Damy - empik

Ciężkie życie ambasadora. Amerykański survival w ogarniętej wojną Moskwie

Autor: | 28 sierpnia 2013 | 5,510 odsłon

Admirał William H. Standley (z prawej) w trakcie zwiedzania Wystawy Światowej w Nowym Jorku (1940 r.). Wygląda na zadowolonego z życia. Wtedy jeszcze nie wiedział, co będzie go czekać w Moskwie.Zdawać by się mogło, że funkcja ambasadora USA, to wymarzona praca każdego dyplomaty. Cały ten prestiż, wysokie zarobki, standard życia! No chyba, że akurat mamy 1942 r. i zostało się akredytowanym w Związku Radzieckim…

Na własnej skórze przekonał się o tym emerytowany admirał William Harrison Standley, którego w lutym 1942 r. Franklin D. Roosevelt mianował swoim przedstawicielem w ZSRR. W nowej pracy Standleyowi przyszło zmierzyć się z nieoczekiwanymi przeszkodami natury nie tylko politycznej, ale i… aprowizacyjnej.

Chcesz węgla? Załaduj sobie sam

Chociaż trudno w to dzisiaj uwierzyć, ambasada kraju, który finansował wysiłek zbrojny Sprzymierzonych w wojnie z państwami Osi, musiała na każdym kroku walczyć o produkty pierwszej potrzeby. Najcięższy okres pod tym względem nastał na przełomie 1942 i 1943 r. Jak pisze w swej najnowszej książce „Niedobrani sojusznicy. Ambasadorzy Roosevelta w ZSRR” prof. Bogdan Grzeloński :

Rygorystycznie rozdzielano węgiel, olej opałowy dla zakładów przemysłowych, ale i dla  korpusu. Ambasada musiała długo naciskać na specjalną instytucję do spraw obsługi  korpusu dyplomatycznego i wyjaśniać, że pracownicy jej są przywykli do wysokiej  temperatury w pomieszczeniach.

Spaso House. Budynek amerykańskiej ambasady w Moskwie. W trakcie, gdy urzędował tam William Harrison Standley, placówka borykała się z ciągłymi problemami aprowizacyjnymi.

Spaso House. Budynek amerykańskiej ambasady w Moskwie. W trakcie, gdy urzędował tam William Harrison Standley, placówka borykała się z ciągłymi problemami aprowizacyjnymi.

W końcu, gdy Amerykanie otrzymali przydział oleju opałowego dla swej moskiewskiej ambasady, okazało się, że był on tak marnej jakości, że właściwie nie nadawał do ogrzewania pomieszczeń. Dlatego dyplomaci byli zmuszonym zabiegać ponownie o przydział paliwa, tym razem lepszego sortu. Podobnie wyglądała sprawa w przypadku węgla. Ambasada musiała sama załatwiać transport oraz ludzi do załadunku i rozładunku. W efekcie stanęło na tym, że ciężarówki trzeba było pożyczyć od administracji programu Lend-Lease, zaś do pracy przt przeładunku, na prośbę Standleya, zabrał się cały personel włącznie z kobietami.

Kawior, szampan… a może jedzenie z puszek?

Problemy dotyczyły także kwestii związanych z wyżywieniem pracowników ambasady. Radzieckie władze wprowadziły bowiem racjonowanie żywności nie tylko dla swoich obywateli, ale również i dla zagranicznego korpusu dyplomatycznego. W efekcie dyplomaci i pracownicy amerykańskiej ambasady nagle znaleźli się na przymusowej diecie. Oczywiście nie wszystkim się to spodobało. Jak pisze w swej książce prof. Bogdan Grzeloński:

Ilości poszczególnych produktów spożywczych określono szczegółowo w zależności od zajmowanego stanowiska służbowego. Przydział jajek na przykład wynosił od 5 do 10 sztuk na osobę miesięcznie, ale całkiem często brakowało ich w specjalnym sklepie dla korpusu.

Z kolei ceny na bazarach, gdzie radzieckie władze pozwalały rolnikom sprzedawać niewielkie nadwyżki produkowanej żywności, stały się wręcz nieprzyzwoicie wysokie. I to nawet, jeżeli brać pod uwagę wynagrodzenie amerykańskich dyplomatów, które wynosiło odpowiednio: ambasador 1410, radca 830, a II sekretarz 340 dolarów. Jak raportował do Waszyngtonu Standley jeden kilogram mięsa wołowego lub kury kosztował 7 dolarów, szynki od 8,5 do 10, a kilogram  kapusty czy marchwi od 75 centów do dolara, jabłek 2,25.

Podmoskiewska dacza ambasady Stanów Zjednoczonych. To właśnie w jej ogrodzie, w czasie trwania drugiej wojny światowej hodowano kury i uprawiano warzywa, aby wykarmić pracowników placówki oraz rozmaitych innych amerykańskich misji.

