Nie ma co ukrywać, dzięki słynnemu opisowi na Facebooku wyrażenie „szlachta nie pracuje” naprawdę zrobiło karierę. Ale jak z tym tak naprawdę było? Czy rzeczywiście wszyscy szlachcice tylko leżeli do góry brzuchami i nie pracowali? I co powinniśmy rozumieć przez „nie pracuje”?
Praca umysłowa to również praca
Antoni Franciszek Gostkowski w swym testamencie pisał: „ja ani z ojca, ani z matki i z żon żadnej fortuny nie miałem i nie mam, tylko z jednej krwawej pracy mojej”. Z kolei jeden z zagranicznych podróżników zauważył, że „cała polska szlachta pracuje bez chwili wytchnienia”. Myśląc o pracy, najczęściej mamy na myśli wysiłek fizyczny lub intelektualny. Mateusz Wyżga podkreśla znaczenie tej drugiej formy aktywności, choć – jak się również przekonamy – szlachcie nie była obca także praca fizyczna. O tym jednak później. Warto jedynie wspomnieć, że jeden z litewskich poetów agronomicznych twierdził, iż szlachta choruje częściej od chłopów, ponieważ nie rusza się przy pracy.
fot.Autor nieznany / domena publicznaPolski szlachcic przed swym dworem. Grafika z początku XX wieku.
Wspomniany autor przywołuje liczne wypowiedzi obcokrajowców na temat polskiej szlachty. Jeden z nich pisał, że „są ustawicznie w ruchu, biegają z miejsca na miejsce, nudzi ich długie pozostawanie w tych samych stronach i, jeśli nie chorują, wędrują do odległych miejsc”. Inny dodawał: „kochają się Polacy w strzelaniu z łuku, bieganiu, skakaniu”. Trudno uznać te aktywności za przejawy pracy umysłowej, jednak również tej w życiu szlachty nie brakowało. Wielu przedstawicieli tego stanu musiało bowiem bezpośrednio zarządzać swoimi włościami oraz organizować pracę zarówno służby, jak i chłopów. Przykładem może być wspominany przez Wyżgę Jan Mirbach, który z letniej rezydencji przyjeżdżał, by wydawać dyspozycje rzemieślnikom, dokonywać pomiarów czy przyjmować oficerów przybywających po siano.
Przeczytaj także: Wieś w stanie wojny. Przemoc, sądy i sąsiedzkie konflikty w dawnej Polsce
Szlachta obowiązkami dociążona
Na szlachcie ciążyły liczne zobowiązania fiskalne. Musiała ona uiszczać między innymi podatek pogłówny. Z niewywiązaniem się z tego obowiązku wiązała się groźba postępowania sądowego. Na tym jednak nie koniec. Zarówno szlachta, jak i duchowieństwo odprowadzały na wojsko podatek zwany „charitativum”. Skoro zaś mowa o sprawach wojskowych, należało liczyć się również z możliwością wybuchu wojny. Wówczas mogło zostać zwołane pospolite ruszenie, a niestawienie się na nie groziło nawet infamią.
fot.Autor nieznany / domena publicznaPolska szlachta w mundurach wojewódzkich w XVIII wieku
Rola szlachcica bywała przy tym niewdzięczna. W znacznym stopniu odpowiadał on bowiem za swoich chłopów i pracowników. Jak wyglądało to w praktyce? Wyobraźmy sobie sytuację, w której parobek jednego szlachcica znieważył innego dziedzica. W takim przypadku pan parobka miał obowiązek go ukarać. Jeśli jednak uchylałby się od tego obowiązku, sam mógł ponieść konsekwencje. Poszkodowany dziedzic miał prawo pozwać go przed sąd grodzki lub ziemski. Co prawda sąd karał wówczas szlachcica, lecz jednocześnie odsyłał sprawę do ponownego rozpatrzenia w miejscowości, z której pochodził winny. W praktyce oznaczało to, że szlachcic i tak musiał zwołać sąd i ukarać swojego parobka.
Towar na handel sami transportowali… i jaja z mieszczan sobie robili?
Zdarzało się, że szlachcice osobiście przewozili swoje płody rolne i inne towary do pobliskich miast na handel. W ten sposób wiele szlacheckich produktów trafiało między innymi do Krakowa. Wśród nich znajdowały się wino, woły czy żyto. Jan Zaborski z Ujazdowic pokonywał nawet około 100 kilometrów wozami, by sprzedać zboże. Z kolei pani Płazina z Brzezia przywoziła ziarno „na nasienie” dla konkretnej klientki – pani Segnicowej. Podobnie Julia Dworakowska, o której wspominano: „Nie było tak złej drogi ani takiej niepogody, aby ona przy transporcie zboża do Krakowa sama nie jechała; ona ciężkim wyrobnictwem zarabiała na dawany jej tytuł ‘pani’”.
Z niektórymi szlacheckimi handlarzami wiązały się jednak żartobliwe historie, utrwalane chociażby w formie fraszek. Autorem jednej z nich był Wacław Potocki, podkrakowski ziemianin, który pisał:
„Jeden szlachcic wóz jajec przywiózł do Krakowa,
A że mu ich od targu została połowa,
Porachowawszy owies, drwa, siano w gospodzie,
Chce je dać gospodyni koniecznie w nagrodzie”.
