Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Trzech szesnastolatków. Trzy różne końce wojny

Polak, Żyd i Holender uważający się za Niemca. Wszyscy trzej brali udział w II wojnie światowej jako żołnierze lub partyzanci. Wszyscy trzej w momencie jej wybuchu mieli po 16 lat. Wszyscy walczyli na terenie Polski. I wszyscy po latach spisali wspomnienia. Czytając je trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z tą samą wojną i z tym samym jej końcem.

Podobieństwo (a jednocześnie różnorodność) doświadczeń i relacji moich trzech bohaterów zaskoczyły mnie tym bardziej, że na ich wspomnienia natknąłem się niemal jednocześnie i to w sposób niezależny ode mnie. Pamiętniki powstańca warszawskiego Macieja Bernhardta redagowałem pracując w portalu „Histmag.org”. Wspomnienia holenderskiego esesmana-ochotnika Hedrika Vertona przygotowałem do publikacji i opatrzyłem aparatem naukowym dla Bellony. Z kolei relację żydowskiego partyzanta i oficera Armii Ludowej Franka Blaichmana przetłumaczyłem z angielskiego dla wydawnictwa Replika.

Każdy z trzech młodych żołnierzy w dorosłość wszedł w realiach wojny. To ona ukształtowała ich psychikę i stała się najważniejszym, formacyjnym etapem życia. Obok podobieństw piętrzą się jednak różnice. Wszyscy trzej mieli po 16 lat, ale pochodzili z diametralnie różnych środowisk. Maciej należał do zamożnej warszawskiej inteligencji. Franek wychował się w dobrze sytuowanej, małomiasteczkowej rodzinie żydowskiej. Z kolei Hendrik dorastał na zachodnioeuropejskiej wsi. Także początek wojny wyglądał dla nich całkowicie inaczej. Dla Macieja był szokiem, ale momentalnie przyjął swój patriotyczny obowiązek i pomimo młodego wieku zgłosił się do służby pomocniczej. Franek początkowo wojnę zignorował: podobnie jak inni Żydzi z jego rodzinnej Kamionki wierzył, że konflikt to wyłącznie problem Polaków. Dla Hendrika natomiast wojna zaczęła się dużo później i zaangażował się w nią z premedytacją: chciał się wyrwać z domu i przeżyć przygodę życia, pomagając w budowie „nowej” hitlerowskiej Europy.

Wspomnienia trzech chłopaków (którzy w 1945 roku byli już od dawna dorosłymi mężczyznami) można porównywać na każdym etapie i jest to zajęcie prowadzące do nad wyraz interesujących wniosków. Rzućmy jednak okiem na relacje z tylko jednego epizodu. Jak trzej młodzi żołnierze opisywali wydarzenie kluczowe dla nich wszystkich – koniec wojny?

Podobnie jak wybuch wojny, także jej zakończenie zastało ich w różnych miejscach i sytuacjach. Maciej przebywał w niewielkiej, zapomnianej przez świat wiosce w pobliżu Radomska. Franek także w wiosce, ale leżącej w Lubelskiem, bezpośrednio na trasie przemarszu Armii Czerwonej. W końcu Hendrik, wraz z pozostałymi obrońcami Festung Breslau, skapitulował po trzech miesiącach zażartych walk o Wrocław.

Maciej Bernhardt: niepewność i wyczekiwanie

Z Miodowej na Bracką[Cytat za: Maciej Bernhardt, Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego, i-Press, Kraków, s. 303-306].

„(…) Przeczesywaliśmy do rana pobliskie lasy w poszukiwaniu kryjących się oddziałów niemieckich. Napotkaliśmy oddział AL, który robił dokładnie to samo, co my. Obaj dowódcy uzgodnili rejony patrolowania, aby­ objąć kontrolą jak największy teren, a zarazem nie przeszkadzać sobie wzajemnie. Nad ranem nasze czujki wytropiły przechodzący przez las oddział niemiecki. (…) Nie atakowaliśmy, nie mając pełnego rozpoznania. Należało się spodziewać, wnioskując z komunikatów radiowych, że front przeszedł już daleko na zachód poza Radomsko i że oddziały radzieckie muszą być w pobliżu. Nie mając z nimi żadnego kontaktu, w nocy, w przypadku strzelaniny z uciekającymi i kryjącymi się Niemcami, łatwo mogliśmy wzajemnie się ostrzelać. Mieliśmy rozkaż unikania wszelkich „nieporozumień” z „wyzwolicielami”. Oddział niemiecki obchodził Radomsko dużym łukiem od południa. Nad ranem straciliśmy z nim kontakt i bardzo zmęczeni wróciliśmy do Wielgomłyn.