Podmoskiewska dacza ambasady Stanów Zjednoczonych. To właśnie w jej ogrodzie, w czasie trwania drugiej wojny światowej hodowano kury i uprawiano warzywa, aby wykarmić pracowników placówki oraz rozmaitych innych amerykańskich misji.

Co gorsza, mimo tak wygórowanych cen, produktów żywnościowych i tak prawie zawsze brakowało. Dlatego też ambasada w końcu zatrudniła intendenta, którego zadaniem było sprowadzenie ze Stanów jedzenia w puszkach oraz innych niezbędnych produktów. Tutaj pojawiał się jednakże kolejny niespodziewany problem. Sowieci dużą część dostaw uznawali za towary luksusowe i nakładali na nie wysokie cła. Doprowadzało to rzecz jasna do niekończącej się wymiany korespondencji między ambasadą a Ludowym Komisariatem Spraw Zagranicznych.

Artykuł powstał w oparciu o książkę profesora Bogdana Grzelońskiego pt. "Niedobrani sojusznicy" (PWN 2013).

Artykuł powstał w oparciu o książkę profesora Bogdana Grzelońskiego pt. „Niedobrani sojusznicy” (PWN 2013).

Ciągłe kłopoty z aprowizacją sprawiły, że ambasada hodowała kury, by mieć jajka, a w ogrodzie przy daczy znajdującej się poza miastem uprawiano warzywa i zieloną sałatę. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Jak wspominał później William H. Standley, dzięki tak pozyskanej żywności karmiono personel różnych amerykańskich misji i utrzymywano koszty w ramach limitów przydzielanych przez rząd. Przy okazji ironicznie stwierdzał, iż jestem pewny, że to chroniło nas przed całkowitą anemią.

Dopiero wraz z sukcesami Armii Czerwonej na froncie problemy aprowizacyjne zaczęły maleć. William H. Standley już jednak tego nie doczekał. Jesienią 1943 r. został zastąpiony przez Williama A. Harrimana. Ten natomiast nawet nie domyślał się, jak wielkim problemem dla jego poprzednika było zjedzenie porządnego śniadania…

Źródło:

Kup ciekawą książkę (dużo taniej niż inni):

Powiedz innym co myślisz:

Rafał KuzakRafał Kuzak - Magister historii, fan muzyki rockowej i dobrej książki. Współautor "Wielkiej Księgi Armii Krajowej". Autor ponad stu artykułów poświęconych głównie przedwojennej Polsce i II wojnie światowej. Obecny zastępca redaktora naczelnego „Ciekawostek historycznych”. Więcej informacji o autorze.

Okupacja
Komentarze do artykułu (1)

Dodaj swój komentarz:

Dodaj komentarz


Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu e-mail, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.
Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Nasze wydawnictwo

W mrokach średniowiecza Polską rządziły kobiety. I były piekielnie skuteczne

rycheza

Ich ambicja pozwoliła zbudować imperium. Ich duma unicestwiła królestwo. Bezkompromisowa opowieść przywracająca godność najważniejszym kobietom w dziejach polskiego średniowiecza. Już dzisiaj kup „Damy ze skazą” z autografem autora!

2 listopada 2016 | Czytaj dalej...

Damy ze skazą. Bez nich nie byłoby Polski

zapowiedz2-miniatura

Silne, bezwzględne i żądne władzy. Oto historia kobiet, które nie czekały bezczynnie, co przyniesie los. To właśnie one sprawiły, że początki państwa polskiego wyglądały tak, a nie inaczej. Poznaj „Damy ze skazą”, bohaterki naszej najnowszej książki, którą wydajemy wspólnie ze Znakiem Horyzont.

30 października 2016 | Czytaj dalej...

Epoki

Kategorie

Facebook


Polecamy

Imperium

Czy wiesz że...

Samochody elektryczne - ciche, proste w obsłudze i nie śmierdziały.
…jeszcze na początku XX wieku na drogach można było spotkać samochody o napędzie parowym oraz elektrycznym i nie było wcale przesądzone, że przegrają one konkurencję ze śmierdzącymi i trudnymi w obsłudze automobilami spalinowymi.

Sztokholm-600x398
…w 1598 roku potrzeba było zaledwie 12 Polaków, aby opanować Sztokholm? Po dokonaniu tego niezwykłego wyczynu dowódca oddziału rotmistrz Samuel Łaski wysłał do króla Zygmunta III wiadomość: „Zająłem Sztokholm samodwunast”.

Tygrys na niemieckim plakacie propagandowym.
…choć potężnie opancerzony i uzbrojony Tygrys Królewski budził postrach amerykańskich żołnierzy, jeden z tych czołgów został zniszczony przez maleńki samochód pancerny? Niewykluczone jednak, że jego załoga pomyliła niemieckiego potwora z Pzkpfw IV.