Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Jak ginęły samoloty?

Lądowanie B-24 w iście amerykańskim stylu...Podczas II wojny światowej amerykańskie siły powietrzne straciły 35 933 samoloty. Wbrew wszelkim pozorom zdecydowana większość z nich nie została strącona w walce. Co tu wiele mówić, tylko Amerykanie potrafili zgubić, zepsuć i zniszczyć kilkadziesiąt tysięcy własnych maszyn bez pomocy wroga.

Na dzień dobry garść statystyk. W strefie Oceanu Spokojnego w 1943 r. na każdy zestrzelony w walce samolot przypadało sześć maszyn straconych w wypadkach. Na europejskim teatrze działań wojennych było podobnie.  Interesujący raport na temat strat w ludziach w 15. Armii Powietrznej, walczącej między innymi we Włoszech i w Rzeszy, przygotował naczelny lekarz Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. W okresie od 1 listopada 1943 r. do 25 maja 1945 r. tylko 30% zabitych zginęło w wyniku działań nieprzyjaciela. Pozostałe 70% to ofiary wypadków lotniczych i psujących się maszyn. Ponieważ trudno byłoby opisać w jednym artykule kilkadziesiąt tysięcy wypadków, skupimy się tylko na jednym modelu samolotu i jednym regionie: bombowcu B-24 w służbie na Pacyfiku.

Zabawa w znikanie

Z B-24 Liberatorem od początku były problemy. Kiedy eskadrę tych bombowców przebazowywano z San Francisco na Ocean Spokojny, jeden zwyczajnie… zniknął po drodze. Wspomniany akwen usiany jest mnóstwem maleńkich wysepek i atoli – często długich raptem na kilka kilometrów lub bardzo wąskich. Na wielu z nich pasy startowe leżały w niezbyt szerokich dolinach, z górami i wysokimi palmami po obu stronach. Biorąc pod uwagę warunki, w jakich przyszło latać pilotom, nie ma się co dziwić, że wiele samolotów przegapiało docelowe wyspy. Nie mając zapasu paliwa na dodatkowe poszukiwania czy powrót, maszyny ginęły w oceanie.

B-24 już na ziemi...

B-24 już na ziemi…

Oficer zaopatrzeniowy na wyspie O’ahu, Martin Cohn, opisał tego rodzaju przypadek w swoich wspomnieniach. Mężczyzna siedział akurat w baraku radarowym, kiedy na ekranie urządzenia pojawiła się kropka samolotu szukającego wyspy. Maszyna przybliżała się stopniowo, minęła wyspę nie zauważywszy jej i zaczęła się powoli oddalać. Liberator zniknął.

Psująca się cegła

B-24 nie cieszyły się najlepszą opinią wśród lotników. Nazywali je wyjątkowo pieszczotliwie: „Flying Brick” (Latająca Cegła), „Flying Boxcar” (Latający Wagon), czy „Constipated Lumberer” (Drwal z Zatwardzeniem, co stanowiło parodię pełnej nazwy bombowca – Consolidated Liberator). Maszyny wytrwale pracowały na te przydomki. Ich produkcja szła nad wyraz opornie, a każdą już latającą w siłach zbrojnych eksploatowano do granic możliwości. Bardzo często zdarzały się awarie silników w czasie lotu, kłopoty z ciśnieniem oleju, wycieki paliwa, czy problemy z systemem hydraulicznym, odpowiadającym między innymi za wysuwanie podwozia i hamulce. Prawdopodobnie jedna z tych przyczyn doprowadziła do zapalenia się w powietrzu i eksplozji B-24 w Kahuku. Inny bombowiec spadł do oceanu z czterema zepsutymi silnikami na raz (zginęły tylko dwie osoby). Pilot Russel Allan Philips przekonał się natomiast jak to jest prowadzić górę metalu po króciutkim pasie startowym bez hamulców. Rozpędzonego B-24 udało mu się opanować praktycznie w ostatniej chwili. Zatrzymał się dosłownie metr przed końcem pasa. Dalej były tylko skały i ocean.

Dla odmiany mroźniejsza sceneria niż w artykule. B-24 po "lądowaniu" na Alasce (fot. warbirdinformationexchange.org).

Dla odmiany mroźniejsza sceneria niż w artykule. B-24 po „lądowaniu” na Alasce (fot. warbirdinformationexchange.org).

