Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony. Ciekawostki, odkrycia, kontrowersje, czyli „jak to naprawdę było” w formie przystępnej dla każdego.

Dwudziestolecie międzywojenne. Epoka, która zabiła narzeczeństwo

Ona, on i dzik (źródło: domena publiczna).Bądź względem dziewcząt eleganckim. Ofiaruj raczej droższą broszkę z brylantami, niż tani pierścionek zaręczynowy – doradzał w 1924 roku publicysta „Nowego Dekameronu”. W teorii to był tylko dowcip. W praktyce: zasada, którą wyznawało całe młode pokolenie.

W XIX wieku z narzeczeństwem nie było żartów. Instytucja ta miała nie mniejsze znaczenie niż samo małżeństwo – i często niewiele krócej trwała. W środowiskach inteligenckich i ziemiańskich obowiązkowy okres przygotowawczy obwarowano dziesiątkami zasad.

Pan młody musiał udowodnić, że jest bezsprzecznie gotowy do poświęcenia. Wymagano, by posiadał wykształcenie, zawód, pieniądze, by miał za sobą służbę wojskową, a w mieszkaniu postawił fortepian dla przyszłej żony. Nikogo nie dziwiły narzeczeństwa trwające kilka, a nawet kilkanaście lat. Cały ten czas z jedną tylko rozrywką: rozmową.

Sztywny gorset obyczajów

Postępowy publicysta Tadeusz Boy-Żeleński doskonale pamiętał te obyczaje z lat własnej młodości, spędzonej w Krakowie czasów Franciszka Józefa. Jako sześćdziesięciolatek pisał o nich bez krztyny nostalgii.

Narzeczeni na chwilę prywatności mogli liczyć tylko w rzadkich chwilach, kiedy opiekunowie cnoty młodych stracili czujność. William Holman Hunt, "Przebudzone sumienie", 1853 (źródło: domena publiczna).

Narzeczeni na chwilę prywatności mogli liczyć tylko w rzadkich chwilach, kiedy opiekunowie cnoty młodych stracili czujność. William Holman Hunt, „Przebudzone sumienie”, 1853 (źródło: domena publiczna).

„Dziś młodzi idą razem do kina, do dancingu, do kawiarni. Wówczas tego wszystkiego nie było, mogli się tłamsić tylko w domu, gdy matka drzemała w drugim pokoju” – czytamy w zbiorze felietonów zatytułowanym Zmysły… zmysły…

Co ważne, zawsze był to ten sam dom i ten sam pokój. Nawet w najbardziej wyzwolonych środowiskach nie do pomyślenia było, aby niezamężna kobieta wyszła sama na miasto. A co dopiero – poszła w odwiedziny do kawalera.

„Ach inne to były kobiety wasze siostry (raczej ciotki) sprzed pół wieku” – wspominał Boy-Żeleński w książce Pijane dziecko we mgle. – „Z taką kobietą mieć schadzkę to tak, jakby jechać karawanem do Wilanowa. Gdzie ją zobaczyć, gdzie z nią się namawiać? Muzeum? Kobieta, któraby poszła w Krakowie do Muzeum Narodowego (nie mówiąc już o domu Matejki) byłaby zgubiona w opinii [otoczenia], to byłoby zbyt niedwuznaczne”.

Artykuł powstał w oparciu o książkę Kamila Janickiego pt. „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”. Pozycja ta jest pierwszą publikacją książkową pod marką „Ciekawostek historycznych”.

Artykuł powstał w oparciu o książkę Kamila Janickiego pt. „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”. Jest to pierwsza publikacją książkowa pod marką „Ciekawostek historycznych”. Jako nasz czytelnik możesz kupić ją teraz aż 30% taniej!

Na zaproszenie młodej damy do siebie mogli sobie pozwolić wyłącznie krezusi, a i to – pod odpowiednią przykrywką. Każdy, kogo było stać, uprawiał w tej epoce kolekcjonerstwo. „Nie mogła kobieta przyjść do mężczyzny tak wprost. Musiała przyjść coś obejrzeć, starą porcelanę, japońszczyznę, słowem jakiegoś Rafaela” – tłumaczył Boy.

Czystość przedmałżeńska tylko dla dziewcząt

Nawet wtedy jednak na rozmowie i podziwianiu eksponatów sprawa się kończyła. Jakiekolwiek pieszczoty, o seksie nie mówiąc, były z góry wykluczone. Zbyt wielki strach przesiąkał każde XIX-wieczne narzeczeństwo. Po pierwsze, młodzi bali się ciąży. Epoka wiktoriańska nie znała żadnych skutecznych metod antykoncepcji. Dostępne były kuriozalne kondomy z rybich pęcherzy, ludowe zaklęcia lub… modlitwa.

Odwiedzanie domów publicznych było obowiązkiem młodego narzeczonego. Młodzieniec w zamtuzach miał zdobywać doświadczenie, które następnie przekazywał żonie (źródło: domena publiczna).

Odwiedzanie domów publicznych było obowiązkiem młodego narzeczonego. Młodzieniec w zamtuzach miał zdobywać doświadczenie, które następnie przekazywał żonie (źródło: domena publiczna).

I dziewczęta doskonale wiedziały, że żadnego z tych środków nie można nazwać skutecznym. Niemal równie wielki był strach przed kiłą. W XIX wieku na syfilis cierpiała nawet ponad połowa mężczyzn – i nie było na niego żadnego lekarstwa. Wreszcie panowała też trwoga przed… złamaniem zasad. I to też nie była sprawa trywialna.

Narzeczeństwa obowiązywała bezapelacyjna czystość. Zgodnie z powszechnie przyjętymi normami mężczyźnie nie wolno było „skalać” wybranki swego serca. Z chwilą, kiedy ta by mu się oddała, przestałaby być go „godną”. Konsekwencje takiego aktu ponosiły tylko i wyłącznie kobiety.

„Nie podlega najmniejszej wątpliwości, że kobieta, która miała kochanka, nie ma prawa wyjść za uczciwego mężczyznę” – pisała w 1904 roku feministka Iza Moszczeńska. Na dobrą sprawę nie miała prawa wyjść nawet… za tego mężczyznę, który był jej kochankiem.

Seks sprowadzał ją do roli prostytutki. Dla mężczyzny natomiast był sprawą codzienną i trywialną. Oczekiwano, że kobiety będą trwały w czystości aż do nocy poślubnej, ale panowie mieli wręcz obowiązek odwiedzać domy publiczne i zdobywać doświadczenie „dla przekazania go przyszłej małżonce”.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze

  1. Maciej Odpowiedz

    niemniej jednak jakoś sobie radzili, czyli mamy kolejnego gniota pseudohistorycznego a nie ciekawostkę.
    poza tym Boy jako kronikarz jest równie wiarygodny co Lis jako publicysta.

Dodaj komentarz