Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Naukowcy-masochiści. Geniusze, którzy śmiertelnie niebezpieczne eksperymenty przeprowadzali… na samych sobie!

Niektórzy, tak jak przedstawieni na ilustracji Maria Skłodowska-Curie i Piotr Curie, dla nauki są gotowi poświęcić nie tylko czas i pieniądze, ale także własne zdrowie (źródło: domena publiczna).Szpikulec wbity w oko, wielokrotne transfuzje krwi, skóra poparzona aż do mięsa… Wybitni naukowcy zrobią wszystko, by dowiedzieć się czegoś nowego. Bo kto mówił, że bycie uczonym to bezpieczna kariera?

Kiedy w 2005 roku Kevin Warren i Barry Marshall otrzymali Nagrodę Nobla, emocje wzbudzały nie tylko wyniki ich pracy przy opisywaniu działania bakterii Helicobacter pylori, ale także sposób, w jaki do nich doszli. By udowodnić, że bakteria ta jest odpowiedzialna za stany zapalne i chorobę wrzodową żołądka, Marshall… wypił zawiesinę, w której się znajdowała. Swój szczególny „posiłek” ciężko odchorował, ale opłaciło się.

Obecnie takie eksperymenty należą wśród naukowców do rzadkości. Nie zawsze tak było. Jeszcze do niedawna testowanie na sobie działania leków czy nowych substancji wydawało się uczonym czymś całkowicie naturalnym. Choć z różnych powodów, robili to wszyscy – od Newtona, przez małżeństwo Curie, aż do legendy hippisów z lat 60., Timothy’ego Leary’ego.

W pogoni za nieśmiertelnością

Na raczkującą w XVII wieku chemię patrzono z początku podejrzliwie, jako na dziedzinę niebezpiecznie bliską dość powszechnie już wtedy pogardzanej alchemii. Metoda eksperymentalna i praca w laboratoriach, zastępująca rozmyślania i skomplikowane obliczenia, wydawała się uczonym niepoważna. Nie uświadamiano sobie też jeszcze w pełni związku chemii z medycyną.

Robert Boyle zainteresował się chemią, szukając... nowych lekarstw, które chętnie testował na sobie i swoich znajomych. Podobno bardziej sobie tym szkodził, niż pomagał, choć na portrecie Johanna Kersebooma wygląda jeszcze całkiem zdrowo (źródło: domena publiczna).

Robert Boyle zainteresował się chemią, szukając… nowych lekarstw, które chętnie testował na sobie i swoich znajomych. Podobno bardziej sobie tym szkodził, niż pomagał, choć na portrecie Johanna Kersebooma wygląda jeszcze całkiem zdrowo (źródło: domena publiczna).

Ta kiepska reputacja nowej nauki utrzymałaby się może dłużej, gdyby nie hipochondria Roberta Boyle’a (1627-1691), irlandzkiego fizyka i chemika. Przyczynił się on do budowania prestiżu chymiatrii, czyli chemii lekarskiej… między innymi testując na sobie nowe lekarstwa. Jego biografka, Marie Boas, twierdzi nawet, że to właśnie nadmierna troska o własne zdrowie skierowała jego zainteresowania w tę stronę.

Boyle, wiecznie skarżący się na różne dolegliwości, czy to gorączkę, czy „słabość oczu”, entuzjastycznie przepisywał podejrzane leki sobie i innym. Paradoksalnie, fakt, że mimo tych zabiegów nieźle się trzymał, pokazuje, jak dobrego był zdrowia. Niektórzy koledzy wykpiwali go zresztą bezlitośnie, twierdząc, że osłabiają go głównie własne cudowne mikstury.

W poszukiwaniu sposobu na wieczną młodość najdalej zaszedł jednak Aleksandr Bogdanow (1873-1928), rosyjski lekarz, pisarz science fiction i działacz komunistyczny. Nadzieję pokładał w transfuzjach krwi, które aplikował obficie sobie i innym. W jego eksperymentach brała udział między innymi siostra Lenina, Maria Uljanowa.

Książka powstała między innymi w oparciu o biografię Marii Skłodowskiej-Curie pióra Laurenta Lemire'a, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Świat Książki.

Książka powstała między innymi w oparciu o biografię Marii Skłodowskiej-Curie pióra Laurenta Lemire’a, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Świat Książki.

Sam Bogdanow przeszedł w latach 1924-1928 aż 12 zabiegów, utrzymując, że dzięki kolejnym transfuzjom udało mu się powstrzymać łysienie, a nawet poprawił mu się wzrok. Niestety! Ostatnia próba odmłodzenia skończyła się tragicznie – naukowiec zmarł po wymianie krwi z 28-letnim studentem cierpiącym na gruźlicę.

Bezdroża ciekawości

Wiele wskazuje na to, że kolegą po fachu Boyle’a w (al)chemicznych poszukiwaniach eliksiru życia mógł być także inny genialny hipochondryk: Isaac Newton (1642/1643-1727). Twórca zasad dynamiki na pewno dociekliwie czytał co bardziej ezoteryczne pisma irlandzkiego eksperymentatora. Są to jedne z niewielu cudzych prac, które publicznie komentował.

Newton wyniósł jednak masochistyczne testy na zupełnie inny poziom, i to tylko dla… zaspokojenia własnej ciekawości. A może miało w tym także udział jego ponure i depresyjne usposobienie? Grunt, że pewnego dnia, chcąc „zrozumieć naturę światła”, Newton sięgnął po spory szpikulec i… wetknął go sobie między oko a kość czaszki, tak blisko wrażliwego organu, jak tylko się dało.

Isaac Newton, by zaspokoić swoją ciekawość, był gotowy poświęcić nawet własne oko (źródło: domena publiczna).

Isaac Newton, by zaspokoić swoją ciekawość, był gotowy poświęcić nawet własne oko (źródło: domena publiczna).

Newtona interesowały efekty wizualne, jakie wywoła ucisk o stałym i zmiennym natężeniu. Takie słowa, opisujące drastyczny eksperyment, przypisuje mu w fabularyzowanej biografii Philip Kerr:

Kiedy naciskałem końcem szpikulca na oko (…) jawiły mi się liczne białe, ciemne i kolorowe kółka. Kółka te były najwyraźniejsze, kiedy kontynuowałem pocieranie oka ostrzem szpikulca, ale kiedy nie ruszałem ani okiem, ani szpikulcem, mimo ciągłego ucisku kółka zaczynały blaknąć, a nawet znikały; aż do momentu, gdy wznawiałem ruch, czy to oka, czy szpikulca.

Wybitny fizyk miał sporo szczęścia, wychodząc cało z tego doświadczenia. Fortuna nieco mniej sprzyjała natomiast żyjącemu prawie dwieście lat później Francisowi Galtonowi (1822-1911). Twórca eugeniki i kuzyn Karola Darwina jeszcze jako początkujący lekarz tak bardzo wciągnął się w swoją pracę, że postanowił przetestować na sobie wszystkie leki z kodeksu aptecznego, idąc w porządku alfabetycznym.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.