Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Ze spluwą na księdza, z parabellum do młyna. Tak polscy partyzanci zdobywali żywność

Żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (domena publiczna).

Żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (domena publiczna).

W zakamuflowanej, leśnej kryjówce trudno o frykasy na miarę pięciogwiazdkowego hotelu. A z pustym brzuchem – jeszcze trudniej o skuteczną walkę z okupantem. Na szczęście nasi chłopcy doskonale wiedzieli jak zaradzić tej sytuacji.

Partyzanci Armii Krajowej maszerowali godzinami, kopali ziemianki, przenosili broń i amunicję, wdawali się w potyczki z wrogiem. Tak wzmożona aktywność sprawiała, że ich potrzeby żywieniowe były, delikatnie mówiąc, niemałe. By im sprostać i solidnie nakarmić żołnierzy, kwatermistrzostwo musiało się zdrowo nagimnastykować.

Naturalni sojusznicy

Po prowiant partyzanci udawali się między innymi do swoich naturalnych sojuszników – polskich leśników. Ci, znający puszcze jak własną kieszeń i od początku wojny z ogromnym zaangażowaniem działający w konspiracji, nigdy nie odmawiali.

Wielu z nich należało nawet przed wojną do paramilitarnej organizacji Przysposobienie Wojskowe Leśników, a za okupacji wykorzystywało zdobytą w niej wiedzę.

Robotnikom pracującym przy wyrębie drzew na potrzeby Niemców przysługiwały przydziały żywnościowe, a za wydawanie racji odpowiadali właśnie leśnicy. Jak zanotował w swych wspomnieniach żołnierz AK Zbigniew Zieliński, konspiratorzy postanowili to wykorzystać.

Partyzanci słuchają radia w Kampinosie (domena publiczna).

Partyzanci słuchają radia w Kampinosie (domena publiczna).

Na listach osób, którym przysługiwały racje zaczęły się pojawiać setki osób, które wprawdzie pracowały w lasach, ale z bronią w ręku. I przeciwko Niemcom, a nie na ich zlecenie.

W przypadku opisanym przez Zielińskiego lista spuchła dwukrotnie. Słoniny, oleju, cukru, wódki i papierosów miało starczyć i dla pracowników fizycznych i dla stacjonującego w kniei oddziału.

Do magazynu po prowiant pojechało dwóch ludzi z podziemia – praktykant leśny i syn leśniczego z surowym przykazaniem, by nie zabierali ze sobą niczego obciążającego, w szczególności broni. W końcu Niemców nie ma co prowokować, a poza nimi wokół sami swoi.

Kiedy już udało się pobrać żywność z magazynów i mężczyźni wracali do leśniczówki… napadł ich oddział partyzantów z konkurencyjnej Armii Ludowej. Zostali ograbieni, jednak im samym nic się nie stało. Sprawa została potem wyjaśniona na wyższym szczeblu i część przydziałów zwrócono, jednak co AL-owcy zjedli do tego czasu, to ich.

Kobieca sztuka przetrwania w książce Aleksandry Zaprutko-Janickiej "Okupacja od kuchni". Kliknij i kup z rabatem w naszej księgarni.

Kobieca sztuka przetrwania w książce Aleksandry Zaprutko-Janickiej „Okupacja od kuchni”. Kliknij i kup z rabatem na empik.com.

Grabić tylko Niemców!

Czasem to AK-owcy musieli uciekać się do odbierania siłą żywności. Polakom, jeśli tylko mogli, nie zabierali. Ich ofiarą padali przede wszystkim Niemcy i Volksdeutsche oraz ich gospodarstwa, magazyny, przedsiębiorstwa pozostające pod ich zarządem.

Tak było kiedy Władysław Jasiński, słynny „Jędruś” (pseudonim przyjął od imienia syna), wraz ze swoim oddziałem zjawił się na progu młyna w miejscowości Wiązownica. Wieczorem kilku partyzantów weszło do środka i sterroryzowało chłopów, którzy przyjechali na mielenie. Po chwili uspokojono ich stwierdzeniem, że partyzantów interesuje tylko zboże z przeznaczeniem dla Niemców. Jak zanotował Eugeniusz Dąbrowski w książce „Szlakiem »Jędrusiów«”:

Stało ono w dużych workach z niemieckimi napisami i „czarnymi wronami”, jak powszechnie nazywano stylizowane godło Wehrmachtu. W młynie powstał problem załadowania tak dużej ilości zboża. Prawie 10 ton – to przecież jest co dźwigać. Przebywający tu chłopi chętnie pomagali w ładowaniu zboża na sanie.