Nadwyżkowe jajka miały posłużyć jako zapłata między innymi za nocleg. Historia ta miała ponoć dalszy ciąg: mąż gospodyni zasugerował szlachcicowi, aby również od swoich dłużników domagał się jaj. Sama gospodyni zaś złośliwie dodała, że i on ma parę jaj – tyle że starych.
Przeczytaj także: Kiedy chłop pańszczyźniany miał wolne ?
Niektóre włości szlacheckie trudno było nazwać dworami
Nie wszyscy szlachcice opływali w luksusy. Sytuację uboższej szlachty Mateusz Wyżga podsumował następująco: „Taka szlachta nie ma pełnych splendoru dworków ani szpalerów służby w liberii. Żyje na miarę tego, co posiada i co jest w stanie sama wyprodukować. Spotkamy ją w każdym regionie ziem polskich. Znika z ksiąg ekonomicznych i sądowych, bo posiada za mało, by znaczyć dla świata coś więcej. Nieobcy jest jej przednówkowy głód. Nie liczy na pochówek pod podłogą kościoła parafialnego”.
fot.Pieter Bruegel / domena publicznaXVI-wieczne przedstawienie żniw i żniwiarzy (mal. Pieter Bruegel, 1565)
Autor daje nam również możliwość przyjrzenia się przykładowemu, niezamożnemu szlacheckiemu gospodarstwu. Zamieszkiwali je Bartłomiej Łaziwicki i jego żona Łucja Chełstowska. Ich dom trudno było nazwać dworem w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Składał się z jednej izby z sienią. Poszycie dachu było tylko częściowo w dobrym stanie, reszta – „byle jaka”. Wyposażenie również pozostawiało wiele do życzenia: dwie solidne ławy i dwie inne, zbite z przypadkowych kawałków drewna, drewniane żarno i wrzeciono oraz prosta deszczkowa szafa. Po śmierci szlachcica znaleziono w niej m.in.: „żupan stary, rękawy podarte, opończa stara podarta, czapka nowa za dwa złote, pas czarny […], buty stare na nic się nie zdały, spodnie podarte granatowe”.
Bogaty jak szlachcic? Niekoniecznie
Część gospodarcza prezentowała się równie skromnie. Stodoła utrzymywała się jedynie dzięki podporom i sochom. Chlew nie posiadał nawet zadaszenia. Względnie dobrze wyglądał jedynie gołębnik. Narzędzia rolnicze były stare, a lemiesz został skradziony. Pozostały jedynie siekiera, toporek i dwie motyki, zapewne używane przez małżonków do pracy w polu. W gospodarstwie znajdował się także nóż do chleba, stare sitko oraz sierpy w złym stanie.
fot.Jan Norblin / domena publicznaPolski szlachcic w kontuszu i żupanie z rogatywką w ręku na XVIII-wiecznym rysunku Jana Norblina
Równie skromny był żywy inwentarz: dwa woły, cielę i dwie krowy (jedna z nich stanowiła posag żony), stara świnia, trzy prosięta i młody wieprz. Z drobiu kilka gęsi i gołębi oraz 25 kur. W chwili śmierci Bartłomieja Łaziwickiego zapasy obejmowały jedynie niewielkie ilości ziarna, sadła i słoniny. Trudno sobie wyobrazić, aby takie gospodarstwo mogło utrzymać jakąkolwiek służbę. Wszelkie prace musieli wykonywać sami właściciele. Przedstawicieli tak ubogiej szlachty było zresztą więcej – i mimo wszystko nadal należeli oni do stanu szlacheckiego.
Szlachta upadła
Niełatwe było również życie szlachcianek, które dopuściły się mezaliansu. Przykładem może być Krystyna Łapczykowa, która poślubiła syna kmiecia. Jej ojciec był drobnym szlachcicem, o którym wspominała, że „woły bijał i chleb też piekał”. Ona sama funkcjonowała już jednak w społeczeństwie jako „laboriosa”, a więc osoba pozbawiona szlacheckiego tytułu. Jej mężem został wyzwolony z poddaństwa Łapczyk zwany Wilkiem.
Krystyna tak opisywała swoje życie: „mieszkałam z nim przy ojcu jakoby komorą we wsi Zrzęczycach, potem wyprowadziliśmy się od ojca na chałupę do poddaństwa jegomości pana chorążego krakowskiego. Mieszkając w tej chałupie na czynszu, robiąc rzemiosło więcej niżeli lat czterdzieści albo pięćdziesiąt, podatki do gromady składaliśmy, na żniwo do grabienia siana albo samiśmy chodzili, albośmy, jak dzieci podrosły, onych posyłaliśmy”. Jak widać, para ta utrzymywała się z pracy własnych rąk – zarówno w rzemiośle, jak i na roli – a w obowiązkach pomagały im również dzieci.
Podsumowując, nie sposób generalizować i twierdzić, że szlachta jako stan nie pracowała. Choć z pewnością istnieli i tacy, którzy mogli sobie na to pozwolić, w wielu przypadkach codzienność szlachty – zwłaszcza drobnej i zubożałej – wypełniała ciężka, systematyczna praca. Jak często bywa, ocena zależy od miejsca siedzenia.

KOMENTARZE (1)
Tak, to współcześnie powtarzane kłamliwe historycznie hasło to jest raczej wstyd, hańba i kompromitacja nam… gdy inni za nas pracują a pracują!
„Kto nie pracuje, niech nie je…” św. Paweł Listy/NT/Biblia