Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Diabeł Morski. Przygody mojego życia (Felix von Luckner)

Ocena recenzenta: 5+/6Dziś prezentujemy Wam opowieść hrabiego-nieuka, który zamiast kończyć szkołę uciekł z domu i zamustrował się na okręt. Uznany za zmarłego, przeżywał dziesiątki przygód, które lekko i zabawnie opisuje w swoich wspomnieniach. Oto historia najprawdziwszego Diabła Morskiego.

„Diabeł Morski” to szalenie ciekawe i zabawne wspomnienia oficera niemieckiej marynarki Felixa von Lucknera. Autor opisuje koleje swojego życia od wczesnej młodości (poznajemy go jako ucznia drugiej klasy gimnazjum w Dreźnie), aż do powrotu z niewoli po zakończeniu pierwszej wojny światowej. W „Diable Morskim” spotykamy mnogość postaci, które we wspomnianym okresie zetknęły się w jakiś sposób z Lucknerem. Mamy tu kapitanów, marynarzy i najzwyklejsze szczury lądowe, jakie spotkał podczas swoich wojaży Felix, zwany przez przyjaciół − zarówno ze względu na rym do nazwiska, jak i na wyjątkowo dobrą passę − Glücknerem (szczęściarzem). Zacznijmy jednak od tego, kim właściwie był nasz pan hrabia.

Glückner szycha

Felix von Luckner to jeden z najsłynniejszych niemieckich marynarzy pierwszej połowy XX dwudziestego wieku. Z noty wydawcy polskiej edycji jego wspomnień dowiadujemy się wielu ciekawych szczegółów z jego życia. Po pierwsze hrabia von Luckner w swoich wojażach unikał jak mógł rozlewu krwi i to nawet w czasie najbardziej zajadłych działań wojennych. Kiedy pływał na okręcie korsarskim, wykazywał się niezwykłym sprytem i determinacją. Jego jeńcy bardzo dobrze wspominali pobyt na żaglowcu Seeadler. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej jego sława bynajmniej nie przycichła. W 1921 roku ukazało się w Lipsku pierwsze wydanie jego wspomnień, szybko przetłumaczone na wiele języków. W dwudziestoleciu międzywojennym postać von Lucknera próbowało wykorzystać propagandowo NSDAP. Sam hrabia nie był tym zbytnio zachwycony − odmówił Hitlerowi i ani myślał działać na rzecz nazistów. Pod koniec konfliktu, jako że jego sława sięgała i za ocean (był honorowym obywatelem chociażby San Francisco), poproszono go, by w imieniu strony niemieckiej osobiście podjął negocjacje odnośnie poddania miasta. Wystarczy jednak o samym panu hrabim.

O wiele ciekawsze od powojennych losów von Lucknera są przygody, jakie przeżywał w młodości. Pod koniec pierwszej wojny światowej hrabia dowodził ostatnim żaglowcem korsarskim w historii tego konfliktu, choć zaczynał jako leniwy syn arystokraty, któremu za nic nie chciało się uczyć.

Od głąba do kapitana

Felix von Luckner we własnej osobie.

Felix von Luckner we własnej osobie.

Małego Felixa poznajemy, kiedy ten jest uczniem drugiej klasy gimnazjum w Dreźnie. Ma wówczas spore kłopoty z nauką i nie udaje mu się uzyskać promocji, a poza tym zawodzi zaufanie, jakie pokładała w nim babcia. Ponadto chłopak zdążył złożyć swojemu ojcu obietnicę, że zda do następnej klasy i będzie w przyszłości godnie nosić carski uniform jak jego przodkowie. Początkowo idzie mu to wyjątkowo opornie.