Przywleczono nawet niemieckiego nadzorcę młyna, który niczego nieświadomy spał sobie smacznie w swoim mieszkaniu. Kiedy stanął przed „Jędrusiem” we własnej osobie, był zdezorientowany i kompletnie zaskoczony.

Co ciekawe, polski oddział zrobił na nim takie wrażenie, że nawet pochwalił jego doskonałą organizację. A tymczasem zboże już dawno zdążyło odjechać na saniach i tajemniczo zniknąć w umówionych kryjówkach.

Wyżywienie takiej kompanii nie należało do łatwych zadań. Na zdjęciu 4 kompania 2 batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej (dawniej "Jędrusie"). (domena publiczna)

Wyżywienie takiej kompanii nie należało do łatwych zadań. Na zdjęciu 4 kompania 2 batalionu 2 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej (dawniej „Jędrusie”). (domena publiczna)

Dowódca nie wdawał się w zbędne dyskusje. Zostawił tylko pokwitowanie rekwizycji na rzecz partyzantów i wyszedł wraz ze swoimi ludźmi. Podobne akcje w przypadku dużych oddziałów były częste.

Dokładnie według instrukcji

Takie postępowanie było zgodne z instrukcjami Komendy Głównej Armii Krajowej. Znajdujące się w Archiwum Akt Nowych dokumenty dokładnie precyzują, w jaki sposób partyzantom wolno było zdobywać żywność w czasie działań bojowych.

Wyżywienie oddziału w następnych dniach odbywa się w eksploatacji zdobyczy wojennej […]. Źródła eksploatacji należy użytkować w nast. kolejności:

– gospodarstwa rolne prywatne niemieckie lub w admin. okupanta.

– spółdzielnie rolniczo-handlowe.

– gospodarstwa rolne obywateli polskich.

– żywn. magazyny miejskie.

Zasoby żywn. pobierane z 3 ostatnich źródeł, wolno wykorzystywać jedynie za pośrednictwem miejscowych władz admin. (burmistrz, wójt, sołtys) i za zapłatą w gotówce.

Oddział "Jędrusiów" w kryjówce (domena publiczna).

Oddział „Jędrusiów” w kryjówce (domena publiczna).

Kiedy już intendenturze udało się zgromadzić pewne zapasy, należało je odpowiednio zabezpieczyć. Także w tym zakresie Komenda Główna wydała wytyczne, dotyczące między innymi tego, jak długo można przechowywać poszczególne produkty.

Zalecenia były zaskakująco szczegółowe, na przykład mąka biała mogła być przechowywana w suchym miejscu od ośmiu do dwunastu miesięcy. Razowa znacznie krócej, z powodu większej zawartości wody. Dokument wspomina też między innymi o tym, że smalec solony można trzymać w beczkach nawet do roku, ser tarty i wysuszony podobnie, a soloną słoninę zaledwie pół roku.

Zapasami miała się zajmować osoba przewidziana na kierowniczkę (tak w oryginale) kuchni żołnierskiej. Jednym podstawowych jej obowiązków było dbanie o to, by partyzanckie oddziały spożywały pełnowartościowe posiłki.

Pomóc jej w tym miał między innymi dołączony do instrukcji, oficjalny jadłospis z rozpiską ile dokładnie gramów poszczególnych produktów ma dostać każda osoba. I tak, przykładowo w niedzielę żołnierze mieli jeść zupę jarzynową na rosole z kluskami, w poniedziałek zupę szczawiową z ziemniakami i kaszą perłową, a we wtorek kaszę jaglaną z fasolą.

Dworskie kolacje

Wygłodniali leśni chłopcy nie zawsze mogli korzystać z dobrodziejstw kuchni polowej. Często pukali też po zmroku do drzwi polskich dworów, które jeszcze nie zostały przejęte w zarząd przez okupanta.