A wszystkiemu winna Matka Natura!

W trudnych warunkach Oceanu Spokojnego wojsko starało się stosować przeróżne triki, żeby ułatwić lotnikom życie. Inżynierowie na wyjątkowo krótkich wyspach sztucznie wydłużali pasy startowe, a obsługa naziemna często trzymała na końcu pasa startowego… buldożer z liną holowniczą. Jak łatwo się domyślić, trzeba było jakoś wyciągać nieposłuszne bombowce z wody. Tak działo się na przykład na wyspie Funafuti, gdzie niemal każde lądowanie kończyło się kąpielą.

Artykuł powstał na podstawie książki Laury Hillenbrand pt. "Niezłomny" (Znak Literanova, 2011).

Artykuł powstał na podstawie książki Laury Hillenbrand pt. „Niezłomny” (Znak Literanova, 2011).

Mistrzostwo świata należy się jednak niejakiemu Charliemu Prattowi. Ten as pilotował B-24 o wdzięcznym imieniu „Belle of Texas” i stał się pierwszym w historii pilotem, który zatrzymał rozpędzonego Liberatora z pomocą spadochronów. Charliemu zepsuły się hamulce i musiał podejść do lądowania przy prędkości… 225 kilometrów na godzinę. Na szczęście dla siebie, załogi i niepokornej „Piękności” wpadł na pomysł otwarcia przy podejściu spadochronów. Załoga użyła trzech, co z trudem, bo z trudem, ale jednak wystarczyło. Samolot przejechał pas startowy i plażę, ale w ocean jednak nie zarył.

Matka Natura projektując sobie wysepki na Oceanie Spokojnym ewidentnie nie uwzględniła tego, że naładowany bombami i dodatkowym paliwem B-24 potrzebuje ponad 1200 metrów pasa startowego, żeby oderwać się od ziemi. A że w przyrodzie nic nie ginie, tam gdzie jest za mało miejsca, człowiek dostaje w zamian dużo emocji. I właśnie starty Liberatorów przyprawiały ich załogi o szybsze bicie serca. Niejeden pilot, czy członek załogi… narobił ze strachu w gacie. Sierżant Frank Rosynek zapisał Tylko w pralni wiedzieli, jak strasznie się bałem.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze (15)

  1. Członek redakcji | Redakcja Odpowiedz

    Komentarz do artykułu z profilu na Facebooku zaprzyjaźnionego portalu „Historia.org.pl”:

    Maciej Orzeszko:
    Artykuł w istocie nie ‚odkrywa Ameryki’. Tak wysoki stosunek strat niebojowych do bojowych nie był tylko przypadłością lotnictwa amerykańskiego. W istocie, w czasie wojny dużym problemem było szkolenie pilotów (i ogólnie załóg samolotów), eksploatowanie samolotów ponad resurs, kiepskie projektowanie nowych lotnisk itd. Poza tym, samoloty bojowe były (i są) projektowane przede wszystkim pod kątem: 1) wysokich osiągów, 2) dostępności, czyli możliwości wybudowania w dużych ilościach. Kwestie bezpieczeństwa są na dalszym planie. Autor rozwodzi się nad tym, jak niebezpiecznym samolotem był B-24 Liberator – rzeczywiście, samolot ten był b. daleki od ideału. Ale już w samym tylko USAAF i USNAF (lotnictwie marynarki USA) były bardziej ‚kontrowersyjne’ typy, jak chociaż lekki bombowiec B-26 Marauder (znany jako ‚Widow Maker’, czyli producent wdów), czy choćby SB2C Helldiver. O sowieckich samolotach lepiej nie wspominać…

  2. Członek redakcji | Redakcja Odpowiedz

    Wybrane komentarze do artykułu z serwisu wykop.pl (//www.wykop.pl/link/958951/jak-ginely-samoloty/):

    Jormung:
    amerykanskie torpedy były wadliwe co druga nie detonowała :D … mieli też szczęście w pechu szczęścia. lotniskowiec uss yorktown dostał w czasie walk bombą w komin ta wpadła do kotłowni statek stanal kleby dymu itp. poczym zaraz znowu ruszyl. dostal potem torpedy i znów stanął ale nie chciał zatonąć, próbowali holować przyplątał się japoński sub i dobił i ubił jeszcze niszczyciel. wiec porzucili yorktowna który zatonął następnego dnia – choć w dalzym ciągu mogli uratować