Kiedy zwykłe metody wychowawcze na niewiele się zdają, młodzieniec zostaje przeniesiony do innej placówki edukacyjnej. Opisuje ją tymi słowy: I tak trafiłem do Halle, do szkoły Hütera i Zandera, słynnej „maglownicy”, której kadra pedagogiczna wiele potrafiła dokonać z takimi jak ja i bynajmniej nie spisała mnie na straty. Możemy się tylko domyślać, że „koleżanka rózga” często bywała tam w użyciu. Koniec końców mały sprytny Felix zdecydował, że znajdzie dla siebie inną drogę. Postanowił uciec z domu i poszukać szczęścia na szerokim morzu. Oczywiście, żeby nie popłynąć w świat jak żebrak, wyjął zawartość swojej skarbonki po czym… ogołocił skarbonkę brata i gwizdnął ojcu sprzęt myśliwski. Zabrał też ze sobą swoje chłopięce marzenia i wyobrażenie o okrętowym jedzeniu ukształtowane przez lekturę menu z ekspresowego parowca „Kurfürst Bismarck” (po zamustrowaniu się na pierwszy statek jego hrabiowski żołądek musiał szybko uodpornić się na morską kuchnię).

Młody hrabia stopniowo wrastał w świat marynarzy i czuł się w nim coraz lepiej. Nie będę tu wymieniać po kolei wszystkich jego przygód. Wspomnę tylko o kilku wybranych, które w nie mniejszym stopniu niż inne pokazują, jak barwną postacią był Luckner-Glückner.

Ciężkie życie młodego marynarza

W pierwszą morską podróż (w charakterze chłopca okrętowego) Glückner wyruszył pod fałszywym nazwiskiem, na pokładzie rosyjskiej „Niobe”, gdzie przeszedł prawdziwą szkołę życia pod ciężką ręką jej kapitana. Sam tak wspominał ten okres:

Życie na statku było ciężkie: dużo batów, mało chleba. Ani śladu wytwornego menu z „Kurfürst Bismarck”. Zamiast porannej kawy była za to wódka, w której moczyło się razowy chleb. Także do peklowanego mięsa przyzwyczajałem się bardzo powoli.

W jednym z australijskich lokali Armii Zbawienia stał się „uratowaną duszyczką”. Członkowie tej organizacji nie omieszkali wykorzystać go w reklamie. Mini-kampania, której bohaterem był Felix miała nawet swoje hasło. Brzmiało ono: Uratowaliśmy niemieckiego hrabiego. Zanim do nas trafił, pił whisky jak ryba wodę!

Kiedy Felix zamustrował się po raz pierwszy na niemiecki okręt razem z przyjacielem Nauke, z powodu skąpstwa kapitana i idącego mu w sukurs kucharza, chodził często głodny. Pewnego pięknego dnia razem z kumplem postanowili gwizdnąć naleśniki, które kucharz przygotował dla kapitana. Zrobili to na tyle umiejętnie, że biedny kucharz nie miał pojęcia, kto przygotował skok na kambuz. Dopiero po latach pan hrabia przyznał się kucharzowi, że to on pozbawił go kapitańskich urodzinowych naleśników. Innym razem Felix postanowił uszczuplić nieco okrętowe zapasy wędlin, przeznaczone dla oficerów. Przy pomocy majtków podmienił przednią kiełbaskę o przedłużonym terminie przydatności do spożycia. Koniec końców zamiast połowy tuzina kiełbas zawiniętych w płótno żaglowe, kontrola wykazała sześć kawałków kija od szczotki (wszystkich kiełbasek było – bagatela – dwieście). Oczywiście Glücknerowi się upiekło.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

Któregoś roku Felix spędzał sylwestra w Chile. Razem z kolegami mocno zabalowali i nasz marynarz miał problem z powrotem do portu. Mocno nietrzeźwy przelazł przez jakiś mur, zapukał do drzwi pewnego domu i przywitał  się jedynym hiszpańskim zwrotem jaki znał: Buenas noches señor. Gospodarz był na początku bardzo miły. Felix prosił by zaprowadzić go na okręt. Idąc za wspomnianym gospodarzem doszedł w końcu zamiast do portu na… posterunek policji, gdzie zmuszony być świętować Nowy Rok siedząc w areszcie i lecząc przy tym kaca.

