Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Prawdopodobnie najlepsze powieści osadzone w realiach starożytnego Rzymu. Ben Kane powraca

Rzymscy niewolnicy usługujący swym panom na mozaice z II w. n.e.

Rzymscy niewolnicy usługujący swym panom na mozaice z II w. n.e.

Ben Kane powraca z rewelacyjną powieścią Cesarskie orły. Ciemne chmury, która stanowi pierwszy tom trylogii osadzonej w realiach starożytnego Rzymu. Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem tej niesamowitej książki.

Po rozmowie z Kleitosem Hanno uznał, że powinien zastąpić żołnierza, który zwykle czekał przed piekarnią na wiadomości od Aurelii.

– Musimy się czasami zmieniać – przekonywał. – Ludzie mogą zapamiętać już twarz tego człowieka. Spędził tam wczoraj sporo czasu.

I oto właśnie stał teraz kilka kroków przed wejściem do piekarni, ściskając w dłoniach ciepły bochenek chleba. Bogowie, ależ cudownie pachnie taki dopiero co wyciągnięty z pieca! W tej chwili nie wyobrażał sobie, że coś mogłoby smakować lepiej.

Niestety niezaprzeczalna przyjemność pochłaniania świeżego chleba o chrupiącej, pachnącej skórce nie mogła rozproszyć jego niepokoju. Chociaż przed Kleitosem grał pewnego siebie, trudno mu było zachowywać się normalnie, a jeszcze trudniej nie rozglądać się na wszystkie strony, gdyż w każdej chwili spodziewał się kłopotów. Na szczęście nie działo się nic niepokojącego.

Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem pierwszej części trzymającej w napięciu trylogii Bena Kane’a Cesarskie orły. Ciemne chmury, opowiadająca o jednej z największych klęsk militarnych Imperium Rzymskiego w historii. Książka ukazała się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Przed drzwiami piekarni zbierały się roztrajkotane gospodynie domowe. Niewolnicy wysłani na zakupy wykorzystywali nieuwagę kobiet i próbowali wepchnąć się w kolejkę, skracając sobie czas oczekiwania. Właśnie ze środka wyszedł dobrze ubrany młodzieniec z pękatą torbą wypełnioną bochenkami. Pod nogami kręciły się dwa bezpańskie psy, które zerkały błagalnie na przechodniów. Węszyły i liczyły na to, że ktoś rzuci im choćby skórkę.

Spotkanie

Czas mijał. Poranna gorączka zakupów opadła, a ulica powoli pustoszała. Hanno znów poczuł się niepewnie, trochę skrępowany tym bezruchem. Na szczęście na placyku niemal na wprost piekarni znajdowała się niewielka gospoda. Żaden z klientów nawet na niego nie spojrzał, gdy zajmował miejsce. Zamówił kubek wina. Minęła godzina, a on opróżnił drugi, a potem trzeci. Elira się nie pojawiała. Hanno zaczął się niepokoić. Może coś się stało? Może Aurelia też się pochorowała i Elira musi się nią zajmować? Zesztywniał od siedzenia. Uznał, że warto się trochę rozruszać, dlatego poszedł za róg budynku opróżnić pęcherz.

Zatrzymał się w wąskim zaułku pod ścianą pokrytą od góry do dołu graffiti. Nie było w tym niczego dziwnego. Nie mógł się nie uśmiechać podczas lektury tych bazgrołów. Na ścianie wydrapano wiele niezwykle odkrywczych tekstów w rodzaju: „Zrobiłem tu przezacną kupę” i „Eumenes kocha Agape”, ale i ostrzeżeń, na przykład: „K*rwy w tej dziurze są wyjątkowo szpetne”.

Wrócił na miejsce i zajął się obserwacją ludzi wchodzących i wychodzących z piekarni. Widok opuszczającej sklep Eliry zaciskającej palce na wypchanym worku dociśniętym do jej podołka naprawdę go zaskoczył. Wydawała się szczuplejsza. Na jej twarzy od nosa do ust pojawiły się nowe linie zmarszczek, których nie pamiętał. Hanno opróżnił kubek i ruszył za Ilirijką.

Odezwał się do niej dopiero, gdy dzieliły ich nie więcej niż trzy kroki.

– Elira?

Obróciła się. Gdy go rozpoznała, niemal upuściła worek.

– Przestraszyłeś mnie. Już nie spodziewałam się, że cię zobaczę, panie – odezwała się niskim głosem.

– Nie zatrzymuj się. – Hanno znalazł się przy jej boku. – Jak się czuje Aurelia?

– Nie za dobrze. Jej syn, Publiusz… Nie żyje.

– Co? Jak to? Co się stało?

– Malaria. Zmarł tej nocy.

– Bogowie! Naprawdę mi przykro… – Hanno czuł się rozdarty. Miał świadomość, że Aurelia musiała ciężko przeżyć śmierć syna, ale z drugiej strony oznaczało to, że teraz w pałacu tyranów jest o jednego więźnia mniej. Chwilę trwało, zanim uświadomił sobie, że odejście Publiusza wcale nie musi okazać się wielkim ułatwieniem. – Czy pozwolą Aurelii pogrzebać syna?

– Tego jeszcze nie wiemy. Jeśli bogowie będą łaskawi… – ­Elira zawahała się, przywołując na twarz najbardziej uwodzicielską z wyuczonych masek – i jeśli pociągnę za kilka… sznurków, może się uda.

