Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Rewolwer, sztylet i trucizna. Rozwody po polsku

Zabójca wiarołomenej żony w międzywojennej Polsce nie musiał obawiać się społecznego ostracyzmu.W przedwojennej Polsce wzięcie legalnego rozwodu graniczyło z cudem. Wielu małżonków nie chciało czekać na wyrok sądu ani płacić bajońskich sum za kościelne unieważnienie ślubu. Węzeł małżeński przecinali szybko i skutecznie – strzałem z rewolweru albo pchnięciem noża.

Prasa bez przerwy donosiła o takich sprawach. Najczęstszy motyw? Rzecz jasna zdrada. 4 maja 1932 roku „Nowiny Codzienne” napisały o zbrodni, do której doszło dzień wcześniej na warszawskiej ulicy Leszno. Około południa z bramy domu o numerze 59 wyszła para: mężczyzna po czterdziestce i dwudziestoparoletnia kobieta. Żywo dyskutując ruszyli w kierunku ulicy Żelaznej. Nagle:

jakiś mężczyzna, stojący na chodniku koło jezdni, dobywszy błyskawicznym ruchem olbrzymi nóż kuchenny z kieszeni palta, rzucił się na idących i zadał kobiecie silny cios w kark. Ranna upadła na chodnik, nie wydawszy nawet jęku.

O zbrodni dokonanej przez Wacława Tomaszewskiego warszawskie "Nowiny Codzienne" donosiły już na pierwszej stronie.

O zbrodni dokonanej przez Wacława Tomaszewskiego warszawskie „Nowiny Codzienne” donosiły już na pierwszej stronie.

Zakochany nożownik

Na ulicy zapanował popłoch. Ludzie uciekali, krzyczeli, panicznie wzywali policję. Sprawca tymczasem znieruchomiał nad bezwładnym ciałem konającej kobiety. Kiedy w końcu się ocknął, zawołał: Możecie nie wołać policji, sam pójdę do komisariatu! Funkcjonariusze byli jednak szybsi i już po paru minutach aresztowali nożownika. Okazał się nim 31-letni Wacław Tomaszewski. Dyżurnemu przodownikowi policji zeznał:

Niedawno ukazała się moja nowa książka, poświęcona najgorszym kobietom przedwojennej Polski: „Upadłe damy II Rzeczpospolitej”. Jeśli artykuł Was zainteresował, zapraszam po więcej!

Niedawno ukazała się moja nowa książka, poświęcona najgorszym kobietom przedwojennej Polski: „Upadłe damy II Rzeczpospolitej”. Jeśli artykuł Was zainteresował, zapraszam po więcej!

Zabiłem swoją żonę, bo w styczniu uciekła ode mnie mimo, że mamy 3-letnią córeczkę i zaczęła romansować z innym. Nóż kupiłem wczoraj, gdyż chciałem ją zabić za to, że mnie zdradza.

Co znamienne, gazeta wcale nie napiętnowała zabójcy. Można wręcz odnieść wrażenie, że uznała morderstwo za uzasadnione. Dziennikarze podkreślili, że żona – 24-letnia Janina – rzeczywiście opuściła przed czterema miesiącami męża i zawarła związek z reemigrantem ze Stanów Zjednoczonych, który również jest wiarołomcą. Mąż tylko bronił swoich małżeńskich praw…

Mąż spalony w piecu

Oczywiście nie zawsze zabójcą był ten, kogo zdradzano. Często to zdradzająca strona związku pragnęła pozbyć się niewygodnego małżonka. Tak właśnie rzecz wyglądała w Orłowie pod Kutnem, gdzie mieszkał ze swoją żoną i dwójką dzieci ogrodnik Władysław Pawełkiewicz. Żona tegoż Pawełkiewicza wdała się w romans z pewnym gorzelanym, który pomimo podeszłego wieku był obdarzony nielada temperamentem.

Sprawa jest o tyle zaskakująca, że gorzelany – Leopold Hejmanowski – przyznał się do wszystkiego Pawełkiewiczowi, a nawet przekonał go do wyprowadzki i przyjęcia posady gajowego w innej miejscowości. Widać ogrodnik (człowiek spokojny i stateczny) spisał już na straty swoje pożycie małżeńskie. Tym trudniej zrozumieć to, co zdarzyło się w noc sylwestrową na początku lat 20.

Być może w podobnym piecu zostały spalone zwłoki nieszczęsnego Władysława Pawełkiewicza (fot. Beentree; lic. Creative Commons 3.0).