Cały dzień oczekiwaliśmy wkroczenia wojsk radzieckich. Na próżno. Dzień przeszedł spokojnie, nic niezwykłego się nie działo. Wieczorem pojawił się niespodziewanie motocykl z koszem i trzema Niemcami. Zatrzymali się na rynku i rozglądali niepewnie dokoła. Spra­wiali wrażenie, że chcą o coś zapytać. Wszystkie okna we wsi były ciemne, ale z każdego na pewno byli obserwowani. Wszyscy oczekiwali Rosjan. Na odgłos silnika motocykla z każdego okna na rynku przyglądano się „czy już przyszli”. Rozbrojenie trzech Niemców, choć każdy z nich trzymał w ręku pistolet maszynowy, nie stanowiłoby żadnego problemu. Nikt się jednak nie ruszył. Niemcy przez chwilę rozmawiali ze sobą i odjechali bez prze­szkód.

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, gdybyśmy oczekiwali wkroczenia naszych wojsk; praw­dziwego wyzwolenia. Przecież we wsi było co najmniej ze stu akowców i to bardzo dobrze uzbrojonych! Pamiętam trzy posterunki w domach na rynku. Mogliśmy wystrzelać Niemców jak kaczki. Nie padł jednak ani jeden strzał. Tak jakby nie wypadało strzelać do uciekinierów, którzy nie mają szans na wymknięcie się Rosjanom i są już skazani na śmierć.

Po paru godzinach weszły do Wielgomłyn straże przednie piechoty rosyjskiej. Rozstawili posterunki, a część z nich siadła na gankach, po drewutniach, chlewikach i spała. Mróz tej nocy był silny, co najmniej z 15 stopni. Mieszkańcy zapraszali ich do domów, częstowali gorącą herbatą, mlekiem, zupą, chlebem. Odmawiali, zarówno poczęstunku, jak i wejścia do domów. Mieliśmy wrażenie, że surowo zabroniono im wszelkich kontaktów z miejscową ludnością.

Ojciec mój (…) wyszedł przed dom i usiłował rozmawiać z przybyłymi żołnierzami. Ze zdumieniem stwierdził, że nie rozumieją oni po rosyjsku. Po dłuższej chwili przyszedł podoficer Rosjanin, który także odmówił wejścia do domu i talerza gorącej zupy, który wyniosła mu Marynia. Tłumaczył się, że muszą być w pogotowiu, bo w każdej chwili mogą tu być Niemcy. Był to kiepski wykręt, bo front przesunął się już daleko na zachód. Widocznie takie mieli rozkazy, aby nie nawiązywać kontaktu z tutejszymi „burżujami”.

(…)

Rano, gdy tylko się rozwidniło, oddział rosyjskiej piechoty (…) wymaszerował w kierunku Radomska.

Przez kilka dni w Wielgomłynach panowało bezkrólewie. Połączenie telefoniczne i te­legraficzne z Radomskiem było przerwane. Wydawało się, że nowa władza zapomniała o wsi lezącej „tam, gdzie diabeł mówi dobra­noc”. Miejscowi AL-owcy paradowali z opaskami na rękawie, ale nie czuli się zbyt pewnie. Panował nastrój wyczekiwania”.

Frank Blaichman: Bezgraniczna radość

Wolę zginąć walcząc[Cytat za: Frank Blaichman, Wolę zginąć walcząc. Wspomnienia z drugiej wojny światowej, Replika, Poznań 2010, s. 170-171]

„Mniej więcej w południe pułkownik Armii Czerwonej wprowadził nas do wioski. Rosjanie musieli tam dotrzeć dobre kilka godzin wcześniej, ale miejscowi wciąż ściskali i całowali wyzwolicieli! Wyglądało to niczym wielki zlot rodzinny, na którym wszyscy członkowie rozrośniętej familii spotkali się po latach rozłąki. Jedni ludzie śmiali się, inni płakali – z ulgą i z radością. My też zaczęliśmy płakać. Ludzie otworzyli drzwi swoich domów na powitanie Rosjan, a teraz także na nasze powitanie, kładąc na stół wszystko co mieli do picia i do jedzenia. Być może uznali nas za Polaków, bo wszyscy dowódcy grupy, łącznie ze mną, nosili polskie mundury oficerskie. Nie wykluczam jednak, że przywitaliby nas równie serdecznie wiedząc, że mają do czynienia z Żydami. Był to dzień wielkiej radości.