Hanno zagotował się ze wściekłości. Nie dopuszczał do siebie myśli o tym, co Elira i Aurelia musiały robić, aby przetrwać w niewoli.

Rzymski bankiet na fresku z Pompejów.

Starożytny Rzym inspiruje do dziś

– Zaczniemy działać, gdy tylko znajdziecie się za murami pałacu. Kiedy zapadnie decyzja? – Gdy te słowa wybrzmiały, zrozumiał, że zadał głupie pytanie. – Tego pewnie też nie wiesz…

– Nie, nie wiem. To nie zależy ode mnie.

– Rozumiem. – Kleitos wspominał mu wcześniej o grupie dzieci wychowujących się na ulicach, które za odpowiednią zapłatę wywołają zamieszanie. Pewnie można im też zlecić obserwację bram pałacowych. – Postarajcie się nas zawiadomić, jak tylko coś się wyjaśni w tej sprawie. Spróbuj wybrać się do piekarni. Będę tu czekał. Albo ja, albo jeden z żołnierzy. Jeśli to okaże się niemożliwe, powiedz Aurelii, że tak czy inaczej będziemy was wypatrywać.
Elira rzuciła mu niepewne spojrzenie ściganej łani.

– Jak nas uwolnisz?

– Znajdziemy jakiś sposób. Po minięciu bramy pałacu bądźcie gotowe na wszystko. Zrobimy to szybko. Zapewne uda się was uwolnić bez rozlewu krwi – zapewnił ją. Cieszył się, że Elira nie może usłyszeć, jak mocno bije mu serce. – Przekaż Aurelii wyrazy mojego najgłębszego współczucia. Powiedz jej… – Zawahał się. Czy w ogóle jest coś, co mogłoby w tej sytuacji ukoić jej żal? – Powiedz jej, że jest mi przykro.

– Przekażę. Wkrótce będziesz mógł sam jej to powiedzieć, panie. – Elira posłała mu słaby uśmiech. – Lepiej już pójdę. Nie mogę za długo zamarudzić, bo strażnik zacznie coś podejrzewać.

– Bądźcie silne.

Odprowadził wzrokiem oddalającą się Elirę z bólem ­serca. Pocieszał się myślą, że za kilka dni wyrwie ją i Aurelię z niewoli. Nie myślał na razie o tym, gdzie ukryją z Kleitosem kobiety. Żołnierze Hipokratesa zapewne od razu zaczną przetrząsać całe ­miasto.

Akcja

– Jesteście gotowi?

Głos Kleitosa był przytłumiony z powodu chusty zakrywającej dolną część jego twarzy. Syrakuzański oficer stał z Hanno i grupą dzieci w zaułku w pobliżu jednej z głównych bram miasta. Zdecydowali się zaryzykować. Zresztą nie po raz pierwszy. Liczyli, że Aurelia i Elira z ciałem Publiusza przechodzić będą właśnie przez tę bramę, gdyż większość grobowców i największy cmentarz znajdowały się przy tej drodze prowadzącej za mury miasta.

– Oczywiście, że tak… – zapewnił go przywódca ulicznego gangu.

Chłopak o szerokiej twarzy i szopie jasnych włosów w kolorze siana nosił ksywkę Niedźwiedź. Jego kompani – dziewięciu chłystków w różnym wieku, według oceny Hanno od około sześciu czy siedmiu do jedenastu lub dwunastu lat – również wyrzucali z siebie podobne zapewnienia lub kiwali z przekonaniem głowami.

Na pierwszy rzut oka chłopcy ci nie wyglądali na zbyt silnych. Może jeśli nie liczyć samego Niedźwiedzia, który był całkiem nieźle zbudowany. Muskulatury mógłby mu nawet pozazdrościć niejeden dorosły mężczyzna. Pozostali byli szczupli, ubrani w jakieś wyświechtane szmaty, spomiędzy których wystawały chude kości. Niemniej ich wygląd mógł być mylący. Kleitos pokazał Hanno, jak są skuteczni, gdy niczym wataha wilków opadli nieszczęsnego sprzedawcę sera w chwili, gdy ten akurat zwijał swój kram. Obalenie mężczyzny na ziemię i okradzenie go zajęło im nie więcej niż dwadzieścia uderzeń serca. Sprzedawca padł na bruk na wpół przytomny, bez sakiewki zawierającej utarg i pozbawiony reszty niesprzedanych towarów.

– Powtórz jeszcze raz, co macie robić – polecił Kleitos.

Niedźwiedź spojrzał na niego drwiąco. Takie spojrzenie nie ­byłoby wybaczone żadnemu z żołnierzy Kleitosa. Zapewne skończyłoby się chłostą. W tym przypadku Kleitos musiał zachowywać się powściągliwie.

– Gdy kobiety znajdą się wystarczająco blisko, przepchniemy wóz z sianem, zaparkowany na dziedzińcu naprzeciwko. Zablokujemy ulicę.

– Muszą być wtedy nie dalej niż trzydzieści kroków od zaułka – przypomniał mu Hanno.

– Wiem, wiem… Zajmiemy się żołnierzami, którzy będą pilnować tych kobiet. Mamy odwrócić ich uwagę, powalić na ziemię. Możemy robić, co chcemy, byle ich nie zabić.

