Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Street food w przedwojennej Polsce

Przedwojenna restauracyjka na wolnym powietrzu. Nigdy nie było do końca wiadomo, co się w niej dostanie do zjedzenia...

fot.domena publiczna/kol. RK Przedwojenna restauracyjka na wolnym powietrzu. Nigdy nie było do końca wiadomo, co się w niej dostanie do zjedzenia…

Maleńkie straganiki z kanapkami, wózek z którego można kupić gorącą zupę, food truck z obłędnie pachnącymi kiełbaskami? Nie, to nie modny festiwal kulinarny, a codzienność przedwojennych polskich ulic. Jeśli naszych pradziadków dopadł na mieście mały głód, mieli w czym wybierać!

W przedwojennej Polsce działała ogromna ilość knajp, od najgorszych mordowni, gdzie noga lepiła się do zarośniętej brudem posadzki, do najelegantszych lokali, z posrebrzanymi sztućcami i kryształowymi żyrandolami. Nasi pradziadkowie nie pozwalali jednak, by ograniczały ich cztery ściany budynków.

Wystarczyło mieć parę desek, dwa koziołki i prymusówkę i już można było zakładać własny biznes żywieniowy na jarmarku czy targowisku. Krzywy stół i prowizoryczne ławki pozwalały usadzić ewentualnych gości, a prosta kuchenka denaturatowa umożliwiała odgrzanie wcześniej przyszykowanych potraw lub zagotowanie wody na herbatę bądź kawę. Więcej naprawdę nie było trzeba.

Szalenie modny dzisiaj street food, z całym mnóstwem mobilnych restauracji pod chmurką serwujących kuchnię z różnych zakątków świata, nie jest nowym wynalazkiem. Choć przed wojną nie można się było wybrać na zlot food trucków na parkingu centrum handlowego, funkcjonowało całe mnóstwo ulicznych jadłodajni. Rozwój technologiczny zdecydowanie ułatwił przedsiębiorczym „restauratorom” zadanie. I chociaż osoby dobrze sytuowane spoglądały na takie knajpki ze wzgardą, biedniejsi i zapracowani witali je z entuzjazmem.

Lotne knajpki dla każdego

Ruchome restauracje nie miały szyldów, siedziby, kierownika sali ani kelnerów, jednak przyciągały rzesze wygłodniałych klientów. Prowadziły je zwykle niezamożne kobiety, które miały odrobinę zmysłu biznesowego.

Stragany na jarmarku z okazji Dni Krakowa 1938. Widoczne między innymi stoisko ze szprycerem w kształcie beczki. W współczesnym Krakowie na rynku z podobnej beczki można kupić grzane wino. Jak widać niewiele się zmieniło w tej kwestii.

Stragany na jarmarku z okazji Dni Krakowa 1938. Widoczne między innymi stoisko ze szprycerem w kształcie beczki. W współczesnym Krakowie na rynku z podobnej beczki można kupić grzane wino. Jak widać niewiele się zmieniło w tej kwestii.

W najprostszym wydaniu do otwarcia „lokalu” potrzebny był kosz wyłożony słomą i gałganami, do którego wkładało się parujące sagany z jedzeniem, porządna warzęcha, byle jaka „zastawa stołowa” i już można było zarabiać. Skrawki materiału miały utrzymywać odpowiednią temperaturę potraw, a misek, talerzy i drewnianych łyżek zwykle nie trzeba było nawet myć, bo klienci z głodu opróżniali je dokładnie i wylizywali do czysta.

Jak wyglądało takie „street foodowe” stoisko? Daleko mu było do hipsterskich straganów na modnych współcześnie kulinarnych festiwalach. Opcje były dwie – baba albo rozsiadała się na stołku i obstawiała w koło garnkami z jedzeniem, do których sięgała po koleje porcje, albo rozstawiała naczynia na wózku lub prowizorycznym stoliku.

Czy wiesz, że ...

...jednym ze sposobów na przeżycie w gułagu było samookaleczanie? W ten sposób można było uniknąć pracy ponad siły. Można było symulować chorobę przez wsypywanie do oczu pyłku z ołówka albo wstrzykiwanie ropy naftowej pod skórę, a pewna kobieta przebiła sobie palec u nogi na wylot wielkim gwoździem.

...w lipcu 1918 roku bolszewicy stracili nie tylko najbliższą rodzinę cara Mikołaja II? W nieczynnej kopalni pod Ałapajewskiem kolejnej nocy zostało zatłuczonych na śmierć pięciu krewnych władcy oraz wdowa po jego stryju.

...słynny gangsterski duet Bonnie & Clyde miał na swoim koncie aż czternaście zabójstw? Owiana miłosną legendą para wcale nie była tak niewinna, jak pokazują hollywoodzkie produkcje...

Komentarze (4)

    • Członek redakcji | Anna Dziadzio Odpowiedz

      @Jarek: Publicysta „Ostatnich Wiadomości” jednoznacznie stwierdził, że Kotlarski „po chwili zrozumiał, że jest to zaczepka miłosna”. Czyli chyba jednak głodne nie były. Chociaż kto wie – może udawały, by najeść się serdelków? W każdym razie jedno jest pewne: same serdelki musiały być dobre ;)

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.