Piliśmy i zapychaliśmy się jajkami, serem, masłem, mlekiem, miodem, mięsem… Śpiewaliśmy też wspólnie: Polacy z Rosjanami, goje z Żydami. Jeden z Rosjan miał ze sobą bałałajkę, śpiewaliśmy więc rosyjskie piosenki – Żydzi z naszego oddziału robili to równie chętnie co sami Sowieci. Wciąż pamiętam te piosenki, jakże kwieciste i romantyczne, opowiadające o pięknej kobiecie. Był tez utwór o matce, która straciła syna po tym jak ten ruszył w bój u boku partyzantów. Lamentowała, że synowa znajdzie sobie innego męża, podczas gdy jej nikt nie zastąpi syna. Była też pieśń o bojowniku w bunkrze, wiedzącym że śmierć jest zaledwie kilka metrów od niego, podczas gdy do domu prowadzi długa i kręta droga.

Tak więc śpiewaliśmy, a Cesia bawiła się razem z nami oraz swoimi braćmi – Jurkiem i Abim. Wszyscy piliśmy bimber, czyli polską wódkę domowej roboty. Robiliśmy to godzinami, aż wielu z nas, nie wyłączając mnie, kompletnie się urżnęło.

Następnego ranka wytrzeźwieliśmy, jednocześnie uświadamiając sobie obezwładniającą myśl – naprawdę przetrwaliśmy!”

Hendrik C. Verton: Kapitulacja czyli świętokradztwo

W piekle frontu wschodniego[Cytat za: Hendrik C. Verton, W piekle frontu wschodniego. Byłem holenderskim ochotnikiem w Waffen-SS, Bellona – książka jeszcze nieopublikowana, premiera 19 października]

„Teraz nie miałem wątpliwości – koniec walk był bardzo bliski i szybko skierowałem się z powrotem do centrum medycznego. Tam dowiedziałem się, że 5 maja o godzinie 2 w nocy czasu moskiewskiego (pierwsza czasu niemieckiego) nastąpi „honorowa kapitulacja miasta Breslau”. Nie sądzę abym musiał opisywać atmosferę wśród rannych znajdujących się w piwnicy. Niektórzy nie chcieli w to uwierzyć, wielu płakało. Zalewali się łzami po wielu miesiącach napięcia i nie wstydzili się tego. Czyż to wszystko nie zdało się na nic? Przeminęły lata oddawania życia i kończyn na froncie, lata niedoborów, niedostatków i poświęceń, cierpień, nalotów? Staliśmy w obliczu beznadziejnej perspektywy przebywania w obozie jenieckim. Jak długo? To przygniatało nas wszystkich, a ja poczułem się zgorzkniały, odrzucony i zbuntowany.

(…)

Oczywiście, trudno było mówić w tym czasie o „dumie” i „smutku”. Należało użyć innych słów z naszego słownika wypowiadając się o dzielnych obrońcach fortecy. Oni byli źli, głęboko niezadowoleni i pełni wątpliwości, zwłaszcza ci z pierwszej linii obrony. Przewidując perspektywę zostania jeńcem wojennym u Rosjan, niektórzy oficerowie popełniali samobójstwa, szeregowi rozbijali broń o najbliższe kamienie, inni pogrążeni w czystej frustracji rzucali karabiny do Odry. Przez pełne trzy miesiące byli oblegani przez nieprzyjaciela, który nie złamał ich ducha. Znosili stałe towarzystwo śmierci, za dnia i w nocy, przez całe poprzednie pięć lat. Kapitulacja w ich oczach była świętokradztwem”.

***

To trzy bardzo różne książki, ale wszystkie niewątpliwie warto przeczytać. Pierwsze dwie są dostępne w sprzedaży (Wspomnienia Macieja Bernhardta w Zixo, pamiętniki Franka Blaichmana na stronie wydawcy) trzecia trafi do księgarń za kilka tygodni i będzie ją można kupić np. poprzez serwis internetowy Bellony.

Komentarze (4)

  1. tadek Odpowiedz

    Z najwyższą uwagą przeczytałem ten artykuł. Aż marzy mi się taka książka która by łączyła takie różne postacie. Czym jest prawda, skoro każdy ma inną?

  2. Katarzyna Odpowiedz

    Jest taka książka. „Młode Lwy” Irwin,a Shaw,a. Może nie opisuje wydarzeń faktycznych, ale w czasach wojny prawdopodobnych. Tam przeplatają się losy trzech bohaterów: Żyda, Niemca i Amerykanina. Polecam. Jest bardzo dobrze napisana.

  3. Piotr Odpowiedz

    Prawda jest jedna, ale bez znajomości wszystkich faktów nieosiągalna, wspomnienia każdego człowieka będą inne.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.