Życie tych dzieci musi być przepełnione brutalnością – pomyślał Hanno. Co najmniej połowa z nich miała noże. Żaden z chłopców nie wyglądał na kogoś, kogo przerażałaby perspektywa zamordowania człowieka bez zmrużenia oka.

– Chodzi o to, żeby kobiety uciekły – powiedział Kleitos. – Musicie zająć żołnierzy, żeby nie rzucili się w pogoń. I nie dajcie się złapać. Jeśli ktoś pokpi sprawę, zostaje sam.

– Nie musisz tego mówić – odparł Niedźwiedź, krzywiąc się. – To jedna z podstawowych zasad. Nic nie da się zrobić, jak ktoś dostanie się w łapy żołnierzy. Wtedy po prostu o nim zapominamy. Mam rację, chłopaki?

– No.

– Ta jest… Sie rozumie.

– Lepsza śmierć niż męczarnie w katowni.

– Dobrze. To w tej kwestii mamy jasność. – Kleitos rzucił wymowne spojrzenie Hanno. Zdecydowanie woleliby, aby żaden z chłopców nie został złapany. Podczas dotychczasowych spotkań z Niedźwiedziem i jego bandą obaj nosili maski i niczym niewyróżniające się chitony, ale zawsze istniało ryzyko, że któryś chmyz z ulicznej szajki wpadnie. Podczas tortur może zdradzić jakieś szczegóły, co mogłoby oznaczać, że któregoś dnia pod drzwiami kwater Hanno lub Kleitosa pojawią się uzbrojeni po zęby gwardziści.

Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem pierwszej części trzymającej w napięciu trylogii Bena Kane’a Cesarskie orły. Ciemne chmury, opowiadająca o jednej z największych klęsk militarnych Imperium Rzymskiego w historii. Książka ukazała się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

– Czemu te kobiety są takie ważne?

– Dostajesz dość pieniędzy, żeby się nad tym nie zastanawiać. – Kleitos potrząsnął pękatym skórzanym mieszkiem. Ponieważ akcent Hanno zapewne wydałby się chłopcom podejrzany, to właśnie Kleitos przeprowadził rekrutację i to on ustalał szczegóły. Brzęk monet przyciągnął wzrok wszystkich obdrapańców. Zerkali teraz na nich wzrokiem kotów wpatrujących się w zranioną mysz. – Jak uzgodniliśmy, jeśli uda nam się wykonać zadanie, każdy z was dostanie złotą monetę.

Niedźwiedź uniósł buńczucznie brodę.

– Teraz chcę połowę.

Przysłuchujące się tej dyskusji dzieciaki podeszły nieco bliżej. Hanno zauważył, że niektóre położyły dłonie na rękojeściach noży. Małe, ale groźne nicponie. Napiął mięśnie, sposobiąc się do walki.

– Nie pogrywaj sobie ze mną, chłopcze. Dałem ci już trzy złote monety. To był gest dobrej woli. Dostałeś więcej, niż zarobisz przez rok, kradnąc na ulicach. Reszta pieniędzy po robocie. Tak jak powiedziałem. Jeśli ci się to nie podoba, zabieraj się do ­Hadesu.

Niedźwiedź łypnął na swoich towarzyszy.

– Dotknij tylko broni… – zaczął groźnie Kleitos. – Zanim zdążysz westchnąć, wyprujemy flaki połowie twoich kumpli, a reszcie po dwóch uderzeniach serca.

Niedźwiedź wbił harde spojrzenie w Kleitosa, a potem przeniósł wzrok na Hanno. Powietrze zgęstniało. Obaj wpatrywali się w niego z równą intensywnością. Po chwili chłopak poweselał, rechocząc nieco sztucznie.

– Droczę się z tobą, człowieku. Mamy umowę. Zapłacisz mi pod świątynią Demeter w Achradinie. Dzisiejszej nocy, w godzinie trzeciej straży.

– Jesteś jednak mądrzejszy, niż wyglądasz. – Kleitos zaśmiał się chrapliwie. – A teraz, jeśli pozwolisz, może byście popracowali trochę na swoje złoto? Najlepiej ustaw czujki dalej w głębi ulicy, żebyśmy odpowiednio wcześnie wiedzieli, że nadchodzą. My zostaniemy tutaj. Informuj nas na bieżąco.

Niedźwiedź rzucił mu ostatnie spojrzenie, które nie było zbyt przyjazne, po czym pogonił swoją bandę z zaułka.
– Ten skurczysyn sprzedałby duszę, gdyby mógł coś na tym zarobić – powiedział Hanno.

– Tak samo jak każdy inny podobny do niego typ spod ciemnej gwiazdy w tym mieście – zauważył Kleitos. Hanno w duchu przyznał mu rację.

– Myślisz, że Hipokrates nie ukarze strażników? – zapytał, czując niepokój, z którym mierzył się już wcześniej. Żołnierze wysłani zapewne do miasta razem z Aurelią i Elirą prawdopodobnie nigdy nie uczynili im nic złego.

– Na pewno czeka ich chłosta. Nie sądzę, że coś więcej. Doświadczeni żołnierze są w tych czasach na wagę złota. Poza tym pieniądze, które mi dałeś, z pewnością zrekompensują im straty moralne. Zadbam o to, aby nie dowiedzieli się, skąd je dostali.

