Ciekawostki Historyczne

Piekło z błota, gazu i strachu. Jak naprawdę wyglądało życie w okopach I wojny światowej

Miliony żołnierzy wyruszały na front przekonane, że wojna skończy się przed Bożym Narodzeniem. Zamiast szybkiego zwycięstwa czekały ich jednak lata spędzone w zalanych wodą okopach, wśród wszechobecnego błota, rozkładających się ciał, chorób i nieustannego ostrzału. I wojna światowa zamieniła europejskie pola w krajobraz przypominający piekło, a codzienność walczących stała się nieustanną walką nie tylko z wrogiem, lecz także z głodem, pogodą i własnym strachem.

Tekst powstał na podstawie fragmentu książki Wojna, pokój, wojna. 1914–1945 autorstwa Sławomira Leśniewskiego, wydanej przez Wydawnictwo Literackie.

Amerykański generał Jacob Dolson Cox, walczący w wojnie secesyjnej i opierający się na jej doświadczeniach, stwierdził, że: „Jeden karabin w okopie jest wart tyle, co pięć poza nim”. Jego ocena współgrała z opinią wielu wojskowych uznających, że atakujący muszą mieć pięciokrotną przewagę liczebną, aby pokonać starannie okopanego przeciwnika dysponującego silną artylerią i ogniem karabinów. Przyjęcie w rozważaniach takiej właśnie proporcji, teoretycznie zapewniającej sukces i niejako z góry skazującej znaczną część atakujących na niechybną śmierć, wynikało z doświadczeń kilku dużych wojen toczonych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat na różnych kontynentach. Wielkie bitwy podczas konfliktu w Stanach Zjednoczonych pokazały, że nawet w pełnym okrążeniu można było się bronić przez wiele miesięcy, a atakujący każdy metr zdobytego terenu musieli okupić setkami zabitych.

Tak się działo chociażby podczas oblężenia Vicksburga przez wojska Unii, którego potężne umocnienia pozwoliły konfederatom wytrwać przez ponad siedem miesięcy i zadać wrogowi wysokie straty. W podobny sposób przebiegały walki o Port Artur na Dalekim Wschodzie. Tam Rosjanie, mając do dyspozycji 80 ciężkich dział i połączone okopami linie fortów zbudowanych wokół portu i miasta, tworzące front o długości sześciu kilometrów, bronili się przez pięć miesięcy. Zostali zmuszeni do kapitulacji, ale atakujących Japończyków sukces kosztował 80 tysięcy zabitych i rannych.

Przeczytaj także: Wojna secesyjna (1861–1865)

Teoretyczne wyliczenia i doświadczenia wcześniejszych konfliktów znalazły potwierdzenie w Wielkiej Wojnie. Już pierwsze bitwy, szczególnie nad Marną, pokazały, że z wizją szybkich zwycięstw należy się rozstać, a każde z nich będzie się wiązało z wielkimi stratami. Miliony żołnierzy zostały skierowane do okopów i tylko niektórzy z nich mieli w nich przetrwać przez następne cztery lata. Większość czekały śmierć albo rany i kalectwo.

Wojna, która ugrzęzła w okopach

Przywołany przez Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego w Naszej wojnie austriacki archiwista i pisarz Wolfram Dornik opisał skrajnie trudne warunki życia w okopach: „Niezależnie od frontu warunki klimatyczne były dla żołnierzy bezpośrednim fizycznym zagrożeniem. Trudna do oszacowania część strat przypadała na wyzwania wynikające z pogody i pory roku. Na froncie nad Soczą były to potęgujące siłę eksplozji (zwłaszcza w okresie suszy i mrozu) właściwości skały krasowej, w Alpach — lawiny, w Karpatach — zimne burze i masy śniegu, w Galicji Wschodniej i na Wołyniu — bagna i błoto jesienią oraz powodzie zalewające okopy wiosną; odwodnienie, odmrożenia, przeziębienia, ciągła wilgoć na ciele i wynikające stąd choroby często zagrażały żołnierzom bardziej niż wróg”. Podobne spostrzeżenia na temat wojny pozycyjnej miał wspominany przez Gilberta jego rodak, historyk Vincent Weeks: „Błoto, szlam i robactwo, wyprawy na ziemię niczyją, nocna aprowizacja, ranni od pocisków, bomb, min i kul snajperów, nagłe bombardowania i ataki, potyczki, zimno, wilgoć, nuda i niewygoda znaczone minutami śmiertelnego niebezpieczeństwa”.