Mama Barbary Morawskiej pełniła obowiązki w zastępstwie aresztowanego przez Niemców ogrodnika w majątku pod Opocznem. Kobieta zapamiętała, że do dworu przychodzili młodzi uzbrojeni mężczyźni:

Później partyzanci przechodzili dość często, głęboką nocą. Z okna naszego pokoju w oficynie widziałyśmy światło w dworskiej jadalni, słychać było fortepian, na którym grała siostra dziedziczki legionowe piosenki oraz nowe, nieznane nam, partyzanckie. Dziedziczka szła do chlewni wybierać wieprzka.

Nic dziwnego, że partyzanci woleli odwiedzać domy i dwory, skoro ich leśne kwatery często wyglądały tak jak ta na zdjęciu. (repliki bunkra "Ptasia Wola" Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski w Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku; zdjęcie opublikowane na licencji CC BY-SA 3.0, autor: Topory).

Nic dziwnego, że partyzanci woleli odwiedzać domy i dwory, skoro ich leśne kwatery często wyglądały tak jak ta na zdjęciu. (repliki bunkra „Ptasia Wola” Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski w Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku; zdjęcie opublikowane na licencji CC BY-SA 3.0, autor: Topory).

Byli to prawdopodobnie żołnierze AK, ale przychodzili też inni, o których mówiło się „bandyci”. Tych nie przyjmowano poczęstunkiem i fortepianowym koncertem. Sami wybierali sobie wieprzka, a od dziedzica żądali gotówki. Dziś sądzę, że nie byli to zwykli bandyci.

Patrioci, czy bandyci?

Z podobnych metod korzystało wiele grup, które nachodziły nocą albo prywatne domy, albo dwory ziemiańskie i gwałtem zabierały żywność, kradnąc przy okazji wszystko, co nie było przybite do ziemi.

Pół biedy, jeśli był to zorganizowany oddział trzymany krótko przez swojego dowódcę.

Tacy ludzie przyszli nocą do domu, w którym ukrywała się Danuta Warga-Ruszkiewicz. Kompletnie umundurowani mężczyźni rozsiedli się w mieszkaniu.

Oprócz oddziałów, które wsławiły się w walce z okupantami jak np. "Jędrusie" (na zdj.), na terenie Polski grasowało wielu zwyczajnych bandytów, którzy tylko podszywali się pod żołnierzy podziemia (zdj. domena publ.).

Oprócz oddziałów, które wsławiły się w walce z okupantami jak np. „Jędrusie” (na zdj.), na terenie Polski grasowało wielu zwyczajnych bandytów, którzy tylko podszywali się pod żołnierzy podziemia (zdj. domena publ.).

Jeden zwinął masło, inny szpilki od patefonu. Kiedy mieszkająca tam kobieta zwróciła na to uwagę dowódcy, ten skrzyczał podkomendnych i natychmiast kazał im zwrócić to, co ukradli.

Okazało się, że ten oddział buszował w całej miejscowości. Jak zanotowała Danuta Warga-Ruszkiewicz w swoich wspomnieniach:

We wsi wzięli kilka świń, ale nie płacili. Dawali kwity z pieczątką „Armia (lub może Gwardia) Ludowa im. Tadeusza Kościuszki” – dla wytłumaczenia przed Niemcami, dlaczego nie ma świni.

Przed sądem AK

Podobne odwiedziny nie zawsze kończyły się szczęśliwie. Z kolei zachowanie „gości” niekoniecznie licowało z godnością munduru polskiego wojska walczącego o niepodległość.

Zwykle partyzanci współpracowali z duchownymi, nie jak w Zakliczynie tego nieszczęsnego dnia. Na zdjęciu żołnierze Oddziału Leśnego "Lech" w czasie poświęcenia sztandaru (zdjęcie opublikowane na licencji CCA SA 2.0, autor nieznany).

Zwykle partyzanci współpracowali z duchownymi, nie jak w Zakliczynie tego nieszczęsnego dnia. Na zdjęciu żołnierze Oddziału Leśnego „Lech” w czasie poświęcenia sztandaru (zdjęcie opublikowane na licencji CCA SA 2.0, autor nieznany).