Przygotowali się na dłuższe oczekiwanie. Opierali się o ścianę jak najdalej od narożnika alejki. Hanno pilnował jednego końca uliczki, Kleitos drugiego. Wybrali to miejsce z wielką starannością. Wąski zaułek był pełen nieczystości, co oznaczało, że zaglądali tu zapewne tylko ci, którzy chcieli opróżnić pęcherze, ale to nie znaczyło wcale, że nikt ich nie odkryje. Dwaj mężczyźni w maskach bez wątpienia mogli zwrócić czyjąś uwagę. A musieli je mieć, żeby dzieciaki nie widziały ich twarzy. Hanno martwił się też, że Aurelii będzie towarzyszyć więcej żołnierzy albo że kobiety wyjdą z miasta przez inną bramę, albo że pogrzeb zostanie nagle z jakiegoś powodu odwołany. Nieustannie analizował plan, zastanawiając się, co może pójść nie tak. Kleitos milczał. Hanno został sam ze swoimi myślami.

Przeraźliwy odór ludzkich odchodów w alejce nie poprawiał mu humoru. Podobnie jak odgłos wydawany przez śmierdzącą breję przelewającą się między palcami stóp przy każdym poruszeniu nogi. Jego myśli popłynęły do pokoju, który Kleitos wynajął daleko, nad jakimś zajazdem w zachodniej części miasta. Zanim dotrą tam wieści o ucieczce kobiet, minie sporo czasu. Jeśli dopisze im szczęście, właściciel przybytku, dobry znajomy Kleitosa, który dostał sporo pieniędzy za milczenie, nie puści pary z gęby. Syrakuzański oficer przekonywał, że karczmarz nie będzie niczego podejrzewał, gdy usłyszy, że Aurelia i Elira są flecistkami, z którymi Kleitos i jego przyjaciel, to znaczy Hanno, umawiają się na sekretne schadzki. Po chwili Hanno uznał, że lepiej nie rozmyślać za dużo i o dalszej przyszłości, gdyż pierwsza część planu wiązała się z wielkim ryzykiem. Jeden błąd i cała ich operacja skończy się katastrofą. Bogowie! O wiele łatwiej stanąć do walki twarzą w twarz z mieczem w dłoni, mierząc się z nieprzyjacielem w polu.

– Idą! – Nagle tuż obok wyskoczył jak filip z konopi chyba najmniejszy członek ulicznego gangu, chudzina z wyłupiastymi oczami i kręconą, czarną czupryną.

– Jesteś pewien? – spytał Hanno.

Młokos pokiwał głową z przekonaniem.

– Widziałem dwie kobiety. Jedna niesie mały tobołek. Coś owiniętego w płótno. Jest z nimi dwóch żołnierzy. Chyba tego właśnie się spodziewaliście, nie?

Hanno przeniósł spojrzenie na Kleitosa. Jego serce przyspieszyło do szaleńczego rytmu. Czuł podekscytowanie i żal z powodu straty poniesionej przez Aurelię.

– To one. To muszą być one.

– Tylko dwóch żołnierzy! Dobrze. Jak daleko się znajdują? – zapytał Kleitos, zbliżywszy się do Hanno.

– Kilka przecznic. Zara tu będą.

– Niedźwiedź i cała reszta? Wszyscy na pozycjach? – dopytywał się Hanno.

– No jacha. Wszyscy chcemy zarobić.

– I zarobicie, jeśli dobrze wykonacie swoje zadanie.

– Spokojna twoja rozczochrana… – Chłopiec wyszczerzył się, pokazując brudne, pokrzywione zęby. – Dam znać Niedźwiedziowi, gdy będą mniej więcej trzydzieści kroków od wejścia na podwórze. – Złączył kciuk i palec wskazujący, unosząc je do ust. Gwizdnął cicho. – Mam dać im taki sygnał, tylko znacznie głośniej. Gdy tylko wóz zablokuje drogę, razem z chłopakami damy popalić żołnierzom.

– Dobrze.

Urwis ruszył na pozycję.

Kleitos trącił Hanno łokciem.

– Zdenerwowany?

– Jak cholera. Ty nie?

– Flaki mi się przelewają, jakbym właśnie pochłonął cały talerz niezbyt świeżych małż. – Kleitos uważnie zmierzył go wzrokiem. – Ale, na brodę Zeusa, przynajmniej czuję, że żyję!

– Co racja, to racja! – Hanno uśmiechnął się pod nosem. Naprawdę dobrze czuł się ze świadomością, że działa z porywu serca, a nie z zemsty czy lojalności lub z jakiegokolwiek innego z niezliczonych powodów, dla których ludzie chwytają za broń. Jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, wkrótce będzie mógł chwycić Aurelię w ramiona. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić. Bitwy przeżywają ci, którzy potrafią zachować zimną krew.

– Ja zajmę się niewolnicą. Nazywa się Elira, tak? Ty zaopiekuj się Aurelią i ciałem jej syna.

– A jeśli Niedźwiedziowi i jego bandzie nie uda się zneutralizować żołnierzy?

Kleitos pochylił się, zaczął grzebać w błotnistej kałuży pod nogami, a po chwili wyciągnął z niej dwa kawałki cegły.
– Użyjemy tego. Tylko, na litość bogów, postaraj się nikogo nie zabić.

Po tych słowach Kleitos przesunął się bliżej wylotu alejki. Zatrzymał się mniej więcej dziesięć kroków od ulicy, wystarczająco daleko, by pozostać niewidocznym dla przypadkowego przechodnia, ale też na tyle blisko, aby zacząć działać bez chwili zwłoki, gdy nadejdzie właściwy moment.