fot.Autor nieznany / domena publiczna/ Wikipedia

Niemieccy żołnierze jadący na front, napis na wagonie głosi: Z Monachium przez Metz na Paryż

Jeszcze bardziej przejmujący obraz wyłania się z artykułu we francuskiej gazecie: „W nocy, niczym ogromna ośmiornica, błoto podpełza do leja i wypełnia go. Znajduje sobie ofiarę, opluwa ją, oślepia, otacza, grzebie. Jeszcze jeden disparu [zmarły — przyp. S.L.], jeszcze jeden stracony człowiek. […] Ludzie bowiem giną od błota tak jak od kul, tylko okropniej. W błocie umierają, a co gorsza — w błocie umiera ich dusza. Gdzież są ci najemni dziennikarze opiewający bohaterstwo w swych artykułach? Błoto nie wie, co to ranga, w błocie każdy jest tylko cierpiącym zwierzęciem. Spójrz tylko, w tej błotnej topieli widać czerwone plamy — krew rannego żołnierza. Piekło to nie ogień, w którym smaży się potępieniec. Piekło to błoto!”. A także niewyobrażalny smród. Pisał o nim Ernst Jünger: „Czym było ludzkie życie w tym bezdusznym świecie, świecie przesiąkniętym smrodem tysięcy rozkładających się ciał? Śmierć czaiła się na każdym kroku i wyzuła tych, którzy przeżyli, z ludzkich odruchów”. Żołnierze musieli się z nią oswoić i na tyle stwardnieć i uodpornić się psychicznie, aby nie oszaleć.

Smród śmierci i życie na granicy wytrzymałości

W tym przerażającym świecie bywały sytuacje budzące śmiech, przerażające, ale też na poły groteskowe. Z powodu błota liczna grupa angielskich żołnierzy dostała się do niewoli, gdyż lufy ich karabinów zatkał gęsty szlam. Patrzyli bezradnie na zbliżających się Niemców i modlili się, aby trafić do niewoli. Jeden z przywoływanych przez Stephena Bulla żołnierzy wspominał zdarzenie, którego był świadkiem na froncie zachodnim w 1917 roku: „Gdy zaczęliśmy natarcie, niezbyt daleko od naszego okopu zauważyłem dwóch żołnierzy, którzy zupełnie ogłupieli, chyba pod wpływem wstrząsu. Jeden z nich powitał mnie jako dawno niewidzianego przyjaciela i poprosił o oddanie mu jego dziecka. Podniosłem z ziemi metalowy hełm i mu go dałem. Przytulił go tak, jakby to było dziecko, uśmiechając się i śmiejąc, nie przejmując się otaczającym go światem, mimo że wokół eksplodowały pociski”.

fot.The History Department of the US Military Academy West Point / domena publiczna

Sytuacja na froncie zachodnim w 1914

Niektórym żołnierzom okopy musiały się wydawać dnem piekła. W jednym z opisów znalazł się taki oto passus: „Smród był okropny, ponieważ ciała zabitych nie były w normalnym stanie. Ze względu na ciągły ostrzał artyleryjski cała okolica była pełna odpadków, śluzu, kości i kawałków ciała. Wszyscy byli na granicy wytrzymałości […]”. Henri Michel, żołnierz, którego słowa przytoczył Paul Ham w książce 1914. Rok końca świata, w listach do żony napisał: „Żyjemy tu niczym krety […]. Kiedy padają pociski, rozrzucają wszystko na odległość 10 metrów i robią takie dziury, w których schowałby się jeździec razem z koniem. […] Marie, czuję się zmęczony i smutny, chcę znów zobaczyć Ciebie, znaleźć się daleko od tych okropności, ognia i krwi, od trupów gnijących na tej równinie”.

Ciekawe, jak na takie wypowiedzi zareagowaliby żołnierze, którym przyszło walczyć poza Europą, choćby w Mezopotamii, gdzie odpowiednikami wszechobecnego błota bywały wyniszczający skwar i kurz unoszony przez porywiste podmuchy wiatru. Być może pozazdrościliby swoim towarzyszom walki, wzbudziwszy zapewne ich najwyższe zdumienie. We wspomnieniach jednego z oficerów pojawia się opis dramatycznych, pobrzmiewających groteską wydarzeń towarzyszących pogrzebowi, podczas którego panował straszliwy upał: „O szóstej po południu poszliśmy na cmentarz oddalony o jakieś półtora kilometra. Zanim przeszliśmy pół drogi, jeden z żołnierzy doznał udaru słonecznego i z trudem odniesiono go do szpitala. Kiedy opuszczaliśmy zwłoki do mogiły, jeden z trzymających linę przewrócił się i padł na ciało grzebanego.