Można by tak wymieniać i wymieniać, a przytoczone przygody to tylko kilka wybranych przykładów z pierwszych sześćdziesięciu kilku stron wspomnień.

A na koniec coś o książce i wydaniu

Ocena recenzenta: 5+/6

Ocena recenzenta: 5+/6

Ogółem książka liczy sobie stron trzysta i jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich to opowieść o drodze od młodego huncwota do kapitana. Druga to z kolei historia ostatniego żaglowca korsarskiego pierwszej wojny światowej. Dodajmy, że w całym tekście umieszczone zostały bardzo zabawne ilustracje. Świetnie urozmaica to lekturę i czyni ją jeszcze przyjemniejszą.

Jak już wspomniałam na początku, pierwsze wydanie „Diabła Morskiego” ujrzało światło dzienne w 1921 roku. Można było się spodziewać, że polski wydawca nieco uwspółcześni jego język. Na całe szczęście tak się nie stało! Czytając wspomnienia von Lucknera spotykamy się z nieco archaicznym stylem, mnóstwem słownictwa marynistycznego i bardzo lekkim piórem. Dzięki temu „Diabeł Morski” to świetna lektura. Czytając czułam się chwilami jakbym po prostu słuchała w portowej tawernie opowieści starego marynarza.

Rzadko spotyka się tak przystępnie napisaną książkę. Luckner był na bakier ze szkołą i z pięknym stylem wypowiedzi, odpowiednim dla hrabiowskich mości. Dzięki temu jego opowieść jest tak niesamowicie autentyczna. Nie mamy tu do czynienia z historią pisaną z perspektywy jaśnie pana oficera, który wszystkie prace na okręcie wykonuje w białych rękawiczkach. Autor wspomnień przeszedł w praktyce wszystkie szczeble kariery na morzu. Jak sam wspomina czyścił kible, szorował pokłady, aż w końcu po latach dotarł na mostek kapitański.

Von Luckner bardzo ciekawie opisuje świat zarówno marynarzy floty handlowej, jaki i żołnierzy Kriegsmarine. „Diabeł Morski” to doskonałe źródło do badania życia codziennego dziewiętnastowiecznych ludzi morza. Dzięki swojemu doświadczeniu autor pokazuje nam je z perspektywy wielu różnych stanowisk. Oprócz samej codzienności, we wspomnieniach Lucknera odnajdujemy także odwzorowanie mentalności, ambicji i charakterów różnych marynarzy.

Jeśli chodzi o nową, polską edycję, to ukazała się ona w „Serii z kotwiczką” Oficyny Wydawniczej Finna. Twarda oprawa, ładna szata graficzna, porządny skład i łamanie, elegancko przygotowana wklejka ze zdjęciami oraz bardzo dobra redakcja językowa to typowe znaki rozpoznawcze tej serii. „Diabeł Morski” pod tymi względami idealnie się w nią wpasowuje.

***

Podsumowując, Felix von Luckner przedstawia nam setki anegdotek, dziesiątki opisów miejsc i ludzi z całego świata. Nieczęsto zdarza mi się tak chwalić książkę, ale jego wspomnienia są tego naprawdę warte! Gorąco polecam „Diabła Morskiego” wszystkim fanom literatury marynistycznej, ale nie tylko − coś dla siebie znajdą w nim także szczury lądowe mojego pokroju.

Autor: Felix von Luckner
Tytuł: Diabeł Morski. Przygody mojego życia
Wydawnictwo: Finna
Rok wydania: 2010
Oprawa: twarda
Ilość stron: 304
ISBN: 978-83-89929-74-7
Ocena recenzenta: 5+/6

Zobacz też:

  1. Drapanie masztu i zamiatanie nieba, czyli XIX-wieczne marynarskie czary

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.