Hanno przyszło do głowy, że to właśnie robił przez całą wojnę. To znaczy czatował w zasadzce. Niezliczoną liczbę razy. Czuł ogarniające go znajome uczucie, gdy każda chwila niemiłosiernie się ciągnęła, gdy skupiał uwagę jedynie na wąskim tunelu w otaczającej go przestrzeni, gdy w ustach mu zasychało, a dłonie się pociły, gdy w brzuchu czuł mdlący smak niepewności. A jednak chyba nigdy nie był aż tak przejęty, jak w tej chwili. Wiedział, że to dlatego, iż od jego działań zależy wolność, a może i życie Aurelii. Ta świadomość wcale nie pomagała mu uspokoić szalejącego serca. Zaczynał się denerwować. A ze zdenerwowania może coś sknocić. Ta myśl wystarczyła. Przygryzł od środka policzek, chcąc w ten sposób zmusić się do skupienia uwagi na bólu i oczyścić głowę z mrocznych myśli. Szybko odzyskał koncentrację.

Po chwili przy narożniku alejki pojawił się kolejny chłopak z bandy Niedźwiedzia. Zatrzymał się i jakby od niechcenia, schyliwszy się, podrapał brudną kostkę.

– Są pięćdziesiąt kroków stąd – rzucił półgłosem. Zaraz ruszył dalej.

Zdenerwowanie Hanno musiało być widoczne, ponieważ Kleitos wyciągnął rękę i złapał go za ramię.

– Wszystko będzie dobrze.

– Tak… – Hanno przełknął ślinę.

– Nie wiemy, jak szybko się poruszają. Odliczę od trzydziestu w dół, żebyśmy dali im jeszcze trochę czasu na pokonanie dzielącego nas odcinka.

Hanno kiwnął głową.

– Trzydzieści. Dwadzieścia dziewięć. Dwadzieścia osiem…

Kleitos liczył, a Hanno gapił się w wąski prześwit między ścianami. Ukazał się w niej jakiś starzec kuśtykający powoli o lasce. Na balkonie w domu naprzeciwko pojawiła się kobieta w trudnym do określenia wieku, która zaczęła trzepać mały dywan, uderzając nim o żelazną balustradę.

– Świeże, gorące kiełbaski! Prosto z garnka! Kto ma ochotę? – wydzierał się jakiś uliczny sprzedawca.

– Dziewiętnaście. Osiemnaście. Siedemnaście. Szesnaście…

Wysoko nad nimi zaskrzeczała pogardliwie mewa. Natychmiast odpowiedziały jej inne. Kolejny obdartus przemknął przez wycinek światła, nawet nie zerknąwszy w zaułek. Za nim pojawił się mężczyzna pchający przed sobą wózek pełen jakiegoś żelastwa. Mruczał coś pod nosem, pewnie narzekając na jego ciężar. Dwie młode dziewczyny zatrzymały się przed witryną sklepu, który przylegał do zaułka. Rozmawiały o przystojnych strażnikach pilnujących bramy.

– Sześć. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden…

Odczekali jeszcze uderzenie serca w milczeniu, zwróceni w stronę ulicy. Ruszyli bez słowa. Dźwięki otoczenia jakby przycichły. Hanno słyszał tylko pulsującą krew w uszach i tętnicy szyjnej.

Łiiizziuuuu-fiuuuu!

Charakterystyczny gwizd wydał się Hanno o wiele głośniejszy, niż się spodziewał. Nie sądził, że taki mały knypek może zagwizdać tak głośno.

Zaczęło się

Baalu Hammonie, czuwaj nad nami. Baalu Saphonie, obdarz nas swoją siłą i ochraniaj – Hanno modlił się w duchu, gdy zbliżali się do końca alejki.

Terr, tyrr, tyyrrrr. Z lewej usłyszeli odgłos toczących się po bruku metalowych kół. Wyglądało na to, że Niedźwiedź ich nie zawiódł, wykonując swoją część zadania. Hanno nie ośmielił się odwrócić głowy, żeby poszukać wzrokiem wozu. Skupił się na tym, co działo się po prawej stronie. Znajdujący się u jego boku Kleitos robił to samo. Niestety, widok zasłaniał im jakiś przeklęty kapłan z grupą wyznawców. Dziesięć kroków dalej trzech chłopaków z ulicznej bandy niezbyt przekonująco udawało, że przyglądają się wyrobom wystawionym przy wejściu do warsztatu stolarza. Jeszcze dwóch siedziało na ziemi po drugiej stronie ulicy, skupiwszy się na grze w kości. Pozostali prawdopodobnie trzymali się Niedźwiedzia.

– Uwaga! – Hanno usłyszał nagle ostrzeżenie wykrzykiwane donośnym męskim głosem.

Dudnienie stało się głośniejsze. Do odgłosów tętniącej życiem arterii dołączyły krzyki zaniepokojonych przechodniów i po chwili wóz uderzył z impetem w ścianę domu po drugiej stronie ulicy. Niedźwiedź wybuchnął śmiechem, w którym pobrzmiewało zadowolenie.

– Udało się!

Hanno wcale nie czuł jednak euforii. Jeśli strażnicy Aurelii zobaczą, co się święci, mogą zawrócić i pociągnąć ze sobą kobiety.

