Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony. Ciekawostki, odkrycia, kontrowersje, czyli „jak to naprawdę było” w formie przystępnej dla każdego.

Baranek ze swastyką. Jak wyglądała Wielkanoc w okupowanej Polsce?

Dwie dziewczynki z koszyczkami ze święconką (1937). W czasie okupacji tak obficie wypełnione koszyczki należały do rzadkości (źródło: domena publiczna; koloryzacja: Rafał Kuzak).Czy wyobrażacie sobie Wielkanoc bez jajek, żurku i cukrowego baranka? To jeszcze nic. Wiele rodzin zasiadało do uroczystego śniadania bez najbliższych, którzy zginęli z rąk Niemców. W dodatku za kupiony na czarnym rynku na świąteczny stół kawałek mięsa groziła im śmierć. I jak tu życzyć sobie „Wesołego Alleluja”?

„Pamiętam osobliwe święconki w Wielką Sobotę. Zamożne gospodynie ustawiały odkryte kosze dwoma rzędami wzdłuż kościoła, środkiem szedł ksiądz i je święcił, a za nim podążali głodni, umorusani chłopcy, dzieci niczyje, wojenne sieroty i zapamiętywali, gdzie jest najwięcej jajek i wędlin” – wspominała Kazimiera Toniak z Hrubieszowa.

Przyszła pamiętnikarka we wrześniu 1939 roku była zaledwie pięcioletnią dziewczynką. Niewiele rozumiała na temat wojny i niemieckiego bestialstwa, ale nierówności w okupacyjnym społeczeństwie były dla niej sprawą zupełnie oczywistą. Dalej opowiadała:

Potem kobiety stawiały swoje kosze przed bocznym ołtarzem św. Antoniego, a same szły pomodlić się do grobu Chrystusa. Chłopcy w tym czasie porywali najcięższe kosze, uciekali z nimi w krzaki nad rzekę i tam wyprawiali sobie Wielkanoc. Ile było krzyku i zamieszania, kiedy właścicielki koszy nie mogły uwierzyć, iż ktoś mógł je ukraść z kościoła. Gdyby zobaczyły tych 10–12 letnich obdartych chłopców, pewnie by im wybaczyły. Tak jak święty Antoni, co koszy nie upilnował…

Okolicznościowe wielkanocne grafiki wydrukowane w "Nowym Kurierze Warszawskim".

Okolicznościowe wielkanocne grafiki wydrukowane w „Nowym Kurierze Warszawskim”.

Wśród kobiet, które małej Kazimierze wydawały się „zamożnymi gospodyniami”, pewnie nie brakowało żon szmuglerów, zaradnych volksdeutschów i szmalcowników. Były tam jednak również zwykłe Polki, których życie w żadnym razie nie rozpieszczało. Borykały się na co dzień z głodem i biedą.

Z uwagi na własne dzieci lub na głębokie pragnienie normalności ten jeden raz sięgały po zaskórniaki lub zapożyczały się, byle mieć prawdziwą Wielkanoc. Utrata świątecznego koszyczka była dla nich prawdziwą tragedią – i przekreślała często wielotygodniowe przygotowania.

Dekoracje DIY

W ramach tych ostatnich, należało po pierwsze zadbać o piękne przystrojenie wielkanocnego stołu. Miało to nawet większe znaczenie niż przed wojną.

Dowiedz się więcej o tym, jak nasze babcie wygrały drugą wojnę światową sięgając po książkę "Okupacja od kuchni"

Dowiedz się więcej o tym, jak nasze babcie wygrały drugą wojnę światową sięgając po książkę „Okupacja od kuchni”

Z powodu drożyzny i sklepowych niedoborów nie sposób było wywołać świątecznego nastroju samymi potrawami. W jaki sposób panie domu dekorowały stół? „Nowy Kurier Warszawski” słowami swojej publicystki podpowiadał:

Niewielu stać na kupno efektownych, ale drogich kwiatów. Dlatego też najlepiej jest wybrać się którejś niedzieli na dalszy spacer i wyciąć parę gałązek wierzbiny. Po przyniesieniu do domu wsadzimy je do słoja, czy wazonu z wodą, a wkrótce puszczą ładne pędy dając miłą zieleń na święta.

Oprócz wierzby gadzinówka polecała także misterne konstrukcje z rzeżuchy. Ta drobna zielona roślinka w umiejętnych dłoniach i przy odrobinie inwencji mogła się zmienić w piękną dekorację. Wystarczyło namoczyć dobrze ziarenka i posiać ją odpowiednio wcześnie, używając specjalnego „stelażu”.

Grafika przedstawiająca Śmigus-Dyngus, wydrukowana z okazji Wielkanocy w gadzinówce "Nowy Kurier Warszawski" .

Grafika przedstawiająca Śmigus-Dyngus, wydrukowana z okazji Wielkanocy w gadzinówce „Nowy Kurier Warszawski” .

Mogła nim się stać odwrócona doniczka obłożona mokrą szmatką, ładny wazon lub inne podobne naczynie. Po wysianiu rzeżuchy należało odstawić ją na dwa tygodnie w ciepłe miejsce. Po tym czasie dekoracja stołowa była gotowa i w dodatku mogła służyć za dodatek do sałatek i sosów.

Uratować rodzinny budżet

Przed samymi świętami zaczynał się wzmożony ruch w handlu. W cukierniach pojawiały się wypieki z napisem „Wesołego Alleluja”, a na sklepowych wystawach pyszniły się wielkanocne kurczaczki z żółtego lukru, czekoladowe zajączki i piękne okolicznościowe pocztówki. Przygotowywanie i sprzedawanie świątecznych wypieków dla wielu zaradnych gospodyń było sposobem na podreperowanie domowego budżetu.

Warszawianka Hanna Kramar-Mintkiewicz wspominała, że jej mama piekła ciasta, a ona „pomagała przy roznoszeniu, przed świętami zwłaszcza, jakichś mazurków”. Na to wszystko trzeba jednak było mieć pieniądze. Prawdziwe rarytasy, gwarantujące Wielkanoc w przedwojennym stylu, były zresztą dostępne wyłącznie na czarnym rynku.

Kto chciał mieć święta z tradycyjnymi daniami, musiał słono zapłacić. Większość Polek była zdana głównie na swoją zaradność. Gdyby w pełni oddały swój los w ręce pokątnych handlarzy, jednymi świętami doprowadziłyby swoje rodziny do bankructwa.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.