    Jaskier:
    Tracili najwięcej samolotów, bo ich najwięcej produkowali, proste. W dodatku działali na kilku frontach, w tym na ogromnych przestrzeniach Pacyfiku. Niech autor sprawdzi ile proporcjonalnie samolotów tracili w takich wypadkach Japończycy, którzy pod koniec wojny wsadzali do maszyn zupełnie zielonych pilotów, potrafiących co prawda wystartować z lotniskowca, ale o lądowaniu już nie było mowy

    Tarec:
    Wykop, fajna strona. Denerwuje mnie tylko to podejście autora w stylu „ahh ci głupi amerykanie, tylko oni mogli porozbijać swoje samoloty w taki sposób”.

    mehis:
    @Tarec: Rosjanie też mogli ;-). A tak serio: współczynnik wypadków i awarii w armii amerykańskiej, zarówno w lotnictwie, jak i w marynarce, rzeczywiście był niewspółmiernie wysoki na tle Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Choć w żadnym razie nie chodziło tylko o głupotę…

    xqwzyts:
    @mehis: Kiedyś w jakimś dokumencie na Discovery o samolotach mówili, że ok 2/3 Messerschmittów straconych przez Luftwaffe rozbiło się przy starcie lub lądowaniu.

    wykopny:
    @Tarec: tracili stosunkowo najwięcej w wypadkach bo tracili stosunkowo mało w walkach. Produkując takie ilości samolotów i wysyłając je na takie ilości misji wobec tak słabych lotniczo nieprzyjaciół trudno mieć inną relację wypadków/strąceń ;)

    Mentor:
    @xqwzyts: Messerschmitty 109 miały straszne problemy z lądowaniem i startowaniem stąd wiele wypadków.

    PasjansowyEgoista:

    @Bambamdilla: B-24 nie były wcale takie złe jak opisano je w artykule, potrafiły znieść niezłe baty i dowlec się do bazy (choć z lądowaniem bywały problemy – wspomniane już nieszczęsne kółko dziobowe) a B-17 to już w ogóle, dziwię się że Niemcom w ogóle udawało się je zestrzelić! Na necie jest wiele fotek B-17 tak uszkodzonych, że człowiek bałby się do nich wsiadać na ziemi, a one dolatywały nad cel, rzucały ładunek i jeszcze wracały!

    „All American” po przylocie do bazy po małym „spotkaniu” z niemieckim myśliwcem, który zderzył się z nim podczas lotu (B-17 doleciał o własnych siłach! to nie fotomontaż)
    //www.daveswarbirds.com/b-17/photos/body/b17allamerican.jpg

    Inny B-17
    //www.americanveteranscenter.org/curriculum/Curriculum%20Images/images/B-17%20of%20493rd%20Bomb%20Gp%20%28England%29%20Damaged%20on%20Bombing%20%20Missi__A_tif.jpg

  3. Członek redakcji | Kamil Janicki Odpowiedz

    @Maciej Orzeszko: „Autor rozwodzi się nad tym….”

    W odniesieniu do tego komentarza i kilku innych m.in. na wykopie warto byłoby nadmienić, że artykuł ma autorkę, a nie autora ;-). Tak, paniom TEŻ zdarza się pisać o samolotach ;-)

  4. Członek redakcji | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko Odpowiedz

    Odnośnie komentarza z wykopu, autorstwa PasjansowegoEgoisty:

    Artykuł jest źle przetłumaczony i stąd te „dziwne” liczby tzn 30% straconych w walce i aż 70% straconych w wyniku wypadków. W ogólnych statystykach lotniczych USA z okresu używało się oznaczenia „LoET” i „DoAT” – pierwsze to „lost over enemy territory” („stracone” nad terytorium wroga – zestrzelone albo lądowanie awaryjne zakończone przejęciem maszyny przez wroga) oraz „damaged over alied territory” (uszkodzone nad terytorium alianckim). Te pierwsze były wartościami bezwzględnymi (bo nawet lekko uszkodzona maszyna która wylądowała na terytorium wroga nie była z oczywistych powodów zwracana aliantom :-) ale drugie stanowiły otwarty zbiór, bo niektóre maszyny „damaged” były całkiem „damaged” (np utopione w morzu) ale niektóre tylko np. miały uszkodzone podwozie lub silniki, dlatego w zbiorze „DoAT” były jeszcze osobne kategorie na „stracone”, „uszkodzone do remontu” i „uszkodzone na części” (…)