Ku jego ogromnej uldze w tej samej chwili dostrzegł żołnierza, który przepchnął się obok kapłana. Za nim pojawiła się blada twarz Aurelii. Była niewzruszona, jakby wykuta z kamienia. Niosła małe zawiniątko w płótnie. Za nią szła Elira, a na końcu mężczyzna, którego już chyba gdzieś widział.

Kleitos zaklął siarczyście.

– Agatokles! Jeśli mnie pozna, będę zgubiony.

Niech to! Ten mężczyzna był znajomym Kleitosa. Nic dziwnego, że jego twarz przywołała w głowie Hanno jakieś wspomnienie. Natknęli się na niego, gdy prowadził grupę niewolnic do pałacu tyranów. A to oznaczało, że pojawił się kolejny czynnik zwiększający poziom ryzyka tego przedsięwzięcia.

Tymczasem Niedźwiedź i reszta jego urwipołciów doskoczyła do pierwszego żołnierza, który na ich widok zaśmiał się pogardliwie.

– Nie próbujcie ze mną pogrywać, bo skopię wam tyłki! – Nie widział jeszcze wszystkich napastników, którzy zbliżali się do niego od tyłu.

– Pamiętajcie, co mówiłem! – krzyknął Niedźwiedź do swoich towarzyszy. Przebiegł przed zaskoczonym strażnikiem i chwycił go poniżej kolana. Zanim ten zdążył zareagować, szarpnął i uniósł jego nogę do góry. Mężczyzna stracił równowagę. Gdy żołnierz zwalił się na plecy, błyskawicznie obskoczyła go czwórka chłopców, okładając rękami i kopiąc.

Hanno i Kleitos minęli go bez słowa. Elira zaczęła krzyczeć, ale Aurelia zdawała się nie zauważać tego, co się wokół niej dzieje. Agatokles przepchnął się obok kobiet. Jego dłoń spoczywała na rękojeści kopisu.

– Co tu się dzieje, na Hadesa?! – ryknął. – O co wam chodzi, wy wredne robaki!

Hanno musiał odwołać się do całej siły woli, aby nie patrzeć na syrakuzańskich żołnierzy. Nie spuszczał wzroku z Aurelii, która wciąż wydawała się jakby otumaniona. Dostrzegła go chyba dopiero wtedy, gdy spojrzał jej z bardzo bliska w oczy. Ze smutnym uśmiechem uniosła tobołek, który przyciskała do piersi.

– To jest Publiusz. Polubiłbyś go.

– Aurelio. Chodź ze mną! – Wziął ją pod ramię.

– Mam go przekazać komuś przy bramie. Nie wolno mi opuszczać miasta. Nie zobaczę nawet, jak go skremują.
Hanno nie spodziewał się, że smutek może tak oszołomić Aurelię.

– Wszystkim się zajmiemy. Później – powiedział delikatnie, odciągając ją od zamieszania na ulicy. – Ale teraz musimy iść. Bez chwili zwłoki.

Nawet nie drgnęła. Hanno walczył z ogarniającą go paniką. Pierwszy żołnierz ciągle nie mógł pozbierać się z ziemi. Z jego jęków i okrzyków radości napastników można było wywnioskować, że na razie z jego strony nie grozi im żadne niebezpieczeństwo, ale Agatokles, który przez chwilę również leżał na bruku, zdążył się już podnieść. Widział, co się dzieje. Nikt nie został jeszcze ranny tylko dzięki przytomności umysłu Niedźwiedzia, który przeciął pas Agatoklesa i odrzucił jego miecz. Jednak nieuzbrojony Syrakuzanin nie zamierzał się poddać i już kierował się w stronę Hanno. Niedźwiedź z trzema innymi chłopcami nieustannie krążyli wokół niego, ale Agatokles skutecznie się od nich oganiał. W akcie desperacji Hanno złapał węzełek z ciałem Publiusza. Aurelia syknęła zaskoczona.

– Chodź za mną! – zawołał do niej, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku wąskiej alejki, w której wcześniej czekali. Nie spuszczał wzroku z Kleitosa i Eliry, którzy wyprzedzali ich już o kilkanaście kroków.

Hanno znajdował się tuż-tuż przy narożniku, gdy nagle uświadomił sobie, że Aurelia wcale za nim nie ruszyła. Gdy się odwrócił, stwierdził zaskoczony, że jakimś sposobem pochwyciła sztylet jednego z chłopców z ulicznej bandy. Po chwili ostrze zniknęło w pachwinie Agatoklesa, poniżej osłony pteryges. Syrakuzanin ryknął z bólu, a ona dźgnęła go jeszcze dwa razy.

– Masz za swoje, potworze!

– Co ona wyrabia, do ciężkiej cholery? – zawołał zdezorientowany Kleitos.

– Nie wiem – zdążył odpowiedzieć Hanno, zanim pod Agatoklesem ugięły się nogi. Klęczał. Krew płynęła obfitym strumieniem z jego ran. Po chwili Aurelia spokojnie podeszła do pierwszego żołnierza, który wciąż leżał na ziemi. Ostrze uniosło się i opadło, uniosło i opadło jeszcze raz, a krzyki mężczyzny ucichły, zastąpione złowieszczym bulgotem. Usłyszeli brzęk metalu opadającego na kamienie, gdy Aurelia upuściła nóż. W końcu popatrzyła na Hanno, który znów wyszedł z zaułka.

