
Wszystko to rozgrywało się na oczach przerażonych świadków. Nikt nie odważył się zareagować. Stanisław Kulpiński ostrzegł pasażerów autobusu:
„Kto wyjdzie, tego spotka ten sam los”.
Po wszystkim ciała ofiar załadowano do autobusu i przewieziono kilkaset metrów dalej. Tam upozorowano wypadek drogowy. Zwłoki ułożono w rowie i najechano na nie pojazdem, by spowodować obrażenia pasujące do wersji o wypadku. Sprawcy obnażyli też ciało Krystyny, sugerując napaść na tle seksualnym. Obok porzucono rozbity samochód, dopełniając inscenizacji.
„Król Zrębina”
Zbrodnia nie była dziełem przypadku. Wrogość między rodzinami Sojdów i Kalitów, zwanych też Rojami, narastała od dziesięcioleci. W 1948 roku 19-letni Jan Sojda został skazany za gwałt. W jego ujęciu pomagał Jan Roj, dziadek Krystyny i Mieczysława. Sojda odsiedział zaledwie osiem miesięcy, ale urazy nie zapomniał nigdy.
Kilka lat później na terenie gospodarstwa Sojdy postrzelono dziesięcioletniego syna Jana Roja. Sprawca twierdził, że celował do psa. Otrzymał wyrok w zawieszeniu. Wkrótce sam zginął w niewyjaśnionym wypadku samochodowym. Relacje między rodzinami stały się otwartą wrogością.
fot.Travelarz / CC BY-SA 3.0Autobus międzymiastowy San H100
a początku lat 70. Jan Sojda uchodził już za zamożnego i wpływowego gospodarza, którego we wsi nazywano „królem Zrębina”. Jako jedyny posiadał traktor, telefon, wówczas prawdziwy rarytas i pełnił funkcję ławnika sądowego. Jego pozycja budziła strach.
W 1976 roku nadarzyła się okazja do ostatecznej rozprawy z potomkami Roja. Podczas wesela Krystyny Kality i Stanisława Łukaszka siostra Jana Sojdy została przyłapana na kradzieży weselnej kiełbasy i zastawy stołowej. Incydent stłumiono, ale wieść szybko obiegła okolicę. Dla Sojdy było to publiczne upokorzenie. Jeszcze tej samej nocy zapowiedział zemstę.
Przeczytaj także: Zbrodnia w Pieruszycach, sprawa która wstrząsnęła Polską
Krwawa przysięga
Rankiem po wigilijnej nocy mieszkańcy znaleźli w rowie trzy ciała. Milicja początkowo zakwalifikowała zdarzenie jako wypadek drogowy. Sekcja zwłok była powierzchowna, autobus szybko oddano do kasacji, a śledztwo zamknięto. We wsi jednak niemal wszyscy wiedzieli, co wydarzyło się naprawdę.
Jan Sojda zmusił świadków do złożenia tzw. „krwawej przysięgi”. W autobusie, obok miejsca rzekomego wypadku, nakłuwano palce agrafką, a przysięgi przypieczętowywano krwią. Dla pewności niektórym wręczono łapówki. Jednym z tych, którzy je przyjęli, był Leszek Brzdękiewicz, ten sam, który później, dręczony wyrzutami sumienia, złamie zmowę milczenia i zginie w tajemniczych okolicznościach.
fot.PAP/Michał SielewiczW trakcie dochodzenia odbyła się wizja lokalna, przeprowadzona w Połańcu i we wsi Zrębin. Dla okolicznych mieszkańców wizja była atrakcją, kierowani niezdrowym zainteresowaniem przyglądali się miejscom zbrodni i oskarżonym. Nz. oskarżeni między milicjantami, od lewej: Jerzy Socha, Józef Adaś, Jan Sojda (w 2 rzędzie za milicjantem), Henryk Witek (oskarżony o współudział, był świadkiem mordu, ale nie zareagował).
W marcu 1977 roku śledztwo wznowiono. Setki przesłuchań, ekshumacja oraz druga sekcja zwłok potwierdziły, że doszło do brutalnego potrójnego morderstwa. Proces rozpoczął się w 1978 roku przed Sądem Wojewódzkim w Tarnobrzegu. Na ławie oskarżonych zasiedli: Jan Sojda, Józef Adaś, Jerzy Socha i Stanisław Kulpiński. Wielu świadków nadal bało się mówić prawdę. Na sali sądowej często padało charakterystyczne: „Nie oświadczam się”.
Słowa te wielokrotnie zapisał w notatkach Wiesław Łuka, relacjonujący przebieg rozpraw, który o sprawie napisze potem szczegółowy reportaż.
Dopiero pod naporem dowodów świadkowie wyjawiali sekrety. Wcześniej bali się sojdowej siły i zemsty. Bo Jan Sojda, przez lwią część procesu był pewny siebie. Matkę ofiar miał nawet zapytać, co ta zrobi, gdy on do wsi wróci… Osiemnaście osób zostanie skazanych za składanie fałszywych zeznań. To też dowód na moc paktu o milczeniu. Albo strachu?
Przeczytaj także: Afera mięsna – czyli mord sądowy
Cisza, która trwa
W 1979 roku zapadł wyrok. Jan Sojda i Józef Adaś zostali skazani na karę śmierci. Jerzy Socha i Stanisław Kulpiński otrzymali długoletnie wyroki więzienia. Egzekucje wykonano w październiku 1982 roku w więzieniu przy ulicy Montelupich w Krakowie.
Zbrodnia połaniecka wstrząsnęła całą Polską i na zawsze naznaczyła Zrębin. Z biegiem lat, dzięki artykułom, podcastom czy filmom wydarzenia z 1976 roku rozpowszechniły się. Historię tę opisał m.in. wspomniany Wiesław Łuka w reportażu „Nie oświadczam się”. W 1987 roku na jej kanwie powstał film „Zmowa”. Sprawcy nigdy nie okazali skruchy, a strach w lokalnej społeczności przetrwał dekady. Do dziś niektórzy świadkowie wolą pozostać anonimowi. Mrok tamtej wigilijnej nocy nie opuścił tej okolicy do dziś.
Źródła:
- Zbrodnia połaniecka i zmowa milczenia. „Polska kryminalistyka nie zna straszliwszej” w: https://tvn24.pl/polska/zbrodnia-polaniecka-i-zmowa-milczenia-czarno-na-bialym-ra809860-ls2325496 (dostęp: 12 stycznia 2026).
- Grzywacz, Zbrodnia połaniecka. Nie lituj się nad szwagrem, jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, w: Newsweek Polska, 24 października 2025.
- Łuka, Nie oświadczam się, wyd. Dowody 2025.
- Wigilijna zbrodnia wstrząsnęła całą Polską w: Słowo Ludu nr 204/2000.
- Wykonano karę śmierci na sprawcach morderstwa, Trybuna Robotnicza nr 235/1982.
- Radzimowski, Gdy się Chrystus rodził… Potworna zbrodnia w wigilijną noc w Zrębinie. Ta wstrząsająca historia wydarzyła się naprawdę w: https://echodnia.eu/podkarpackie/gdy-sie-chrystus-rodzil-potworna-zbrodnia-w-wigilijna-noc-w-zrebinie-ta-wstrzasajaca-historia-wydarzyla-sie-naprawde/ar/c1-8267410 (dostęp: 12 stycznia 2026).
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.