W Dokumentach Komisji Sądowych Komendy Głównej Armii Krajowej, zachowała się informacja o iście bandyckim napadzie leśnego oddziału na plebanię.

W nocy na 24 X 44 w Zakliczynie kilku osobników umundurowanych i uzbrojonych w broń automatyczną i krótkie pistolety przyszli na plebanię do ks. Kozuba Jana, gdzie przy użyciu groźby zabrali:

1 świnię 100 kg żywej wagi, 1 jałówkę 150 kg żywej wagi, 1 parę trzewików i 4 bochenki chleba – ogólnej wartości około 50000 zł, nadto zażądali wódki i grozili ks. Kozubowi, że mogą go zastrzelić. Sprawcy byli furmanką, a jeden był na koniu brudnobiałym.

Po opisie powyższych okoliczności w dokumencie znajduje się krótkie podsumowanie. W wyniku przeprowadzonego śledztwa dowiedziono, że za tym rozbojem stoi szajka z oddziału nr II Żelbetu z ppor Tadeuszem na czele.

Kobieca sztuka przetrwania w książce Aleksandry Zaprutko-Janickiej "Okupacja od kuchni". Kliknij i kup z rabatem w naszej księgarni.

Kobieca sztuka przetrwania w książce Aleksandry Zaprutko-Janickiej „Okupacja od kuchni”. Kliknij i kup z rabatem na empik.com.

Jakimikolwiek metodami partyzanci by nie zdobywali żywności, prawdziwy głód im w oczy raczej nie zaglądał. Jak wspominał Antoni Włodzimierz Madaliński, strzelec w 7. Pułku Piechoty „Garłuch” w Grupie „Kampinos”, żywności nie brakowało, a zaopatrzenie było zawsze dobre.

Jego oddział jadał dużo chleba, pijał kawę słodzoną cukrem, a na obiad często była gotowana baranina. O takim menu niejedna zwyczajna rodzina cywilów żyjących na łasce Niemców mogła tylko pomarzyć. O tym jednak możecie przeczytać w innym naszym artykule.

***

Artykuł powstał na podstawie materiałów zebranych przez autorkę podczas pisania książki „Okupacja od kuchni”. Kliknij i kup z rabatem swój egzemplarz na empik.com.

„Okupacja od Kuchni” to poruszająca opowieść o czasach, w których za nielegalne świniobicie można było trafić do Auschwitz, warzywa hodowano w podwórkach kamienic, a zużytymi fusami handlowano na czarnym rynku. To także niezwykła książka kucharska: pełna oryginalnych przepisów i praktycznych porad z lat 1939-1945. Polecamy!

Źródła:

  1. Dąbrowski E., Szlakiem „Jędrusiów”, Kraków 1992.
  2. Dokumenty Komisji Sądowych KG AK AAN 203/XI-42.
  3. Instrukcja zaopatrzenia dla kwatermistrzostwa, KG AK AAN 203/V-1.
  4. Morawska B., „Bajka” na wygnaniu, [w:] Moje wojenne dzieciństwo. Tom 2, red. Eulalia Rudak, Warszawa 1999.
  5. Relacja Mieczysława Gostkowskiego dla Archiwum Historii Mówionej [dostęp 27.09.2015].
  6. Relacja Antoniego Włodzimierza Madalińskiego dla Archiwum Historii Mówionej [dostęp 27.09.2015].
  7. Warga-Ruszkiewicz D., Czas lęku i nadziei, Krakw 1997.
  8. Zieliński Z., Baza leśnych ludzi, Warszawa 2005.

Chcesz wiedzieć, co w czasie okupacji jadła Twoja babcia? Tu o tym przeczytasz:

Czy wiesz, że ...

...nie dla wszystkich moment zakończenia II wojny światowej okazał się radosny? 9 maja 1945 roku ruszył kolejny transport na wschód, wiozący na Kołymę grupę polskich jeńców.

...najbardziej znienawidzonym esesmanem w obozie w Treblince był Kurt Franz, nazywany „Lalką”. Wsławił się on między innymi tym, że wytresował swojego psa tak, by na rozkaz atakował Żydów, gryząc ich w okolicach genitaliów.