    Pozwolę sobie zacząć od tego, że artykuł został napisany, a nie przetłumaczony :)
    Ale ogólnie rzecz biorąc, chyba się nie zrozumieliśmy – w tekście wspominałam o procentowych stratach w ludziach, a nie w sprzęcie. Cytując autorkę pracy, na której sie opierałam – Laurę Hillenbrand:

    „Raport opracowany przez naczelnego lekarza AAF podaje, że w 15. Armii Lotniczej, między 1 listopada 1943 a 25 maja 1945 roku, siedemdziesiąt procent lotników uznanych za zabitych w walce zmarło w wypadkach lotniczych w wyniku problemów eksploatacyjnych z maszyną, a nie dziań nieprzyjaciela” (Laura Hillenbrand, Niezłomny, Znak Literanova, 2011, s. 91).

    Oryginalne źródło: M.M. Link, H.A. Coleman, „Medical Support of Army Air Forces in World War II”, Office of the Surgeon General, USAF, Washington, DC, 1955, s. 516

    Pozdrawiam!

  5. Gomme Odpowiedz

    „Mężczyzna siedział akurat w baraku radarowym, kiedy na ekranie urządzenia pojawiła się kropka samolotu szukającego wyspy.” Które drugowojenne radary na oscyloskopach pokazywały nieprzyjacielskie samoloty w postaci kropek???

    „Niejeden pilot, czy członek załogi… narobił ze strachu w gacie.” Proponuję poczytać wspomnienia naszych pilotów, też im się to zdarzało…

    „Liberatorom zdarzało się wiele usterek, a wśród nich bardzo często wycieki paliwa. Lotnicy czasem albo o tym zapominali, albo też to ignorowali i palili na pokładzie. Teraz drodzy państwo prosty rachunek: zapalony papieros + wycieki paliwa i opary = wielkie bum.” Szkoda komentarza, ignorancja autorki artykułu powoduje wielkie BUM w umie…

    Chlaps!

  6. krakus57 Odpowiedz

    Ad PT Alexandra Zaprutko – Janicka . ‚”Ne sutor ultra crepidiam ” a winnas znać j. Owidusza . Historyk który jako zródła swych dywagacji upatruje nie w archiwach a w …literaturze jest li tylko histEEErykiem , których jest naokoło sporo. Nie masz Waćpanna pojęcia nie tylko o B-24 Liberator ( nie mówiąc o jego różnych wersjach ) jako o płatowcu ale co gorsza nie masz wogóle pojęcia o …lotnictwie. Takie enuncjacje dobre są w gronie sąsiadek z magla czy supersamów i ten poziom jest wystarczający aby dostać laur autorski . Zresztą znakomita większość zamieszczonych tu artykułów jest na żenująco niskim poziomie. Dobre dla poziomu ” Faktu ” ” Bildu ” czy TV Polsat . Vale et dixi. Mieczysław Jan Różycki

  7. krakus57 Odpowiedz

    PS > Dalej

    Cyt :”…Mistrzostwo świata należy się jednak niejakiemu Charliemu Prattowi. Ten as pilotował B-24 o wdzięcznym imieniu „Belle of Texas” i stał się pierwszym w historii pilotem, który zatrzymał rozpędzonego Liberatora z pomocą spadochronów. Charliemu zepsuły się hamulce i musiał podejść do lądowania przy prędkości… 225 kilometrów na godzinę. Na szczęście dla siebie, załogi i niepokornej „Piękności” wpadł na pomysł otwarcia przy podejściu spadochronów. Załoga użyła trzech, co z trudem, bo z trudem, ale jednak wystarczyło. Samolot przejechał pas startowy i plażę, ale w ocean jednak nie zarył….”
    Ten cytat świadczy dobitnie , nie wiem jak to nazwać – głupota to za mało . Pisząca nie wie jaka co oznacza prędkość podejścia . Podaję – dla wszystkich B-24 wynosiła V – 95 mph . Przyziemianie od V – 90 mph . A na dodatek użycie spadochronów przy podejściu do lądowania to wyrok śmierci dla załogi. Spadochronów używano celem skrócenia dobiegu od 1944 roku. MJR