– Tędy! Do mnie! – ponaglił ją krzykiem.

Aurelia zmierzała ku niemu dystyngowanym krokiem. Nie biegła. Z jej twarzy nie schodził wyraz błogości. A świat wokół niej jakby zamarł w konsternacji. Chłopcy z ulicznej bandy wzięli nogi za pas, ale sklepikarze stawali w drzwiach swoich sklepów, ciekawie wyciągając szyje, żeby zobaczyć, co się dzieje. Jakiś mężczyzna próbował pomóc Agatoklesowi, ale większość przechodniów zastygła w przerażeniu, jakby zahipnotyzowana niespodziewanym, zupełnie niezrozumiałym dla nich, bezwzględnym aktem przemocy.

– Pospiesz się! – ponaglał Aurelię Hanno, podciągając materiał skrywający jego twarz.

Kiedy w końcu do niego dotarła, Kleitos zgromił ją wzrokiem. Po chwili zniknął jednak w zaułku, popychając przed sobą Elirę. Wiedział, że nie mają chwili do stracenia.

– Ruszajcie się!

– Nie myśl o tym, co masz pod nogami – odezwał się Hanno. – Ta uliczka jest krótka.

– Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz – wyszeptała wypranym z emocji głosem.

– Nie mógłbym postąpić inaczej, wiedząc, że trafiłaś do niewoli. I jesteś tak blisko. Przykro mi, że to tyle trwało. – Przeniósł wzrok na tobołek. – Gdybym tylko uwolnił was wcześniej…

Kleitos prowadził ich wąskimi uliczkami, byle dalej od miejsca zasadzki. Najczęściej wybierał krótkie i wąskie alejki wciśnięte między domami, które łączyły szersze arterie komunikacyjne miasta. Gdy zdjęli maski, większość przechodniów nie zwracała na nich żadnej uwagi, niemniej Hanno wolał nie zdawać się na kapryśny los, więc owinął ciało Publiusza w stary płaszcz, który wcześniej miała na sobie Elira. Kleitos kluczył tak, że Hanno stracił orientację. Poznał dopiero główną ulicę prowadzącą do Epipolae, dzielnicy znajdującej się w zachodniej części miasta. Wtedy Syrakuzanin podjął próbę rozmówienia się z Aurelią.

– Dlaczego zabiłaś tamtych żołnierzy? – zapytał po łacinie z jawnym wyrzutem. – Oni cię tylko pilnowali. Nie prowadzili na miejsce straceń.

– A co cię to obchodzi? – odparowała z agresją w głosie, której Hanno się po niej nie spodziewał.

– Byli obywatelami tego miasta, tak samo jak ja. Znałem też oficera. Nie musiałaś ich zabijać. Tamci chłopcy dobrze się spisali. Żołnierze nic nie mogli nam zrobić.

– Agatokles… On nie tylko zajmował się stręczycielstwem na rzecz Hipokratesa. Zmusił mnie siłą, żebym mu się oddała. I nie był przy tym delikatny. Elira też nie została przez niego oszczędzona. Tamten drugi żołdak również się na niej wyżywał. I co ­teraz powiesz, mądra głowo? – W oczach Aurelii płonął ogień. Rysy jej twarzy wyostrzyła furia.
– Rozumiem… – Kleitos westchnął ciężko. – Przykro mi.

– Umarli nie mogą nikomu powiedzieć, co stało się na ulicy. Dzięki temu mamy większe szanse. – W świetle zarzutów Aurelii Hanno nie potrafił żałować Agatoklesa.

– No cóż… Nigdy nie lubiłem tego starego zbereźnika – przyznał Kleitos, wzruszając ramionami. – Tak czy owak, nic teraz już nie poradzimy. Miejmy nadzieję, że Hipokrates ma lepsze zajęcia niż szukanie porywaczy.

Ostatni odcinek dzielący ich od bezpiecznego pokoju wynajętego przez Kleitosa przemierzali w milczeniu. I tym razem Syrakuzanin torował drogę. Na miejscu najpierw uważnie zlustrował otoczenie, a potem machnął na nich ręką, dając znak, że droga wolna. Wspięli się po chwiejnych schodach, unikając ciekawskich spojrzeń właściciela gospody.
– Im mniej wie, tym lepiej – stwierdził Kleitos, wpuszczając ich do małego, dusznego pokoju, w którym znalazło się miejsce na dwa łóżka, stół i krzesło. Na parapecie maleńkiego okna wychodzącego na ulicę stał jeszcze dzbanek, dopełniając wyposażenie pomieszczenia. – Nie wygląda zbyt okazale, ale warunki nie są złe.

– Dziękuję. – Elira mówiła po grecku z wyraźnym obcym akcentem.

– Wybacz, że wcześniej zareagowałam tak ostro – powiedziała Aurelia. – Jestem ci bardzo wdzięczna za to, co zrobiłeś. Ten pokój może nie jest duży, ale jest nasz i, co najważniejsze, daleko mu do więzienia. To więcej, niż mieliśmy.

Kleitos skinął głową, a potem zwrócił się do Hanno:

– Zostawię was samych.

Hanno złapał go za ramię.

– Dziękuję, bracie. – A szeptem dodał: – Musimy pogrzebać dziecko albo, najlepiej, skremować jego zwłoki. Myślisz, że to możliwe?