Być może w podobnym piecu zostały spalone zwłoki nieszczęsnego Władysława Pawełkiewicza (fot. Beentree; lic. Creative Commons 3.0).

Pawełkiewicz zniknął jak kamfora po libacji urządzonej przez Hejmanowskiego. Nie było żadnych śladów zbrodni, więc policja nawet nie podjęła śledztwa. Bo może po prostu mężczyzna wyjechał bez śladu? Może zapomniał o żonie i dzieciach, ułożył sobie życie gdzieś indziej?

W końcu jednak, po bez mała sześciu latach, Hejmanowski wygadał się ze wszystkiego przy kieliszku wódki. Jak pisały „Nowiny Codzienne”:

Zwierzył się [pewnemu] robotnikowi ze swego stosunku z Pawełkiewiczową. Powiedział, że kochanka zastrzeliła w jego mieszkaniu swego męża, a on wyniósł zwłoki do kotłowni i tam spalił je w piecu.

Język rozwiązał się Hejmanowskiemu nie bez powodu: Pawełkiewiczowa właśnie z nim zerwała i mężczyzna obawiał się czy czasem nie doniesie na niego na policję. Prosił wspomnianego robotnika – Kazimierza Garstkę – by w razie potrzeby zapewnił mu alibi. Najwidoczniej źle jednak wybrał obiekt zwierzeń, bo Garstka pobiegł ze zdobytymi informacjami prosto na policję.

Hejmanowski i Pawełkieczowa natychmiast trafili do aresztu. Podczas przesłuchań gorzelany zrzucił całą winę na kochankę. Kochanka natomiast obarczyła odpowiedzialnością jego i utrzymywała, że ze swojej strony tylko dopomogła spalić zwłoki w kotłowni.

Sąd uznał ją za bardziej wiarygodną: Hejmanowskiego skazał na dożywotnie więzienie za morderstwo, a Pawełkiewiczowej wlepił tylko rok za ukrywanie zwłok. Wyrok zresztą się nie utrzymał. Wędrował po kolejnych instancjach, aż w końcu Sąd Najwyższy go uchylił. „Nie ma ciała, nie ma zbrodni” – zdecydowali członkowie najwyższego trybunału.

Oskarżenie po dziesięciu latach

Mniej komplikacji zrodziła zbrodnia, do której doszło w Inowrocławiu. W 1931 roku tamtejszy sąd rozpatrzył sprawę przeciwko Weronice Tarkowskiej i jej kochankowi Władysławowi Olejniczakowi, oskarżonym o zamordowanie męża Weroniki, Józefa Tarkowskiego. „Tajny Detektyw” relacjonował dość typową sprawę w numerze z 26 kwietnia:

Czynu tego dokonał Olejniczak za namową Weroniki Tarkowskiej, która już dawno dążyła do usunięcia ze swej drogi niewygodnego jej męża. Olejniczak ukrył się pod łóżkiem Tarkowskiego i gdy ten usnął, wyszedłszy z ukrycia, udusił go powrozem. Dostarczyła mu go Weronika, która ponadto czynnie współdziałała przy morderstwie. Sąd po przeprowadzeniu rozprawy przyjął winę obu oskarżonych.

Zwykły wypadek czy... rozwód?

Zwykły wypadek czy… rozwód?

Istna czarna wdowa z tej Tarkowskiej. Podobnych w Polsce nie brakowało, choć niektóre znacznie lepiej się maskowały. Głośna sprawa wyszła na jaw pod Trzeboniem (Wielkopolska) w 1936 roku. Na policję zgłosiła się niejaka Kowalska, by donieść, że przed dziesięciu laty jej mąż zamordował swoją pierwszą żonę. Według „Dziennika Porannego” sprawa miała się następująco: Franciszek Kowalski wdał się w romans z siostrą niejakiego Maślankowskiego.

Wiedząc, że o formalny rozwód będzie bardzo trudno, postanowił pozbyć się własnej chorej żony. Udusił niczego niespodziewającą się kobiecinę, a następnie z pomocą swojej kochanki i jej brata wyniósł zwłoki nad rzekę. Tam ułożył trupa w sposób, który uniemożliwił ustalenie przyczyny śmierci (z głową zanurzoną w wodzie; komisja lekarska nie była w stanie stwierdzić czy doszło do zabójstwa czy samobójstwa.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.