  8. Członek redakcji | Kamil Janicki Odpowiedz

    Każdy ma prawo do własnej opinii: jednym artykuł może się podobać, innym nie. I na tym tle pozwolę sobie na trzy refleksje:

    1.
    Ten artykuł najwidoczniej spodobał się prawie setce osób na Facebooku, przynajmniej dwóm setkom na wykopie – tylu czytelników oddało na niego swoje pozytywne głosy. Poza tym przeczytało go łącznie piętnaście tysięcy osób. To więcej niż nakłady historycznych bestsellerów książkowych w tym kraju. Jak Pan widzi, kilkanaście tysięcy osób było więc innego zdania niż Pan.

    2.
    Oczywiście każdy głos krytyczny ma dla nas wartość, ale jednak wypada pisać z minimalną kulturą osobistą (to jak wyraża się Pan o innych, świadczy tylko o Panu!), nie przekręcać ich imion, nie formułować osobistych ataków, które na publicznych łamach po prostu nie przystoją.

    3.
    I ostatnia sprawa, tym razem „ad rem”. Podobnie jak wiele artykułów na naszych łamach, jest to tekst popularyzatorski, przeznaczony dla zwykłego, niefachowego odbiorcy. Jego celem jest ukazanie interesujących aspektów historii w przystępnym ujęciu. Co oczywiste, koncentrujemy się w tym celu na osobistych historiach i wspomnieniach. Nie na tym, czy dany samolot podchodził z prędkością 95 mph czy 90 mph. Z rozmysłem pewne fakty i kwestie techniczne upraszczamy. Bo te liczby nie mają żadnego znaczenia w interesującym nas kontekście.

    Słowem, nie jest to rodzaj literatury dla zawodowych pilotów. Pytanie tylko ile osób byłoby gotowych czytać literaturę dla zawodowych pilotów…

    • Bartek Majewski Odpowiedz

      Moze i artykul przeczytalo 15 tys osob. Ale te 15 tys osob nabito w butelke podajac malo fachowa, nieprofesjonalna bujde. Oto chodzilo?

      • Członek redakcji | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

        Nie aspiruję do miana specjalistki od wszystkiego, ale też uprzejmie proszę komentatorów o nie obrażanie mnie.

        Zapewne pisane przez Was teksty (o ile gdzieś się ukazują) ociekają fachowością i pełne są doskonale wiarygodnych informacji, czy danych prosto z archiwów. Nie wiem, nie czytałam. Prawdą jest jednak to, że przeznaczone są dla innych pasjonatów zaznajomionych już z historią lotnictwa i dyskutujących zażarcie czy dany samolot podchodził z prędkością 95 mph czy 90 mph.

        Tutaj zupełnie nie o to chodzi! „Moze i artykul przeczytalo 15 tys osob”. I jeśli choć jedna z nich po przeczytaniu go zainteresowała się tematem i powędrowała do biblioteki w poszukiwaniu czegoś więcej, poczytuję to sobie za ogromny sukces.

        • g

          Sr…anie w banie Pani Aleksandro.
          Jeśli za ogromny sukces poczytuje sobie Pani to, że osoba udająca się do biblioteki poszuka sobie czegoś więcej, i na podstawie tego „czegoś więcej” stwierdzi, że jest Pani… hmmm… no nie mogę uciec od tego stwierdzenia – przepraszam… idiotką, to gratuluję Pani percepcji słowa „sukces”.
          A wystarczy po prostu nie pisać o sprawach, o których nie ma się zielonego pojęcia.
          Ale cóż – pogoń za wierszówką już dawno i chwałą bycia redaktorem już dawno zastąpiła takie pojęcie jak rzetelność czy odpowiedzialność za swoje słowa.

        • Członek redakcji | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka

          Drogie „R” nie będę schodzić do poziomu dyskusji, w którym anonimowo ubliża się drugiej osobie. Tym, jak wyrażasz się o innych wystawiasz laurkę samemu sobie. Pozdrawiam i życzę miłego dnia.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.