– Tu? Wewnątrz murów? Jak już masz jakiś problem, to nigdy nie jest trywialna sprawa, co? –Westchnął. – Pomyślę. Porozmawiamy o tym wieczorem… Albo jutro.

Gdy Kleitos zniknął za drzwiami, Hanno położył ciało Publiusza na jednym z łóżek.

– Zajmiemy się pogrzebem najszybciej, jak to będzie możliwe.

Aurelia znów wydała mu się dziwnie, wręcz niewiarygodnie spokojna.

– Co dalej?

– Jeszcze nie wiem. Wiele zależy od reakcji Hipokratesa.

Tak naprawdę Hanno był przekonany, że powinni zostać w mieście. No bo właściwie dokąd mieliby się udać? Poza Kleitosem nie miał na Sycylii żadnych przyjaciół.

– Nie możemy wydostać się z miasta? Wszyscy wiedzą, że rzymska blokada jest dziurawa.

Zakasłał, czując się niezręcznie.

– Być może będziemy musieli uciekać, ale teraz zostańmy tu, za murami. Przynajmniej na jakiś czas.

– Bo będą nas szukać?

– Po części. Tak. Ale też dlatego, że Hannibal wysłał mnie, żebym służył Epicydesowi. – Zawahał się i dodał niechętnie:

– I Hipokratesowi. – Aurelia nie skomentowała tego wyznania, co tylko zwiększyło jego dyskomfort. Przeszło mu przez głowę, że może wcale nie zechce z nim być. Zastanawiał się, czy po tym wszystkim, co przeżyła, nie pragnie już tylko wrócić do męża i pogrą?y? si? z?nim w?rozpaczy po utracie dziecka. Niezale?nie od jej plan?w musia? żyć się z nim w rozpaczy po utracie dziecka. Niezależnie od jej planów musiał to uszanować. – Za kilka dni się uspokoi. Znajdę jakąś łódź, którą będziesz mogła wydostać się z Syrakuz i wrócić na tereny kontrolowane przez Rzymian. Zadbam, żeby kapitan zawiózł cię tam, gdzie przebywa twój mąż – dodał z rezygnacją.

Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem pierwszej części trzymającej w napięciu trylogii Bena Kane’a Cesarskie orły. Ciemne chmury, opowiadająca o jednej z największych klęsk militarnych Imperium Rzymskiego w historii. Książka ukazała się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

– Lucjusz prawdopodobnie nie żyje. A nawet jeśli jeszcze nie wyzionął ducha, nie mam powodu, żeby do niego wracać. – Podeszła do Hanno i chwyciła najpierw jedną jego dłoń, a potem drugą. Przyciągnęła je do siebie tak, że musiał ją objąć. – Właśnie tu chciałam się znaleźć, odkąd pojawiłeś się przed naszym domem w pobliżu Kapui. W twoich ramionach.

Hanno czuł, jak serce podskoczyło mu z radości. Zarejestrował jeszcze, że Elira odsuwa się dyskretnie w stronę okna, aby zapewnić im odrobinę prywatności. Objął Aurelię, wdychając jej zapach.

– Bogowie nad nami! Ja też o tym marzyłem. Tylko przykro mi, że to musi dziać się w takich okolicznościach. Że przytrafiło ci się tyle strasznych… – Aurelia uniosła dłoń i położyła palec na jego ustach, uciszając go.

– Przytul mnie – szepnęła. – Gdy jestem przy tobie, czuję się bezpiecznie.

Artykuł stanowił fragment pierwszej części trzymającej w napięciu trylogii Bena Kane’a Cesarskie orły. Ciemne chmury, opowiadająca o jednej z największych klęsk militarnych Imperium Rzymskiego w historii. Książka ukazała się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Czy wiesz, że ...

...18 lipca nikomu z obywateli starożytnego Rzymu nie wolno było nikomu z obywateli zawierać małżeństw ani składać ofiar? Wszystko przez Brennusa, wodza celtyckiego plemienia Senonów, który tego dnia w 387 roku przed naszą erą rozbił wojska rzymskie pod Alią. 

...Święty Hieronim miał co najmniej kontrowersyjne poglądy na wychowanie? Uważał, między innymi, że rodzona matka powinna oddać swoje dziecko teściowej, która na pewno wychowa je lepiej.

...na jednym z fresków w Domu Efeba w Pompejach znajduje się wizerunek ananasa? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że starożytni podobno wcale nie znali tego owocu. Został on sprowadzony do Europy dopiero w czasach nowożytnych.

Komentarze (4)

  1. Jerzy Odpowiedz

    przecież to nie jest fragment „ciemnych Cmur” tylko bodajże „pola krwi”. Autor ten sam, ale powiesc o wojnach z Kartaginą a nie o legionach Warusa

  2. Sławek Odpowiedz

    Szanowny zespole Ciekawostek historycznych dobrze ze polecacie interesujące książki ale Wstyd ze popełniacie take błędy.
    Fragment ten (jak napisał Jerzy) pochodzi z trylogii Hannibal tego samego autora o wojnach punickich (dokładnie drugiej wojnie punickiej,) pt.Chmury wojny. Według mnie warte przeczytania.
    Jeżeli chodzi o temat to polecam Krwawy las Gerainta Jonesa
    Jako zespół sprawdzajcie na przyszłość co publikujecie i nie wprowadzajcie błędnych opisów.
    Życzę kolejnych ciekawych tematów oraz informacji o książkach i proszę sprawdzajcie co piszecie

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.