W drodze powrotnej padł jeszcze jeden. Na szczęście mieliśmy ze sobą wolne nosze, na których nieśliśmy zmarłego na cmentarz. Ostatecznie pochowaliśmy jednego, a w trakcie pogrzebu straciliśmy trzech następnych”. W opisie tych zdarzeń zabrakło wzmianki o innej, poza skwarem, niedogodności towarzyszącej żołnierzom — niewyobrażalnej pladze much. Martwe ciała stanowiły dla nich wspaniałą pożywkę i nieprzebrane roje owadów atakowały nie tylko podczas pochówków, ale i w okopach, nim udało się usunąć z nich zwłoki.

Przeczytaj także: I wojna światowa – nowe oblicze strachu

Piętnaście kilogramów na plecach i bieg pod ogień

Żołnierze walczący w Wielkiej Wojnie cierpieli z wielu powodów. Również dlatego, że obok wykonywania normalnych obowiązków związanych z ich podstawowym wojskowym statusem byli obciążani wielokilogramowym ciężarem, który towarzyszył im niemal przez cały czas pełnienia służby. Jak wyliczył Martin Gilbert w Pierwszej wojnie światowej: „Prawie każdy z nich niósł 15-kilogramowy ekwipunek: karabin, amunicję, granaty, racje żywnościowe, wodoodporny kapiszon, cztery puste worki na piasek, stalowy hełm, dwie maski gazowe, gogle chroniące przed gazem, mundur polowy, motykę lub łopatę i butlę z wodą”. Przywołany przez niego generał Edmonds stwierdził, że „z takim obciążeniem trudno było nawet wyleźć z okopu, a niemożliwością — poruszać się szybciej niż spacerowym krokiem, szybko wstawać czy padać”. Historyk Peter Liddle dodawał, że „w tej sytuacji tysiące ludzi tak obciążonych i poruszających się tak powoli będą stanowić wyśmienity cel, będą padać szybko, ale niestety już nie wstaną, choćby i powoli”. Może przyprawiona krztyną gorzkiej ironii, była to jednak z pewnością prawdziwa do szpiku kości i głęboko poruszająca wizja straszliwych dla żołnierzy skutków wojny pozycyjnej i wystawienia ich, powolnych w ruchach i przez to jeszcze bardziej bezradnych, na morderczy ogień karabinów maszynowych i artylerii.

fot.Royal Engineers No 1 Printing Company. – This photograph Q 1 comes from the collections of the Imperial War Museums (collection no. 1900-02) / Wikipedia

Żołnierze brytyjscy w czasie walk nad Sommą w lipcu 1916

Kiedy zaś udało im się opuścić okopy i z krzykiem na ustach pobiec ku pozycjom wroga, to często zdarzało się, że koszeni seriami, jak w opisie szeregowca Bury’ego, zapadali w płytkich lejach lub na płaskiej ziemi bez żadnej osłony i przygwożdżeni ogniem trwali tam, nie mogąc ruszyć znów do przodu ani się wycofać. I wówczas, co zdarzało się dość często, żadna siła nie mogła ich wyrwać z tego stanu. Ale też bardzo często w takim miejscu już pozostawali.

Gdy wrogowie wyszli z okopów

Po jakimś czasie walki pozycyjne zaczęły się odbywać wedle przerażającego schematu. Żołnierze obu stron atakowali się nawzajem ogniem artyleryjskim, gazem, który budził największe przerażenie i panikę, ulewą pocisków karabinowych i kąśliwymi, zabójczymi strzałami snajperów. Co pewien czas jedni opuszczali okopy i udawali się z „wycieczką”, zwykle na kilkadziesiąt metrów ku nieprzyjacielowi, padali na przedpolu jego bliskich stanowisk i w mocno pomniejszonej liczbie powracali na swoje pozycje. Lub odwrotnie. W jednym z takich ataków żołnierzom 56. Dywizji Strzelców (1. Londyńskiej) dość niespodziewanie udało się zdobyć 75 metrów terenu i fragment niemieckich okopów, które „zawalone były trupami niemieckich żołnierzy oraz listami i paczkami. Widać poczta dotarła tam tuż przed atakiem. Niemcy zapewne właśnie się posilali, albowiem atakujący mieli okazję napić się gorącej jeszcze kawy i zaopatrzyć w cygara”. Ten wypad kosztował strzelców podwójną dawkę zabitych — w drodze po chwilowe zwycięstwo i podczas drogi powrotnej. Czy kawa i cygara — najlepsze choćby — były tego warte?