...jedynym "nawróconym" nazistą w Norymberdze był Hans Frank, generalny gubernator okupowanych ziem polskich? Twierdził, że w celi śmierci "odnalazł Boga".

...w armii Adolfa Hitlera służyć mogło nawet 500 tysięcy Polaków – czyli więcej niż w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i w armii polskiej w ZSRR? Najwięcej z nich wcielono ze Śląska i z Pomorza.

Komentarze (9)

  1. Piotr Odpowiedz

    Podobne sytuacje działy się w moich okolicach (okolica Pruchnika). Tylko że partyzanci byli znani z rabowania miejscowej ludności (nie ważne, czy to samotna matka z 3 małych dzieci, czy nie), a nie z walki z Niemcami. Moja babcia nie raz widziała nad ranem przemarsz wojaków z obładowanymi dobytkiem wozami i pędzoną za nimi trzodą.

    • maciejmakro Odpowiedz

      Partyzanci mieli swoje tabory stąt taki przemarsz.
      Reszta to tylko twoje brednie.

      Owszem rabunki były, ale to nie partyzanci lecz zwykli bandyci którzy gdy wpadli w ręce partyzantów byli rozstrzeliwani.

      • Piotr Odpowiedz

        To dlatego w każdej książce o regionie mówi się, że to żołnierze AK? Chciałbym zauważyć, że nie wszystko co się teraz powie, że tak było, jest prawdą. No ale widzę, że historia jednak jest czarno biała :P

      • sss Odpowiedz

        Wierzę, że lubisz historię czarno – białą, ale niestety nasze chęci by tak było nie zmieniają prawdy. Poczytaj sobie wspomnienia partyzantów (różnych ugrupowań), to sam zobaczysz, że różnie z uczciwością partyzantów bywało. Ze wspomnień moich dziadków też jasno wynika, że oddziały były różne – w zależności kto dowodził i dotyczy to zarówno AK jak i AL, czy NSZ.

        • julek

          Ależ oczywiście,to sympatie i antypatie dowódców poszczególnych formacji decydowały o miejscach pozyskiwania zaopatrzenia.”Swoje” wsie pooszczędzamy,pójdziemy do ….,bo np. są za mało patriotyczni…cooo,nie chcą dać kromki chleba dla polskiego żołnierza ? to weżmiemy wieprzka ! Do dworu,do księdza…bo to krwiopijcy…Wieś polska była jak wielka szachownica,z kilkoma różnobarwnymi graczami… tylko żołądki były jednakowe.;)

    • Marek Odpowiedz

      Tak zmanipulowanego artykułu to nawet na ciekawostkach ciężko znaleźć. Zaczynając od samego tytułu, którego sformułowanie ma na celu błędne zasugerowanie, że partyzanci rzekomo mieli rabować polską ludność cywilną, a na samym sposobie prezentowania faktów kończąc. Ktoś stara się spotwarzyć polską historię.

  2. Adam Young Odpowiedz

    Partyzanci z AL ? Raczej bandyci i złodzieje , którzy rabowali wsie i napadali na ludność cywilną. Armia Krajowa i sądy podziemne musiały dbać o bezpieczeństwo społeczeństwa , bo dość , że Niemcy rabowali i mordowali to dodatkowo jednostki wojskowe składające na z Ukraińców w mundurach SS no i oczywiście bandy tzw. RONA i ROA czyli upraszczając własowcy czyli żołnierze rosyjscy walczący za swojego furera pod wodzą Bohatera Związku Radzieckiego , odznaczonego również orderem czerwonego Sztandaru – gen. Własowa. Który najpierw kochał tow. Stalina a później pokochał tow. Hitlera. Obydwaj spod znaku tej samej czerwonej szmaty. Cała ta banda meneli, złodziei ,morderców i rzezimieszków została uzupełniona oddziałami maruderów miejscowy ( z kryminalną przedwojenną kartoteką ) + element żydokumny , który nazwał się AL. Byli armią ,ale armią morderców a powojnie stanowili główny aparat przemocy o nazwie UB i KBW.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.