Wojna pozycyjna nabrała złowieszczego znaczenia i stała się nieomal synonimem oczekiwania na nadejście śmierci. Poprzedzonego niewymownym cierpieniem i strachem. Atmosferę, w której żyli żołnierze, przedstawił w przejmującej, wydanej w 1929 roku, książce niemiecki pisarz, dramaturg, a nade wszystko weteran Wielkiej Wojny Erich Maria Remarque. Jej tytuł — Na Zachodzie bez zmian — urósł do miary symbolu obrazującego bezsensowną masową rzeź, jaką sobie zafundowały cywilizowane państwa. Bo cóż to za zmiany — sto metrów w przód lub parę ich setek w tył, chociaż tak duże zdobycze trafiały się rzadko — kiedy niemal zawsze były okupione tysiącami zabitych?

fot.Frank Hurley / domena publiczna

Strzelcy australijscy na kładce, w „lesie” Château, 1917

Niezwykłą i niespodziewaną odmianę po miesiącach spędzonych w okopach przyniosły święta Bożego Narodzenia 1914 roku. Wzajemna wrogość na krótko ustąpiła pacyfistycznym nastrojom. Żołnierze wyszli z nich, ale nie po to, aby się zabijać, jak to czynili każdego dnia, począwszy od pierwszych dni sierpnia. Zrobili to, aby cieszyć się z narodzin Chrystusa i przyjacielsko poklepać się po plecach. Napisać, że złożyli sobie życzenia pomyślności, byłoby jednak przesadą. Stało się to, o czym w liście do żony napomknął miesiąc wcześniej Winston Churchill (1874–1965; jego postać zostanie przybliżona w dalszej części książki): „A gdyby tak wszystkie armie jednocześnie zastrajkowały i oznajmiły, że trzeba znaleźć inny sposób rozstrzygnięcia sporów! Tymczasem nowa lawina ludzi zmierza włączyć się do konfliktu i rozszerza się on niemal z godziny na godzinę!”. Nikt, co prawda, nie wpadł na pomysł strajku, który w armii nazywa się buntem, ale podczas kilku świątecznych dni na wielu odcinkach frontu żołnierze przestali do siebie strzelać. Niemal we wszystkich przypadkach stało się tak z inicjatywy Niemców, pragnących zawieszenia broni podczas Bożego Narodzenia.

Przeczytaj także: Zabiła więcej ludzi niż I wojna światowa

Jeden ze szkockich zwiadowców napatoczył się na niemiecki patrol i zamiast strzałami został poczęstowany szklaneczką whisky, cygarem i propozycją kilkudniowego zaprzestania walki. Podobne sytuacje powtórzyły się w wielu miejscach. Żołnierze zaczęli się spotykać na skrawkach przypominającej księżycowy krajobraz ziemi niczyjej, przypijać do siebie, wymieniać pamiątkami, chwalić zdjęciami żon, dziewczyn i dzieci, opowiadać o tęsknocie za rodziną. Zagrali nawet w piłkę nożną, niezdarnie kopiąc ją pomiędzy okopami.

fot.Harold Burge Robson – This photograph Q 50719 comes from the collections of the Imperial War Museums. / domena publiczna

Spotkanie brytyjskich i niemieckich żołnierzy na ziemi niczyjej w czasie rozejmu bożonarodzeniowego

Ot, zwykłe reakcje ludzi spragnionych normalności i ciepła, z których los, postawiwszy ich przeciwko sobie, wydobył mordercze instynkty. Jeden z Brytyjczyków wspominał, że: „Tego dnia nie było widać najmniejszego śladu nienawiści po żadnej stronie […]”. Nie było go również kilka dni wcześniej, kiedy z udziałem Niemców doszło do pochówku poległych Brytyjczyków, których ciała pozostały na ziemi niczyjej. Jak wspominał porucznik Gwardii Szkockiej sir Edward Hulse: „Niemcy wynieśli ciała między linie okopów, a myśmy je pochowali. Nasze i ich oddziały ustawiły się razem w szyku, a kapelani obu armii odprawili modły.

Wszystko to przebiegało w poważnej, uroczystej atmosferze”. Drugiego dnia świąt skończyła się krótka chwila sielanki, gdyż w sztabie brytyjskiej 7 Dywizji wydany został rozkaz zaprzestania fraternizowania się z wrogiem.

Żołnierze powrócili do okopów.

Tekst powstał na podstawie fragmentu książki Wojna, pokój, wojna. 1914–1945 autorstwa Sławomira Leśniewskiego, wydanej przez Wydawnictwo Literackie.

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.